Pismo z banku przyszło w czwartek, zwykłą pocztą, w szarej kopercie bez żadnych oznaczeń. Otworzyłam je przy kuchennym stole, między kubkiem herbaty a krzyżówką, bo myślałam, że to reklama jakiejś lokaty.

Przeczytałam pierwsze zdanie, potem drugie, potem wróciłam do pierwszego. I wtedy zaczęły mi się trząść ręce tak bardzo, że herbata wylała się na obrus.

Wezwanie do zapłaty. Kwota zaległości. Odsetki. Informacja o wszczęciu egzekucji komorniczej z mojej emerytury jako poręczycielki kredytu.

Dwadzieścia osiem lat przepracowałam na poczcie - najpierw przy okienku, potem na sortowni, na końcu znowu przy okienku, bo nogi już nie dawały rady na stójaka po osiem godzin. Przeszłam na emeryturę trzy lata temu z ulgą, bo wreszcie mogłam rano nie wstawać o piątej.

Co miesiąc dostawałam emeryturę - nie był to majątek, ale starczało na rachunki, leki na ciśnienie i czasem coś dla wnuczki. Mąż, Kazimierz, odszedł osiem lat temu - zawał na działce, między grządkami pomidorów a malinami. Od tamtej pory radziłam sobie sama.

Damian to moje jedyne dziecko. Urodził się, gdy miałam dwadzieścia cztery lata, i przez długi czas był całym moim światem. Ładny chłopak, rezolutny, gadatliwy - wszyscy mówili, że pójdzie daleko.

Skończył technikum, trochę pracował tu i tam, potem założył jednoosobową firmę - coś z montażem klimatyzacji. Chwalił się, że idzie mu dobrze. Kupił samochód, zaczął jeździć na wakacje do Chorwacji. Ja się cieszyłam.

Przyszedł do mnie półtora roku temu, w niedzielę po obiedzie. Usiadł przy tym samym stole, przy którym teraz leżało pismo z banku. Rozłożył dokumenty, wyjaśniał cierpliwie, jak dorosłemu dziecku.

- Mamo, to jest czysta formalność. Bank wymaga poręczyciela, bo firma jest młoda. Ale raty są niskie, dam radę bez problemu. Podpisujesz, ja spłacam, za trzy lata po sprawie.

Pamiętam, że zapytałam, ile ten kredyt jest na. Powiedział, że siedemdziesiąt tysięcy. Że to na rozwój firmy - nowe narzędzia, bus do przewożenia sprzętu. Że jak firma się rozkręci, to mnie zabierze na wycieczkę do Włoch, bo zawsze chciałam zobaczyć Rzym.

- A jak nie spłacisz? - zapytałam.

Zaśmiał się wtedy. Tak szczerze, jak śmiał się w podstawówce, kiedy go łaskotałam.

- Mamo, no co ty. Ja ciebie bym skrzywdził?

Podpisałam. Nawet nie przeczytałam całej umowy, bo miała trzydzieści stron drobnym drukiem, a ja bez okularów i tak nie widziałam połowy. Zaufałam. Bo komuż innemu ufać, jak nie własnemu dziecku?

Przez kilka pierwszych miesięcy Damian dzwonił regularnie. Mówił, że zleceń jest dużo, że zatrudnił pomocnika, że raty schodzą jak po maśle. Potem zaczął dzwonić rzadziej. Raz na tydzień, raz na dwa. W końcu to ja dzwoniłam do niego, a on albo nie odbierał, albo mówił krótko, że jest zajęty, że pogadamy jutro.

Jutro nigdy nie przychodziło.

W grudniu zeszłego roku wnuczka Oliwka obchodziła piąte urodziny. Damian miał przyjść z żoną Patrycją i tortem. Czekałam z udekorowanym stołem, balonikami, które kupiłam w Pepco, i prezentem - lalkę w różowej sukience. Nie przyszli. Telefon milczał. Napisałam SMS-a, potem drugiego, potem trzeciego. Cisza.

Od synowej dowiedziałam się prawdy dopiero w lutym, przypadkiem, bo wpadłam na nią w przychodni. Patrycja miała podkrążone oczy i schudła ze dziesięć kilo.

- Proszę pani - powiedziała, a ja poczułam zimno, bo nigdy wcześniej nie mówiła do mnie "proszę pani" - Damian się wyprowadził. Firma upadła w październiku. Nie płacił rat od lipca. Nie wiem, gdzie jest.

Stałam na korytarzu przychodni, między plakatami o szczepieniach na grypę a automatem z kawą, i nie mogłam zaczerpnąć powietrza. Patrycja chyba chciała powiedzieć coś jeszcze, ale popatrzyła na mnie i tylko ścisnęła mi rękę.

A potem przyszło to pismo.

Komornik zaczął zabierać mi część emerytury. Co miesiąc. Zostało mi niewiele ponad minimum. Najpierw rachunki, potem leki, a na jedzenie zostawała reszta — tak mała, że musiałam liczyć każdy dzień do końca miesiąca. Odłożone oszczędności - dwanaście tysięcy, które trzymałam na pogrzeb, żeby dzieci nie musiały się składać - poszły na spłatę pierwszej zaległości. I to była kropla w morzu.

Pojechałam do biura porad prawnych przy ratuszu. Młody prawnik, chyba ledwo po studiach, wytłumaczył mi spokojnie to, co i tak wiedziałam, tylko nie chciałam usłyszeć. Że poręczenie to nie jest formalność. Że jako poręczyciel odpowiadam całym majątkiem. Że bank miał prawo. Że mogę próbować dochodzić roszczeń od syna, ale muszę go najpierw znaleźć.

Znaleźć. Własnego syna.

Siedzę teraz wieczorami w tym samym mieszkaniu, w którym Damian stawiał pierwsze kroki i zdmuchiwał świeczki na każdym torcie urodzinowym. Patrzę na zdjęcia w albumie i szukam momentu, w którym go straciłam. Nie znajduję.

Sąsiadka Halinka z parteru mówi, że powinnam iść do telewizji, do jednego z tych programów, gdzie szukają ludzi. Koleżanka z dawnej pracy radzi, żebym napisała do syna list i wysłała na stary adres. A ja nie wiem, co bym w tym liście napisała. Że mi go brakuje? Że jestem zła? Że nie mam za co kupić leków na ciśnienie?

Wszystko naraz i nic z osobna.

Wczoraj zadzwonił nieznany numer. Odebrałam, bo teraz odbieram każdy telefon, nawet te o fotowoltaice i garnkach. W słuchawce cisza, a potem trzask. Może to pomyłka. Może to Damian, który chciał coś powiedzieć, ale nie potrafił.

Na parapecie w kuchni stoi kaktus, który Damian przyniósł mi na Dzień Matki, kiedy miał dziesięć lat. Jedyna roślina, której nie potrafię zagłodzić. Podlewam go co niedzielę, tak jak zawsze. Bo niektóre rzeczy trzeba robić dalej, nawet jeśli wszystko inne się rozpada. var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];