Po śmierci męża dom zrobił się tak cichy, że bałam się włączyć radio. Zapisałam się na kurs pływania dla seniorek "bo i tak nic innego nie robię". Dziś jeżdżę z dziewczynami na zawody - i pierwszy raz od dawna mam plany na cały tydzień
Cisza przyszła trzeciego dnia po pogrzebie. Nie od razu - najpierw byli ludzie, sąsiadki z kondolencjami, siostra z Elbląga, syn z rodziną. Potem zostały tylko talerze do pozmywania i puste krzesło przy stole, na którym Tadeusz siadał zawsze po lewej stronie, bo mówił, że tak lepiej widzi telewizor. Trzeciego dnia usiadłam w kuchni i usłyszałam tykanie zegara na ścianie. Tylko tykanie. I od tamtej chwili ten dźwięk mnie prześladował.
Gdyby ktoś mi wtedy powiedział, że za rok będę jechać mikrobusem do Bydgoszczy na zawody pływackie w czepku z napisem "Foki z Olsztyna" - uznałabym to za żart w wyjątkowo złym guście.
Mam na imię Wiesława, mam sześćdziesiąt dwa lata i przez trzydzieści osiem z nich byłam żoną Tadeusza. Mieszkamy - to znaczy mieszkam, do dziś się mylę - w bloku na Zatorzu, trzecie piętro, dwa pokoje z kuchnią.
Tadeusz pracował jako tokarz w zakładzie na obrzeżach miasta, ja całe życie szyłam - najpierw w zakładzie krawieckim przy Kościuszki, potem na własną rękę, w domu, na maszynie Singer, którą dostałam od matki. Ostatnie lata przed emeryturą przerabiałam głównie firany i skracałam spodnie sąsiadom.
Tadeusz odszedł w listopadzie, cicho, tak jak żył. Rak płuc, który zjadał go od wewnątrz przez pół roku, choć palić rzucił piętnaście lat temu. Lekarz powiedział, że to bywa opóźnione. Ja powiedziałam, że to niesprawiedliwe. Lekarz nie odpowiedział, bo co tu odpowiedzieć.
Przez pierwsze tygodnie robiłam to, co robiłam zawsze - prałam, gotowałam, sprzątałam. Tylko że teraz prałam dla siebie, gotowałam dla siebie i sprzątałam po sobie. Rosół wychodzi tak samo, czy gotujesz na cztery talerze, czy na jeden - ale smakuje inaczej, kiedy nikt nie mówi: Wieśka, dobrze dziś wyszło. Zaczęłam gotować coraz rzadziej. Potem przestałam wychodzić po gazetę. Potem przestałam otwierać okna.
Syn Krzysztof dzwonił co tydzień, zawsze w niedzielę, zawsze o szesnastej. Pytał, co słychać. Mówiłam, że dobrze. On mówił, żebym się nie zamykała w sobie. Ja się nie zamykałam - ja po prostu nie wiedziałam, po co otwierać drzwi, skoro za nimi nie czekało już nic ciekawego.
Na początku marca zobaczyłam ogłoszenie w przychodni. Żółta kartka pinezką przybita do tablicy korkowej, między reklamą aparatów słuchowych a harmonogramem szczepień. "Kurs pływania dla seniorek. Wtorek, czwartek, 10:00. Pierwszy miesiąc gratis." Stałam przed tą kartką i myślałam, że to nie dla mnie. Nie umiem pływać. Nie mam stroju kąpielowego. Nie mam ochoty na nic.
Ale kiedy wróciłam do domu i usiadłam przy stole, zegar znowu zaczął tykać tak głośno, że bolały mnie zęby.
Następnego dnia zadzwoniłam pod numer z kartki.
Kobieta, która odebrała, miała ciepły głos i śmiała się co trzecie słowo.
- Nie umie pani pływać? Wspaniale, u nas połowa nie umie. Proszę przyjść we wtorek, kostium jakikolwiek, czepek pożyczymy.
We wtorek stałam w szatni na basenie i patrzyłam na swoje ciało w lustrze. Sześćdziesiąt jeden lat, blizna po woreczku żółciowym, kolana grubsze niż kiedyś. Przez sekundę chciałam się ubrać i wyjść. Ale z korytarza dobiegł śmiech - głośny, nieuprzejmy, bezceremonialny. Taki śmiech, jakiego nie słyszałam od miesięcy.
Weszłam na basen.
Było nas osiem. Najmłodsza - Jola - miała pięćdziesiąt cztery lata i bała się wody od dzieciństwa. Najstarsza - pani Irena, ale kazała mówić sobie po imieniu - miała siedemdziesiąt i chodziła o lasce, ale w wodzie ruszała się jak ryba. Trenerka Magda, trzydzieści parę lat, cierpliwa jak święta, powtarzała nam to samo ćwiczenie po dziesięć razy i ani razu nie westchnęła.
Pierwsze zajęcia były upokarzające. Nie umiałam utrzymać się na powierzchni. Piłam wodę. Kasłałam. Jola obok mnie piła jeszcze więcej wody i kasłała jeszcze głośniej. Po zajęciach siedziałyśmy w szatni i nie mogłyśmy przestać się śmiać, bo obie wyglądałyśmy jak zmokłe kury i wiedziałyśmy o tym.
- Wiesiu, ty też jesteś wdowa? - zapytała Jola przy kawie w automacie, owinięta ręcznikiem.
Kiwnęłam głową.
- Ja od trzech lat - powiedziała. - Pierwszy rok myślałam, że umieram. Drugi rok myślałam, że już umarłam. Trzeci rok pomyślałam, że skoro nie umarłam, to może coś jeszcze ze sobą zrobię.
Nie odpowiedziałam, bo miałam ściśnięte gardło. Ale pomyślałam, że Jola mówi o mnie.
Chodziłam na basen regularnie. Wtorek, czwartek, dziesiąta. Po miesiącu nauczyłam się pływać na plecach. Po dwóch - kraulem, niezgrabnie, ale do końca toru. Po trzech Magda powiedziała, że mam talent.
- Jaki talent - prychnęłam. - W moim wieku?
- W każdym - odpowiedziała Magda i nie wyglądała na kogoś, kto żartuje.
Z basenu wychodziłam zmęczona, ale inaczej niż z życia. Zmęczona ciałem, nie głową. W domu jadłam obiad z apetytem, którego nie miałam od pogrzebu. Wieczorem nie tykanie zegara mnie usypiało, tylko zmęczenie mięśni.
Zaczęłyśmy się spotykać poza basenem. Kawa u Joli, spacer z Ireną, zakupy z Basią, która pływała najszybciej i twierdziła, że to przez złość na byłego męża. W grupie było lżej. Nikt nie pytał, czy dam sobie radę. Nikt nie mówił z tym tonem - wiesz, tym tonem litości, który ma w sobie pytanie: ale ty na pewno nie siedzisz cały dzień w piżamie?
W maju Magda zaproponowała nam coś szalonego.
- Dziewczyny, są Mastersowe zawody pływackie w Bydgoszczy. Kategoria sześćdziesiąt plus. Kto chce spróbować?
Irena powiedziała tak, zanim Magda skończyła zdanie. Jola powiedziała, że chyba zwariowałyśmy. Ja nic nie powiedziałam, bo patrzyłam na swoje dłonie - te same dłonie, które przez trzydzieści lat szyły firany - i wyobrażałam sobie, jak nimi rozbijam wodę na torze.
- Wieśka? - Magda patrzyła na mnie.
- A jest tam jakaś kategoria dla tych, co dopiero co się nauczyły? - zapytałam.
- Jest kategoria dla odważnych - powiedziała Irena.
Pojechałyśmy we cztery. Mikrobusem, który prowadził mąż Basi, bo Basia sama nie miała prawa jazdy. Na tylnym siedzeniu miałyśmy torbę z kanapkami, termos z herbatą i czepki, które Jola kupiła przez internet - białe z zielonym napisem "Foki z Olsztyna". Irena powiedziała, że to niestosowne. Potem założyła czepek pierwsza.
Nie wygrałam. Nie wygrała żadna z nas. Irena dopłynęła ostatnia w swoim biegu i wyszła z basenu z taką miną, jakby zdobyła złoto olimpijskie. Jola popłakała się na mecie, ale twierdziła, że to od chloru. Ja przepłynęłam pięćdziesiąt metrów kraulem w czasie, którego żaden sędzia nie wpisałby do protokołu z dumą - ale dopłynęłam.
Po zawodach siedziałyśmy w samochodzie na parkingu i jadłyśmy kanapki z żółtym serem. Było ciepło, przez szybę wchodziło majowe słońce, Basia opowiadała coś o swoim byłym mężu, Irena drzemała z czepkiem na głowie.
I ja pomyślałam - po raz pierwszy od śmierci Tadeusza - co będę robić w przyszłym tygodniu. Nie "co zrobię, żeby przetrwać do wieczora". Nie "co ugotować, żeby nie wyrzucić". Tylko - co będę robić. We wtorek basen. W środę kawa u Joli. W czwartek basen. W piątek może kino z Ireną, bo chciała iść na komedię, bo mówi, że dramaty ma w domu.
Zadzwoniłam do Krzysztofa. Nie w niedzielę, nie o szesnastej.
- Mamo? Wszystko w porządku? - w jego głosie usłyszałam natychmiastowy niepokój.
- Krzysiu, wszystko dobrze - powiedziałam. - Dzwonię, bo chciałam ci powiedzieć, że właśnie wracam z zawodów pływackich z Bydgoszczy.
Cisza. Długa cisza.
- Z jakich zawodów?
- Pływackich - powtórzyłam. - Jestem Foką z Olsztyna.
Kolejna cisza, a potem śmiech. Prawdziwy, zaskoczony, pełny śmiech mojego syna, którego nie słyszałam od lat. I pomyślałam, że Tadeusz by się ucieszył. Nie dlatego, że pływam. Dlatego, że znowu mam komuś o czym opowiedzieć.
Cisza w mieszkaniu jest nadal. Zegar nadal tyka. Ale teraz, kiedy wracam z basenu z mokrymi włosami i bolącymi ramionami, ta cisza jest inna. To cisza, w którą wchodzę ze swoimi planami. Z listą rzeczy do zrobienia. Z telefonem pełnym wiadomości od dziewczyn: "Wieśka, w sobotę trening dodatkowy, dasz radę?" Daję radę. Pierwszy raz od dawna - daję radę.
var adsinserter = adsinserter || {};
adsinserter.tags = ['fulladsnew'];