Z bratową nie przepadałyśmy za sobą czterdzieści lat — dwa domy przy jednym płocie, dwie kuchnie na jedne święta. Owdowiałyśmy w tym samym roku. Teraz w niedziele po mszy idziemy razem na cmentarz, a potem na rosół, raz u niej, raz u mnie. Kłócimy się dalej — o sól.

"Za słono" - powiedziała Teresa i odłożyła łyżkę. Nie na spodek, nie na talerz. Na obrus. Na mój świeży, krochmalony obrus.

Policzyłam do pięciu. Kiedyś liczyłam do dziesięciu, ale po czterdziestu latach z Teresą nauczyłam się skracać.

"W zeszłą niedzielę u ciebie rosół smakował jak ciepła woda" - odpowiedziałam, nalewając sobie dolewkę. Teresa wzruszyła ramionami tym swoim gestem, który znałam od tylu lat, że mogłabym go narysować z zamkniętymi oczami - jedno ramię lekko wyżej od drugiego, broda zadarta o centymetr.

Nienawidziłam tego gestu. Albo już nie. Sama nie wiem.

Staszek i Henryk byli braćmi. Staszek - mój mąż. Henryk - mąż Teresy. Kiedy w osiemdziesiątym piątym roku kupili dwie działki obok siebie na obrzeżach Kielc, przy ulicy, która wtedy nie miała nawet asfaltu, myśleli, że robią nam prezent na całe życie. Dwa domy. Jeden płot. Wiśnia na granicy, która co roku rodziła na obie strony.

Prezent. Jasne.

Pierwsze dziesięć lat to były drobne ukłucia. Teresa suszyła pranie tak, że moje firanki cuchnęły jej płynem do płukania. Ja kosiłam trawnik wcześnie rano w sobotę, kiedy Henryk pracował na nocną zmianę.

Na imieninach teściowej porównywałyśmy ciasta - ja piekłam sernik na zimno, Teresa makowiec na gorąco - i teściowa zawsze mówiła dyplomatycznie, że oba przepyszne. Obie wiedziałyśmy, że to kłamstwo. Jedno musiało być lepsze.

Drugie dziesięć lat to już była zimna wojna. Kto ma ładniejszy ogródek. Czyje dzieci lepiej się uczą. Czyj mąż więcej zarabia. Przez dwadzieścia lat pracowałam w sklepie obuwniczym na Sienkiewicza, Teresa jeździła autobusem do podstawówki na Czarnowie, gdzie uczyła plastyki.

Spotykałyśmy się przy furtce - ona wychodziła o siódmej piętnaście, ja o siódmej dwadzieścia.. Przez te dwie minuty, kiedy się mijałyśmy, wymieniałyśmy zdania, z których każde miało drugie dno. "Ładna pogoda" mogło znaczyć "widziałam, że u ciebie wczoraj do północy paliło się światło" albo "twój kot znowu był na moim rabatku."

Staszek mówił, że przesadzam. Henryk mówił Teresie to samo. Bracia trzymali nas w ryzach jak dwie nici - naciągnięte, ale nieprzerwane. Na wigilię siadaliśmy przy jednym stole, u teściowej, a potem u nas na zmianę. Dzieliliśmy się opłatkiem. Składaliśmy życzenia. Byłyśmy z Teresą idealnymi bratowymi - na oczach rodziny. Za płotem wracały reguły gry.

Potem Staszek dostał wylewu w styczniu. Szedł po gazetę do skrzynki i po prostu upadł na ścieżce. Sąsiedzi wezwali pogotowie, ja byłam w kuchni, słyszałam syrenę, ale myślałam, że to do kogoś innego. Zawsze myślimy, że to do kogoś innego.

A we wrześniu tego samego roku, po sześciu miesiącach chemioterapii, odszedł Henryk. Rak płuc. Nie palił nigdy w życiu, a to i tak nic nie pomogło.

Na pogrzebie Henryka stałyśmy obok siebie. Nie dlatego, że chciałyśmy - ksiądz tak ustawił rodzinę. Teresa miała na sobie czarną garsonkę, tę samą, w której była na pogrzebie Staszka osiem miesięcy wcześniej.

Zauważyłam, bo ja też miałam na sobie tę samą czarną sukienkę co wtedy. Przez chwilę patrzyłyśmy na siebie i obie wiedziałyśmy, że obie to widzimy - te same ciuchy, ten sam cmentarz, ten sam ksiądz, ten sam rząd nagrobków.

Nie powiedziałyśmy nic. Co tu mówić.

Pierwsza niedziela po pogrzebie Henryka. Poszłam na mszę, potem na grób Staszka. Przy bramie cmentarza stała Teresa z jednym goździkiem. Minęłyśmy się. Skinęłyśmy głowami.

Kolejna niedziela. Znowu brama. Znowu skinięcie.

Za trzecim razem Teresa powiedziała: "Może razem? I tak idziemy w tę samą stronę."

Idziemy w tę samą stronę. Od tamtej pory - co niedzielę. Msza. Cmentarz. Dwa groby w jednym rzędzie, bracia obok siebie, tak jak te domy, tak jak my. Potem rosół. Raz u niej, raz u mnie. Zawsze rosół, bo na inne danie nie potrafiłyśmy się zgodzić.

Kłócimy się nadal. O sól. O to, czy makaron ma być krajanka czy nitki. O to, czy marchewka powinna być tarta czy krojona w plastry. To nie są prawdziwe kłótnie. Albo są - ale o coś innego niż sól.

Córka mi powiedziała kiedyś: "Mamo, ty ją chyba lubisz."

"Nie lubię" - odpowiedziałam od razu. Za szybko. Córka się uśmiechnęła i nic nie dodała, a to było gorsze niż gdyby dopytywała.

Ale w piątek na targu kupuję dwa pęczki pietruszki. Jeden dla siebie, jeden dla niej. Bo Teresa zawsze zapomina o pietruszce, a potem narzeka, że rosół bez pietruszki to nie rosół. Nie mówię jej, że kupuję specjalnie. Mówię: "Mieli promocję, wzięłam za dużo."

Teresa kiwa głową. A w następny piątek przynosi mi słoik ogórków, bo wie, że moje w tym roku nie wyszły. "Sąsiadka za dużo dała" - mówi.

Obie kłamiemy. Obie wiemy, że kłamiemy. Żadna tego nie powie.

W zeszłą niedzielę, kiedy wychodziła po rosole - a na obrusie jak zwykle zostały plamy od buraczków, bo Teresa zawsze coś musi poplamić - zatrzymała się w drzwiach.

"Lucyna" - powiedziała. Nie "Luśka", jak mówił Staszek. Nie "bratowa", jak mówiła przez czterdzieści lat. Lucyna.

"Co?"

"Nic. Do niedzieli."

Zamknęłam drzwi. Umyłam talerze - dwa głębokie, dwa płytkie, dwa kubki. Odkręciłam kran i z oczu poleciały mi łzy, tak po prostu, bez powodu, jak ta woda z kranu, której nie da się zatrzymać jednym ruchem ręki.

Sześćdziesiąt siedem lat. Czterdzieści z nich z Teresą za płotem. Nie wiem, czym jesteśmy. Nie przyjaciółkami - za dużo lat tej ciągłej wojny podjazdowej. Nie rodziną - rodzina leży na cmentarzu, w jednym rzędzie. Nie sąsiadkami - sąsiadki nie kłócą się o sól z taką zajadłością.

W niedzielę znowu pójdziemy na mszę. Potem na cmentarz. Potem rosół.

U niej. I znowu będzie za mało soli. var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];