Po pogrzebie siostra powtarza rodzinie, że mamą zajmowałyśmy się "po równo" - ona brała środy. Sąsiad mamy zapytał mnie w zeszłym tygodniu, czy ta pani z firmy opiekuńczej, co przychodziła w środy, znajdzie teraz inną pracę. Faktury znalazłam w maminych papierach. Płaciła mama.
Sąsiad mamy nazywa się Zygmunt i ma siedemdziesiąt osiem lat. Jest typem człowieka, który nie plotkuje - stwierdza fakty. Dlatego kiedy powiedział to, co powiedział, nie próbowałam go poprawić. Stałam na klatce schodowej z kluczami od maminego mieszkania w ręku i czułam, jak mi cierpnie skóra na karku.
- Ta pani, co w środy przychodziła do Stasi - zaczął, opierając się o framugę swoich drzwi. - Taka w niebieskim kitlu, z torbą. Miła kobieta, ale cicha. Zawsze punktualnie, koło dziesiątej. To ona teraz nie będzie miała pracy, nie?
Nie wiedziałam, o czym mówi.
Moja siostra Iwona brała środy. Tak się umówiłyśmy cztery lata temu, kiedy mama po udarze nie mogła zostawać sama. Ja przyjeżdżałam z Poznania w weekendy - pięć godzin w jedną stronę, piątki i poniedziałki urywane z dyżurów na porodówce, reszta tygodnia na telefonie z mamą. Iwona mieszkała dwadzieścia minut od niej. Brała środy i obiecała, że w razie czego wpadnie też między nimi. Tak przynajmniej mówiła.
- Panie Zygmuncie - powiedziałam powoli - jaka pani w niebieskim kitlu?
Zygmunt zmarszczył brwi, jakby to ja opowiadała niestworzone rzeczy.
- No ta opiekunka. Z firmy. Przychodziła w środy do Stasi, pewnie z dwa, trzy lata. Robiła zakupy, leki dawała, obiad podgrzewała. Myślałem, że to panie wspólnie załatwiłyście.
Nie załatwiłyśmy.
Trzy dni wcześniej pochowaliśmy mamę. Na stypie Iwona mówiła wujkowi Edwardowi, jak to było ciężko, jak to się dzieliłyśmy po równo, jak to ona brała środy i jak to jest, kiedy człowiek cztery lata rezygnuje z kawałka życia dla chorej matki. Widziałam, jak wujek kiwał głową z szacunkiem. Widziałam, jak ciotka Halina ściskała Iwonie rękę.
Weszłam do maminego mieszkania i usiadłam na tapczanie w dużym pokoju. Pachniało jeszcze mamą - tą jej mieszanką kremu Nivea i herbaty z melisą. Na komodzie leżały niesortowane papiery. Rachunki za prąd, wyniki badań, karta aptek, karteczki z jej drobnym pismem.
I na samym spodzie, w żółtej teczce, którą mama zawsze trzymała pod serwetkami w szufladzie kredensu, leżały faktury. Wystawione na Stanisławę Kozłowską. Od firmy opiekuńczej. Co miesiąc, od października dwa tysiące dwudziestego drugiego roku. Środy, godziny dziesięć - czternaście, usługi opiekuńcze, pani Mariola K.
Przeliczyłam. Dwadzieścia sześć faktur.
Mama płaciła za te środy sama.
Zadzwoniłam do Iwony dopiero następnego dnia. Nie od razu, bo musiałam najpierw zrozumieć, co właściwie czuję. Złość? Na pewno. Ale pod spodem było coś cięższego - coś jak zderzenie dwóch obrazów, które przez lata istniały obok siebie i nagle okazały się nie do pogodzenia.
Iwona, która narzekała na trudne środy. Iwona, która na rodzinnych obiadach wzdychała, że mama znowu nie chciała jeść. Iwona, która kazała mi kupić specjalne podkłady higieniczne, bo "w środy jest najgorzej". Każdy z tych szczegółów był kłamstwem. Nie przeżytym, nie zaobserwowanym - wymyślonym lub powtórzonym z cudzych relacji.
Odebrała po trzecim sygnale.
- Iwona, byłam u mamy w mieszkaniu. Rozmawiałam z panem Zygmuntem.
Cisza.
- I znalazłam faktury.
Dłuższa cisza. Słyszałam jej oddech i telewizor w tle - jakiś program kulinarny, ktoś mówił o tartym parmezanie.
- Bożena, to nie jest tak, jak myślisz - powiedziała wreszcie, tym swoim tonem, którego używała od dzieciństwa, kiedy chciała coś wyjaśnić, zanim zdąży się zrobić awantura.
- A jak jest?
- Mama sama chciała tę panią. Powiedziała, że nie chce mnie obarczać. Że wie, ile mam na głowie z Kamilem i z Darkiem.
Kamil to syn Iwony, trzydziestolatek z własnym mieszkaniem. Darek to jej mąż. Zdrowy, pracujący, bez żadnych specjalnych problemów.
- Ale rodzinie mówiłaś, że to ty przychodzisz w środy.
- Bo przychodziłam! Nie co tydzień, ale przychodziłam. Czasem wpadłam po południu, po tej pani.
- Dwadzieścia sześć faktur, Iwona. Ponad dwa lata. Co miesiąc.
- Bożena, przestań mi robić przesłuchanie.
- Nie robię ci przesłuchania. Pytam, dlaczego mama płaciła z emerytury za opiekunkę, kiedy miała córkę dwadzieścia minut od siebie.
Iwona się rozłączyła.
Później wysłała mi wiadomość. Długą, chaotyczną, pełną zdań zaczynających się od "ty nie rozumiesz" i "łatwo ci mówić z Poznania". Pisała, że miała swoje problemy - że Darek miał ciężki okres w pracy, że Kamil się od nich odsunął, że ona sama chodziła do psychologa. Pisała, że mama "rozumiała". Że to był ich układ. Że mama wolała obcą kobietę niż córkę, bo przy obcej nie musiała udawać, że jest silna.
To ostatnie zdanie zabolało mnie bardziej niż wszystko inne.
Bo pomyślałam, że to może być prawda. Mama mogła wolić opiekunkę. Mama mogła powiedzieć Iwonie, żeby nie przychodziła. Mama potrafiła być taka - dumna, uparta, niechętna do przyjmowania pomocy od własnych dzieci. Pamiętam, jak po udarze odmówiła wózka inwalidzkiego, bo "sąsiedzi zobaczą". Pamiętam, jak nie chciała, żebym zostawiała jej gotowe posiłki w lodówce, bo to ją "upokarzało".
Ale to nie zmieniało faktu, że Iwona kłamała. Nie raz, nie dwa - systematycznie, przez ponad dwa lata. Budowała wokół siebie obraz ofiarnej córki, która poświęca środy chorej matce, podczas gdy mama siedziała sama z opłaconą z własnej kieszeni panią Mariolą.
Pojechałam do maminego mieszkania jeszcze raz. Przejrzałam wyciągi z konta, które mama trzymała w tej samej żółtej teczce. Kwota za opiekunkę wychodziła co miesiąc z jej emerytury. Regularnie, jak zegarek. Mama nigdy mi o tym nie powiedziała. Ani razu, przez te wszystkie weekendy, kiedy przyjeżdżałam, gotowałam jej rosół, myłam okna, woziłam do lekarza, siadałam z nią wieczorem przed telewizorem. Mogła powiedzieć. Mogła się pożalić. Nie zrobiła tego.
Myślę teraz, że mama chroniła Iwonę. Tak jak zawsze ją chroniła - bo Iwona była młodsza, bo Iwona była "ta wrażliwa", bo Iwona się rozwodziła, bo Iwona miała depresję, bo Iwona zawsze miała jakiś powód, dla którego świat powinien być dla niej łagodniejszy.
Na rodzinnym spotkaniu - miesiąc po pogrzebie, z okazji imienin ciotki Haliny - nie powiedziałam nic. Iwona siedziała naprzeciwko mnie, nakładała sałatkę jarzynową na talerz i opowiadała kuzynce, jak to ciężko było z mamą pod koniec. Jak mama nie chciała jeść. Jak trzeba ją było namawiać godzinami.
Słuchałam tego i myślałam o pani Marioli, która robiła to za nią. O mamie, która z emerytury płaciła za fikcję córczynej opieki. I o sobie, która przez cztery lata miotała się między Poznaniem a Warszawą, bo wierzyła, że razem z siostrą dźwigają ten ciężar.
Ciotka Halina zapytała mnie, czy wszystko w porządku. Powiedziałam, że tak. Że jestem zmęczona.
Iwona nie zadzwoniła do mnie od tamtej wiadomości. Ja do niej też nie. Nie dlatego, że nie chcę rozmawiać - ale dlatego, że nie wiem jeszcze, czego chcę od tej rozmowy. Przeprosin? Iwona nie przeprosi, bo w jej wersji wydarzeń nie ma za co. Prawdy? Prawdę już znam. Sprawiedliwości? Nie ma takiej instancji, która rozlicza siostry z kłamstw powiedzanych nad talerzem bigosu.
Czasem w nocy myślę o tych środach. O tym, jak mama otwierała drzwi pani Marioli, a nie Iwonie. Czy było jej smutno? Czy jej ulżyło? Czy kiedykolwiek powiedziała tej obcej kobiecie to, czego nie powiedziała nam - że jest samotna, że się boi, że chciałaby, żeby córki przyszły nie z obowiązku, a z tęsknoty?
Tego się już nie dowiem. Ale faktury - dwadzieścia sześć faktur w żółtej teczce - mówią mi wystarczająco dużo.
var adsinserter = adsinserter || {};
adsinserter.tags = ['fulladsnew'];