Wzięłam wnuczkę na wychowanie, bo córka wyjechała za granicę "na chwilę". Gdyby ktoś mi wtedy powiedział, że te "dwa, trzy miesiące" zamienią się w sześć lat, uśmiałabym się gorzko i wróciła do krojenia marchewki na rosół.
Bo właśnie to robiłam tamtego wrześniowego wieczoru, kiedy Natalia postawiła walizkę w przedpokoju i powiedziała, że wyjeżdża do Irlandii.
- Mamo, to naprawdę na chwilę. Ogarnę się, zarobię, wrócę.
Zuzia miała trzy lata. Siedziała na kuchennym krzesełku i rysowała kredkami po gazecie. Nie płakała, kiedy Natalia wyszła. Chyba nie rozumiała, że mama nie wróci na dobranoc. Ja też chyba nie rozumiałam.
Mam na imię Wiesława i do emerytury doszłam po trzydziestu latach pracy na poczcie - najpierw przy okienku, potem w sortowni. Kiedy Natalia wyjeżdżała, miałam pięćdziesiąt sześć lat i plany. Małe, spokojne plany - działka, sanatorium w Ciechocinku, dłuższe spacery z Hanką z parteru. Zamiast tego dostałam drugie macierzyństwo.
Pierwsze tygodnie były chaotyczne. Zuzia budziła się w nocy i wołała mamę. Ja siadałam przy jej łóżeczku, głaskałam po włosach i mówiłam, że mama niedługo przyjedzie. Kłamałam. Nie wiedziałam, kiedy Natalia wróci, bo sama nie wiedziała.
Dzwoniła co kilka dni, potem raz w tygodniu, potem raz na dwa tygodnie. Przysyłała pieniądze - tego jej nie odmówię. Trzysta euro, potem pięćset. Ale pieniądze nie czytają bajek na dobranoc.
Natalia nie miała męża - ojciec Zuzi zniknął, zanim dziecko się urodziło. Nie było nikogo, kto mógłby pomóc. Mój mąż Stefan odszedł osiem lat temu, serce nie wytrzymało. Byłam sama.
Więc poszłam do sądu i zostałam rodziną zastępczą dla własnej wnuczki. Formularze, zaświadczenia, wizyty kuratora. Urzędniczka w sądzie spojrzała na mnie znad okularów i zapytała, czy zdaję sobie sprawę z odpowiedzialności. Miałam ochotę odpowiedzieć, że zdaję sobie sprawę lepiej niż ktokolwiek, kto wypełnia formularze.
Zuzia rosła. Pierwsze przedszkole, potem zerówka. Wywiadówki, na które chodziłam jako „babcia-opiekun", bo tak mnie wpisali w dokumentach. Inne matki patrzyły z mieszanką współczucia i ciekawości. Nie tłumaczyłam. Nie musiałam.
Nauczyłam ją jeździć na rowerze na parkingu za blokiem. Nauczyłam wiązać buty - na dwa supełki, żeby się nie rozwiązywały. Byłam na jej pierwszym przedstawieniu w szkole, kiedy grała muchomora i zapomniała tekstu, a ja szeptałam z pierwszego rzędu tak głośno, że pani od polskiego odwróciła się z wyrzutem.
Natalia przyjeżdżała na Boże Narodzenie. Czasem. Nie zawsze. Przywozi prezenty - drogie, błyszczące, zapakowane w papier z kokardami. Zuzia cieszyła się godzinę, a potem wracała do mnie, bo to ja wiedziałam, który kubek lubi na kakao i że boi się burzy i że nie je sera żółtego, ale biały tak.
Rok temu coś się zmieniło. Natalia zaczęła dzwonić częściej. Pytała o Zuzię inaczej - nie „jak się czuje", tylko „jakie ma oceny", „czy lubi szkołę", „czy ma koleżanki". Jak ktoś, kto kompletuje akta.
A potem przyjechała. Nie na święta - w środku marca. Usiadła w mojej kuchni, ta sama kuchnia, ten sam stół, i powiedziała:
- Mamo, zabieram Zuzię. Mam mieszkanie w Dublinie, dobry związek, miejsce w szkole. Ma u mnie warunki, jakich ty nie możesz jej dać.
To ostatnie zdanie bolało najbardziej. Nie dlatego, że było okrutne - dlatego, że było częściowo prawdziwe. Natalia miała trzydzieści lat, stałą pracę, partnera, wynajęte mieszkanie z ogrodem. Ja miałam sześćdziesiąt dwa lata, dwupokojowe mieszkanie w bloku na osiedlu Korczak i kolana, które bolą przy każdej zmianie pogody.
- Zuzia mnie potrzebuje - powiedziałam cicho.
- Zuzia potrzebuje matki.
Chciałam krzyknąć. Chciałam powiedzieć: a gdzie byłaś, kiedy miała ospę i gorączkę czterdzieści, a ja całą noc siedziałam przy niej z mokrym ręcznikiem? Gdzie byłaś, kiedy chłopcy na podwórku zabrali jej plecak i wróciła z płaczem? Gdzie byłaś przez sześć lat, przez każdą jedną noc?
Ale nie krzyknęłam. Bo patrzyłam na Natalię i widziałam coś, czego nie chciałam widzieć - widziałam kobietę, która naprawdę żałuje. Która naprawdę chce naprawić to, co zepsuła. I która ma do tego prawo, bo jest matką. Biologicznie, prawnie, formalnie.
Poszłam do prawnika. Pan mecenas w małym biurze na ulicy Górnośląskiej powiedział mi wprost - jeśli Natalia nigdy nie została pozbawiona władzy rodzicielskiej, a nie została, bo ja nigdy o to nie wnioskowałam, to ma prawo zabrać dziecko. Rodzina zastępcza to forma tymczasowa. Tymczasowa - to słowo uderzyło mnie jak pięść.
- Może pani walczyć o utrzymanie pieczy - powiedział. - Ale sąd będzie patrzył na dobro dziecka. A dobro dziecka to z reguły matka.
Z reguły matka. A co z babcią, która przez sześć lat była matką?
Nie powiedziałam jeszcze Zuzi. Natalia chciała, żebyśmy powiedziały razem. Odmówiłam. Potrzebowałam czasu. A tak naprawdę bałam się, że Zuzia powie „dobrze, jadę" - i moje serce tego nie wytrzyma.
Wieczorem Zuzia siedziała przy stole i odrabiała matematykę. Spojrzała na mnie i zapytała:
- Babciu, czemu tak dziwnie patrzysz?
- Bo cię kocham, głuptasie - odpowiedziałam.
Przewróciła oczami, tak jak robią dziewięciolatki, i wróciła do zadania. A ja stałam w drzwiach kuchni i myślałam o tym, że miłość to nie jest argument prawny. Że sześć lat codziennego wstawania o szóstej, robienia kanapek, sprawdzania plecaka, suszenia łez - to wszystko nie ma rubryki w żadnym formularzu.
Natalia dała mi miesiąc. Miesiąc na przygotowanie Zuzi. Na przygotowanie siebie. Jakby trzydzieści dni mogło wystarczyć na to, żeby powiedzieć dziecku, że dom, który zna, przestaje być jej domem.
Nie wiem jeszcze, jak to zrobię. Wiem tylko, że nie będę walczyć przeciwko Natalii - bo walczyłabym przeciwko matce mojej wnuczki, a to znaczy przeciwko samej Zuzi. Ale nie będę też udawać, że to mnie nie niszczy.
Na lodówce wciąż wisi rysunek, który Zuzia zrobiła w przedszkolu. Narysowała dom z jednym oknem, kwiatek i dwie osoby. Pod spodem pani pomogła jej napisać drukowanymi literami: „JA I BABCIA". Nie było tam miejsca dla nikogo innego. I przez sześć lat naprawdę nie było. var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];