Gdybym mogła cofnąć czas do tamtego niedzielnego obiadu, kiedy Dariusz po raz pierwszy wspomniał o domu z ogrodem, powiedziałabym jedno krótkie słowo. Nie.

Ale wtedy patrzyłam na Zosię i Kubusia, jak budują wieżę z klocków na podłodze ciasnego mieszkania na trzecim piętrze, i to słowo ugrzęzło mi gdzieś w gardle.

Działkę miałam od trzydziestu lat. Jeszcze Henryk, mój mąż, postawił na niej altankę z desek, które przywiózł z rozbiórki starej stodoły u szwagra. Po jego śmierci - osiem lat temu - działka stała się moim miejscem.

Sadziłam pomidory, pielęgnowałam porzeczki, wieczorami siedziałam na ławce, którą Henryk zbił własnymi rękami, i piłam herbatę z termosu. Sąsiadki z ogródków przychodziły na plotki, Jadźka przynosiła ciasto, ja robiłam kompot z rabarbaru. To było moje królestwo.

Pracowałam w urzędzie miasta dwadzieścia sześć lat - na stanowisku ds. ewidencji gruntów. Przeszłam na emeryturę rok wcześniej, z ulgą i z nadzieją, że wreszcie będę miała czas. Na działkę, na wnuki, na siebie. Miałam sześćdziesiąt dwa lata i plan na następne dwadzieścia.

Moja córka Renata wyszła za Dariusza siedem lat temu. Był uprzejmy, zawsze pomagał mi z zakupami, naprawił kran w łazience bez proszenia. Pracował jako kierownik zmiany w fabryce mebli pod Ostrowem. Renata uczyła w podstawówce - plastyka i technika. Żyli skromnie w wynajmowanym mieszkaniu, dwupokojowym, z dwójką dzieci. Ciasno, ale jakoś się mieścili.

Tamtego niedzielnego obiadu Dariusz odłożył łyżkę od rosołu i powiedział spokojnie, jakby prosił o dosypanie soli:

- Mamo, jest okazja. Dom z ogrodem, na obrzeżach, za rozsądną cenę. Ale brakuje nam na wkład. Z pięćdziesiąt tysięcy.

Spojrzałam na Renatę. Siedziała z pochyloną głową, mieszała łyżką w talerzu. Nie podniosła wzroku.

- Renata? - zapytałam.

- Mama, to byłoby dobre dla dzieci - powiedziała cicho, wciąż nie patrząc mi w oczy.

Dariusz kontynuował. Że rynek nieruchomości rośnie, że teraz albo nigdy, że działka i tak jest obciążeniem - opłaty, dojazdy, remonty altanki. Mówił logicznie, konkretnie, z liczbami. Pięćdziesiąt tysięcy za działkę to realna cena, może nawet trochę zaniżona, ale szybka sprzedaż, szybka gotówka.

Patrzyłam na Zosię, która rysowała kredkami na podłodze, bo przy stole nie było dla niej miejsca. Na Kubusia, który kopał nóżką o krzesło, bo się nudził w czterech ścianach. I pomyślałam o ogrodzie. O trawie, po której mogliby biegać. O huśtawce. O grządce, na której Zosia mogłaby sadzić ze mną marchewkę, tak jak ja sadziłam z Henrykiem.

- Dobrze - powiedziałam. - Sprzedam.

Renata podniosła głowę. Zobaczyłam w jej oczach coś, czego wtedy nie umiałam nazwać. Dzisiaj wiem, że to była ulga. Nie wdzięczność - ulga, że nie musiała walczyć z mężem ani ze mną.

Sprzedaż poszła szybko. Pan Walczak z sąsiedniej alejki od dawna się oglądał na moją parcelę. Pięćdziesiąt dwa tysiące, przelew na konto, klucze od furtki w jego ręku. Jadźka, kiedy się dowiedziała, tylko pokręciła głową i powiedziała:

- Wiesława, oby się nie okazało, że sprzedałaś nie działkę, tylko bilet wstępu.

Nie rozumiałam, co ma na myśli.

Dom kupili w listopadzie. Ładny, z czerwonej cegły, z ogrodem na tyłach, w Liskowie, dwadzieścia kilometrów od Kalisza. Pomagałam przy przeprowadzce - pakowałam pudła, myłam okna, kupiłam nowe zasłony do pokoju dzieci. Dariusz zamontował huśtawkę w ogrodzie jeszcze przed zimą.

Na wigilię pojechałam do nich autobusem - Dariusz nie zaproponował, że mnie zabierze, chociaż wcześniej zawsze przyjeżdżał. Pomyślałam, że pewnie jest zajęty. Było miło, choć jakoś inaczej. Dariusz siadł u szczytu stołu. Renata podawała dania w milczeniu. Zosia zapytała, dlaczego już nie jeździmy do babci na działkę, i nagle przy stole zrobiło się cicho.

- Babcia sprzedała działkę, kochanie - powiedział Dariusz. - Ale masz ogród, prawda? Lepiej niż działka.

Po świętach zadzwoniłam, czy mogę przyjechać w sobotę. Renata powiedziała, że będą malować pokój Kubusia. W następną sobotę jechali do teściów Dariusza. Potem Zosia była chora. Potem mieli gości.

W lutym przyjechałam bez zapowiedzi. Autobus, potem dwadzieścia minut piechotą po błotnistej drodze. Dariusz otworzył drzwi i stał w progu tak, jakby zastanawiał się, czy mnie wpuścić.

- Mamo, mogłaś zadzwonić - usłyszałam głos Renaty z głębi domu. Nie podeszła do drzwi.

Siedziałam w kuchni godzinę. Piłam herbatę z torebki w obcym kubku. Zosia przybiegła na chwilę, pokazała mi rysunek kota i pobiegła do siebie. Kubuś grał na tablecie. Dariusz zniknął w garażu. Renata wycierała blaty, które były już czyste.

Kiedy wracałam na przystanek, obejrzałam się na dom. Na ogród, za który zapłaciłam swoją działką. Huśtawka stała pusta, pokryta szronem. Nikt na niej nie siedział.

Wiosną dzwoniłam rzadziej. Renata odbierała, ale rozmowy trwały po trzy minuty. Tak, dzieci zdrowe. Tak, dom w porządku. Nie, w weekend nie mogą, bo Dariusz remontuje łazienkę.

Jadźka miała rację. Sprzedałam bilet wstępu. Nie do domu z ogrodem, bo ten dom nigdy nie miał być mój. Sprzedałam swoje miejsce - to jedyne, gdzie byłam potrzebna i wystarczająca.

Teraz nie mam działki, na której Henryk wbijał gwoździe na krzywo i śmiał się, że altanka będzie stała sto lat. Nie mam sobót z wnukami. Mam emeryturę, ciszę w mieszkaniu i numer telefonu, który dzwoni raz w tygodniu z obowiązku.

Czasem myślę o tej chwili przy niedzielnym obiedzie, kiedy Dariusz odłożył łyżkę. O tym, jak Renata patrzyła w talerz. I o tym, że ta cisza mojej córki powinna być jedyną odpowiedzią, jakiej potrzebowałam var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];