Byłam u mamy, kiedy zadzwoniła siostra. Mama słabo słyszy, głośnik ma włączony na stałe. Siostra mówiła o działce: "załatwione, tylko Baśce ani słowa, wiesz jaka jest". Baśka to ja. Mama patrzyła na mnie i słuchała dalej.
Herbata stygła w filiżance, kiedy telefon mamy zawibrował na ceracie. Mama nawet nie spojrzała na ekran - nacisnęła zieloną słuchawkę odruchowo, jak robi to za każdym razem. Głośnik ustawiony na cały regulator, bo od dwóch lat ledwo słyszy na lewe ucho.
- Mamo, to ja - rozległ się głos Jolanty, wyraźny jak z radia. - Byłam u notariusza, wszystko załatwione. Papierów jest trochę, ale damy radę. Tylko Baśce ani słowa, wiesz jaka jest. Zacznie awanturę i będzie dramat na pół osiedla.
Siedziałam naprzeciwko mamy z łyżeczką w dłoni. Baśka to ja. Barbara Malicka, pięćdziesiąt sześć lat, nauczycielka w podstawówce. Córka, siostra, ciotka. I najwyraźniej - osoba, o której lepiej nie wiedzieć.
Mama podniosła na mnie oczy. Nie powiedziała ani słowa. Ani do Jolanty, ani do mnie. Jolanta mówiła jeszcze coś o opłatach za prąd i ogrodzeniu, ale ja już nie słuchałam treści. Słuchałam tonu. Mojej siostry, która załatwiała coś za moimi plecami i robiła to głosem kobiety przekonanej, że postępuje słusznie.
Mama odłożyła telefon. Cisza w kuchni była tak gęsta, że słyszałam tykanie zegara nad lodówką. Tego samego zegara, który wisiał tam, kiedy byłyśmy z Jolą małe i kłóciłyśmy się o ostatni kawałek sernika.
- Mamo - powiedziałam. - Co załatwiła Jola u notariusza?
- Nic takiego - mama zaczęła zbierać okruszki z ceraty do dłoni, jak zawsze, kiedy nie chce na mnie patrzeć. - Gadała o swoich sprawach.
- Słyszałam, mamo. Słyszałam wszystko.
Mama zacisnęła usta i odwróciła się do zlewu. Odkręciła wodę, zaczęła myć filiżankę, która była czysta. W jej pochylonych plecach widziałam to, co znałam od dziecka - ucieczkę.
Działka. Nasze sześćset metrów w ogrodach działkowych przy Metalowców. Altanka, którą tata budował trzy lata, deseczka po deseczce, każdy weekend od maja do września. Grządki mamy - pomidory, ogórki, truskawki.
Jabłoń, pod którą rozkładaliśmy koc, kiedy byłam mała, i tata mówił, że to najlepsze miejsce na ziemi. Po jego śmierci sześć lat temu mama przyjeżdżała tam coraz rzadziej. Bolały ją kolana, potem biodro, potem po prostu nie chciała tam jechać sama.
Jolanta przejęła działkę. Zaczęła jeździć z Mirkiem, swoim mężem. Podcinali drzewa, naprawiali ogrodzenie, wymienili drzwi w altance. Mówiła o tym przy każdym obiedzie u mamy - ile zrobiła, ile to kosztowało, ile czasu poświęciła. Ja słuchałam, kiwałam głową, myślałam: dobrze, że ktoś się tym zajmuje.
Nie jeździłam tam. Raz, może dwa razy w roku zaglądałam na godzinę, zrywałam truskawki, piłam kawę w altance. Czułam się tam jak gość. Jolanta przestawiła meble, wyrzuciła stary stół taty, powiesiła swoje firany. Działka pachniała już nie tatą, tylko Jolantą. Powinnam była wtedy coś powiedzieć. Nie powiedziałam.
Po tamtym telefonie wróciłam do domu i przez dwie godziny siedziałam w kuchni, patrząc na ścianę. Nie zadzwoniłam do Jolanty. Nie chciałam krzyczeć, płakać, robić sceny. Bo właśnie tego się po mnie spodziewały - reakcji Baśki, która "wiesz jaka jest".
A jaka jestem? Głośna? Trudna? Awanturnica? Próbowałam sobie przypomnieć, kiedy ostatnio zrobiłam awanturę. Trzy lata temu powiedziałam Jolancie, że nie powinna decydować za mamę o wizycie u lekarza. Powiedziałam to spokojnie, przy stole, przy kompotze. Jolanta się obraziła na miesiąc. Mama potem dzwoniła i prosiła, żebym przeprosiła, bo Jolka się martwi i źle sypia.
Przeprosiłam. Jak zawsze.
Następnego dnia pojechałam na działkę. Było wczesne popołudnie, Jolanta powinna być w pracy. Furtkę trzeba było mocniej pchnąć - Mirek zamontował nowy zamek. Starym kluczem, który nosiłam w portfelu od lat, nie dało się go otworzyć. Przeszłam przez dziurę w siatce z tyłu, tę samą, przez którą wchodziliśmy jako dzieci.
Działka wyglądała ładnie. Trawnik skoszony, grządki obsadzone, na tarasiku nowe meble ogrodowe. Przy altance stał rower Mirka i plastikowy domek dla wnuków Jolanty. Pod jabłonią - tą samą, pod którą tata rozkładał koc - Jolanta postawiła huśtawkę.
Nie wiem dlaczego, ale to huśtawka mnie złamała. Nie notariusz, nie papiery, nie ukrywanie. Huśtawka pod jabłonią taty, jakby ta jabłoń już do niej należała. Jakby ta historia była już skończona i przepisana.
Usiadłam na schodkach altanki i zadzwoniłam do Jolanty.
- Byłam u mamy wczoraj - powiedziałam. - Słyszałam twój telefon.
Cisza. Długa, pełna cisza. Potem Jolanta westchnęła, tym swoim ciężkim westchnieniem, które znam od czterdziestu lat.
- Baśka, posłuchaj. Ja się tą działką zajmuję od sześciu lat. Ty tu nie zaglądasz. Mama nie jest w stanie. Mirek wymienił dach na altance za własne pieniądze. Ja tu spędzam każdy weekend.
- Wiem - powiedziałam.
- No to co chcesz? Żeby to stało i niszczało? Mama sama zaproponowała przepisanie.
- Mama zaproponowała, czy ty zaproponowałaś, a mama się zgodziła?
Znowu cisza. Inna cisza - gęstsza.
- Jakie to ma znaczenie? - Jolanta podniosła głos. - Efekt jest taki sam. Ja się zajmuję, ja ponoszę koszty, ja tu jestem.
- Znaczenie ma to, że nikt mnie nie zapytał - powiedziałam i sama usłyszałam, jak mi się łamie głos. - Nie o działkę mi chodzi, Jola. Chodzi o to, że jestem tą, której się nie mówi. Tą, od której się ukrywa. "Wiesz jaka jest." Jaka jestem, Jola?
Jolanta milczała. Słyszałam jej oddech w słuchawce. Szybki, nierówny.
- Baśka - powiedziała w końcu, ciszej. - Ja nie chciałam... Ja myślałam, że będzie łatwiej.
- Dla kogo łatwiej?
Nie odpowiedziała.
Rozłączyłam się pierwsza. Siedziałam na tych schodkach, patrzyłam na jabłoń i myślałam o tacie. O tym, jak mówił, że rodzina to nie jest coś, co się dzieli na porcje. Że rodzina to jest stół, przy którym jest miejsce dla każdego.
Ale taty nie ma. A przy stole ktoś zdecydował, że moje miejsce jest zbędne - i nawet mi o tym nie powiedział.
Zadzwoniłam do mamy wieczorem.
- Mamo, dlaczego mi nie powiedziałaś?
Mama milczała długo. Potem powiedziała coś, czego się nie spodziewałam.
- Bo Jolka płakała, Basiu. Przyszła do mnie i płakała, że ona tyle robi, a nikt tego nie widzi. Że Mirek jej wyrzuca, ile pieniędzy włożyli. Że ona tam jedzie w deszcz i w mróz, a ty nawet nie zadzwonisz zapytać, czy trzeba trawę skosić.
Chciałam powiedzieć, że to nieprawda. Że dzwoniłam. Że proponowałam. Ale prawda była taka, że dzwoniłam rzadko, proponowałam ogólnikowo, a kiedy Jolanta mówiła "nie trzeba, damy radę" - odczuwałam ulgę.
Może Jolanta miała prawo do tej działki. Może naprawdę na nią zapracowała. Ale nie miała prawa zdecydować, że ja nie zasługuję nawet na rozmowę. Że jestem tą, której się nie mówi, bo "wiesz jaka jest".
Nie wiem, co będzie z działką. Pewnie Jolanta ją dostanie - i pewnie na to zapracowała. Ale wiem jedno - nie przeproszę za to, że chciałam wiedzieć. Za to, że chcę mieć miejsce przy rodzinnym stole, nawet jeśli nie przyjechałam skosić trawy.
Tata by zrozumiał. var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];