Stałam w pustym mieszkaniu z koszykiem kwiatów od kuriera i płakałam. Gdyby ktoś powiedział mi czterdzieści lat temu, że w dniu swoich siedemdziesiątych urodzin będę właśnie tak stała, uznałabym to za zły żart. Ale życie ma ponure poczucie humoru - i nie pyta, czy jesteś gotowa na puentę.

Tego czwartku rano obudziłam się o szóstej, choć nie musiałam nigdzie iść. Stare przyzwyczajenia - przez trzydzieści lat wstawałam przed świtem, żeby zdążyć na pierwszą zmianę do fabryki.

Szyłam mundurki, fartuchy, odzież roboczą. Wrocław miał wtedy kilka takich zakładów i w każdym siedziały kobiety pochylone nad maszynami, z igłami wbitymi w palce i marzeniami wbitymi w dzieci. Bo dla kogo to było, jeśli nie dla nich?

Mój Tadeusz, niech odpoczywa w pokoju, pracował na kolei. Razem ciągnęliśmy dom. Nie narzekam - mieliśmy swoje. Kawalerka na Kozanowie, potem zamiana na dwa pokoje z kuchnią na Popowicach.

Ogrzewanie miejskie, balkon z widokiem na parking. Ale dzieci miały zawsze czyste ubrania, ciepły obiad i książki do szkoły. Marcin chodził na korepetycje z angielskiego, Agnieszka na kurs komputerowy. Tadeusz brał nadgodziny, ja dorabiałam popołudniami, szyjąc sąsiadkom zasłony i sukienki na wesela.

I proszę - opłaciło się. Marcin skończył prawo, dziś ma kancelarię w Warszawie. Agnieszka prowadzi własną firmę w Poznaniu, coś z marketingiem, nigdy do końca nie zrozumiałam co dokładnie, ale ludzie jej za to płacą i dobrze. Jestem z nich dumna. Naprawdę jestem. Tylko że ta duma ostatnio smakuje trochę jak herbata bez cukru - niby to samo, ale czegoś brakuje.

Tadeusz odszedł osiem lat temu. Serce. Szybko, bez pożegnania - w nocy położył się spać i już się nie obudził. Przez pierwszy rok dzieci dzwoniły codziennie. Przez drugi - co tydzień. Teraz Marcin dzwoni w niedzielę po obiedzie, jeśli nie zapomni.

Agnieszka pisze SMS-y, krótkie, jakby nadawała telegramy: "Mamo, jak zdrowie? Buziaki". Odpowiadam: "Dobrze, córeczko". Co innego miałabym napisać? Że wieczorami rozmawiam z telewizorem? Że w sobotę jedyną osobą, która do mnie zagadała, była kasjerka w Biedronce?

Na te urodziny szykowałam się tydzień. Głupia baba ze mnie - upiekłam sernik, ten na kruchym spodzie, przepis jeszcze po mojej mamie. Kupiłam nowy obrus. Wyciągnęłam serwis, ten porcelanowy, który dostaliśmy z Tadeuszem na ślub i którego nigdy na co dzień nie używaliśmy. Cztery nakrycia. Bo Marcin powiedział, że "postara się wyrwać", a Agnieszka napisała, że "zobaczy, co z grafikiem".

Rano zadzwonił Marcin. Głos zmęczony, jakby nie spał. "Mamo, nie dam rady, mam sprawę w sądzie, przełożyli z przyszłego tygodnia na dziś, nie mogłem odmówić. Ale w sobotę na pewno wpadnę, dobra?"

Godzinę później SMS od Agnieszki. Nawet nie zadzwoniła. "Mamo, konferencja w Gdańsku, nie zdążę, kocham, w weekend to nadrobię!!!" Trzy wykrzykniki. Jakby ilość wykrzykników mogła zastąpić jej obecność przy stole.

Stałam w kuchni i patrzyłam na te cztery talerze. Na sernik. Na ten śmieszny nowy obrus w słoneczniki, który kupiłam, bo wydał mi się wesoły. A potem zaczęłam je chować. Talerze do szafki. Obrus złożyłam. Sernik nakryłam ściereczką.

O trzeciej zadzwonił domofon. Kurier. Młody chłopak, może dwadzieścia parę lat, w takiej granatowej kurtce. Stał z ogromnym koszem kwiatów - róże, lilie, coś jeszcze, czego nie rozpoznałam. I koperta. "Najdroższa Mamo, życzymy Ci zdrowia i wszystkiego co najlepsze! Marcin i Agnieszka".

Kurier uśmiechnął się. "Wszystkiego najlepszego pani! Ktoś panią bardzo kocha."

Wzięłam ten kosz. Był ciężki. Postawiłam go na stoliku w przedpokoju i zamknęłam drzwi. Potem usiadłam na taborecie przy wieszaku z płaszczami i siedziałam tak może pięć minut, może dwadzieści. Kwiaty pachniały intensywnie, prawie mdląco, w tym ciasnym przedpokoju.

Wieczorem zadzwoniła Hania - jedyna sąsiadka, z którą jeszcze gadam. Siedemdziesiąt pięć lat, mieszka piętro niżej, sama jak ja. "Wiesława, masz urodziny, to chodź na herbatę, upiekłam szarlotkę." Poszłam. Siedziałyśmy do dziesiątej w jej kuchni. Hania nie pytała o dzieci. Wiedziała.

W sobotę Marcin przyjechał. Sam, bez żony i wnuków. Trzy godziny, z czego godzinę stał na balkonie z telefonem przy uchu. Zostawił kopertę z pieniędzmi na szafce w przedpokoju. Agnieszka w końcu odwołała weekend - "coś wypadło, mamo, ale na Boże Narodzenie to na pewno".

I wtedy zrozumiałam jedną rzecz. Nie to, że moje dzieci mnie nie kochają. Kochają. Na swój sposób, w swoim grafiku, między sprawami w sądzie a konferencjami w Gdańsku. Kochają mnie tak, jak ja kochałam swoje szycie - uczciwie, ale z głową przy maszynie, patrząc na zegarek. Przez trzydzieści lat pracowałam dla nich i byłam dumna, że nie muszą pracować tak jak ja. Ale nikt mnie nie uprzedził, że cena za ich lepsze życie będzie moje puste mieszkanie.

Sernik zjadłyśmy z Hanią. Kwiaty stały tydzień, potem zwiędły. Kopertę od Marcina schowałam do szuflady, tam gdzie Tadeusz trzymał swoje dokumenty kolejowe.

Wczoraj kupiłam sobie bilet na wycieczkę do Kotliny Kłodzkiej. Autokar, dwa dni, grupa senioralna. Hania jedzie ze mną. Kiedy powiedziałam o tym Agnieszce przez telefon, zdziwiła się. "Mamo, a od kiedy ty gdzieś jeździsz?"

"Od siedemdziesiątych urodzin, córeczko" - odpowiedziałam.

Cisza w słuchawce trwała trzy sekundy. Potem Agnieszka powiedziała "fajnie, mamo" i zmieniła temat. Ale te trzy sekundy ciszy - to było więcej, niż wszystkie wykrzykniki w jej SMS-ach. I ja wiem, że ona kiedyś zrozumie. Może kiedy sama będzie miała sześćdziesiąt lat i puste krzesło przy stole. Ale nie zamierzam na to czekać.

Mam siedemdziesiąt lat. Mam sprawne nogi, bilet na autokar i sąsiadkę, która piecze szarlotkę. Tadeusz by powiedział: "Wiesiu, nie marudź, jedź." Więc jadę. var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];