Syn pożyczył ode mnie w październiku 12 tysięcy na zaległy ZUS, bo "firma ledwo dyszy". W styczniu, przy niedzielnym obiedzie, wnuczka pochwaliła się, że w ferie lecą na Teneryfę. Syn spojrzał na mnie i powiedział: "Mamo, to z innych pieniędzy".

Zuzia wbiegła do kuchni z takim rozpędem, że o mało nie strąciła wazy z rosołem ze stołu.

- Babciu, babciu, lecę samolotem! Na Teneryfe! - wrzasnęła, podskakując na jednej nodze. - Tata mówi, że będę pływać w oceanie!

Spojrzałam na Dariusza. Odłożył łyżkę i utkwił wzrok w talerzu. Sylwia, jego żona, pochyliła się nad Zuzią i szepnęła coś o tym, że najpierw obiad. Ale to szeptanie przyszło o kilka sekund za późno. Słowo "Teneryfa" wisiało już nad stołem jak dym z przypalonych kotletów - nie da się go zignorować, nie da się wygonić.

Muszę się cofnąć do października, bo tam się zaczęło.

Dariusz przyjechał do mnie w środku tygodnia, co samo w sobie było dziwne. Zazwyczaj widywałam go w niedziele - i to nie każdą. Usiadł w kuchni, nie zdjął kurtki, pocierał kciukiem blat stołu. Znałam te ruchy. Tak samo się wiercił w podstawówce, kiedy przynosił uwagę od wychowawczyni.

- Mamo, mam problem z ZUS-em - powiedział w końcu, nie patrząc mi w oczy. - Zalegam z dwunastoma tysiącami. Firma ledwo dyszy, muszę opłacić ludzi, a ZUS grozi egzekucją.

Dwanaście tysięcy. Przeliczyłam w głowie. Tyle odłożyłam na wymianę okien w mieszkaniu. Te drewniane ramy już trzecią zimę przeciągały, uszczelki się pokruszyły, a rachunki za ogrzewanie rosły z każdym sezonem.

Od kiedy Zdzisław zmarł - cztery lata temu - wszystko w tym bloku robiłam sama, złotówka do złotówki. Emerytura po trzydziestu latach w bydgoskim salonie fryzjerskim nie była hojna, ale starczała, jeśli się pilnowało każdego grosza.

- Oddam przed Wigilią, mamo. Obiecuję - dodał Dariusz, i w jego głosie było tyle wstydu, że coś we mnie zmiękło natychmiast.

Nie prosiłam o żadne potwierdzenie z ZUS-u. Nie pytałam o szczegóły. Przelałam mu pieniądze następnego dnia. To mój syn. Jedyny. Wychowałam go praktycznie sama, bo Zdzisław przez lata pracował na kontraktach budowlanych i bywał w domu może kwartał w roku. Dariusz miał trudne dzieciństwo, potem niedokończone technikum, serię dorywczych prac, aż wreszcie założył firmę instalatorską i ja odetchnęłam. Firma działała czwarty rok. Miało być stabilnie.

Okna zostały stare. Kupiłam za to dodatkowe uszczelki w markecie - dwadzieścia złotych za komplet - i powklejałam sama, klęcząc na parapecie z nożyczkami.

W listopadzie Dariusz przysłał mi zdjęcie Zuzi z wycieczki szkolnej. Na zdjęciu miała nową puchową kurtkę z błyszczącym zamkiem. Pomyślałam: ładna kurtka. A zaraz potem pomyślałam: ile kosztowała. I natychmiast się za to skarciłam. Co ja, będę teraz liczyć, ile wydają na dziecko?

W grudniu, przy wigilijnym stole u mnie, Sylwia miała nowe kolczyki. Dariusz kupił sobie telefon - firmowy, mamo, bez tego nie da się robić zleceń, wyjaśnił bez pytania, jakby czuł, że powinien. Ugotowałam dwanaście potraw, jak co roku. Barszcz, pierogi, karp, kutia. Zuzia zjadła trzy uszka i zasnęła na kanapie pod kocem. Było ciepło, było dobrze. Wigilijny wieczór nie jest od trudnych rozmów.

O pieniądzach nie wspomniałam. Ale w którymś momencie, kiedy składałam resztki do lodówki, zadałam to pytanie - lekko, jakby od niechcenia:

- Dariusz, a jak tam z firmą? Lepiej?

- Powoli się kręci, mamo. Po Nowym Roku powinno ruszyć - odpowiedział, nie odrywając wzroku od telefonu.

Odłożyłam barszcz na półkę i zamknęłam lodówkę. Gdzieś z tyłu głowy odezwał się cichy, nieprzyjemny głosik. Nie chciałam go słuchać. Więc nie słuchałam.

A potem przyszedł styczeń. I ten niedzielny obiad.

- Na Teneryfe, babciu! - powtórzyła Zuzia, bo moja reakcja wyraźnie ją zawiodła. Nie klaskałam, nie pytałam o palmy i morze. Siedziałam z łyżką w ręku i patrzyłam na syna.

- Zuzia, jedz rosół, bo stygnie - powiedział Dariusz. Ale nie do Zuzi mówił. To był sygnał dla mnie: nie teraz.

Sylwia zaczęła opowiadać o biurze podróży, o hotelu z basenem, o tym, że znaleźli promocję last minute, że ferie Zuzi akurat pasują. Mówiła za dużo i za szybko. Znałam to. Sama tak robiłam, kiedy kłamałam Zdzisławowi o cenie nowego odkurzacza. Im więcej szczegółów, tym mniej prawdy.

Po obiedzie, kiedy Sylwia z Zuzią poszły do pokoju oglądać bajkę, zostaliśmy z Dariuszem w kuchni. Zmywałam talerze, on stał przy oknie. Przy tym oknie, które miałam wymienić za dwanaście tysięcy.

- Mamo - zaczął. - Te pieniądze na ZUS opłaciłem. Naprawdę. A Teneryfa... Sylwia dostała premię w pracy. To z innych pieniędzy.

Nie odwróciłam się. Odkręciłam kran mocniej, żeby mieć zajęcie dla rąk.

- Z jakich innych? - zapytałam.

- Z premii Sylwii. Mówię ci.

- Dariusz, ta premia to było pięć tysięcy - powiedziałam spokojnie. Bo wiedziałam ile. Sylwia sama mi powiedziała w listopadzie, chwaląc się, że szef wreszcie docenił jej pracę. Tydzień na Teneryfie we trójkę - nawet z promocją - to nie jest pięć tysięcy.

Cisza. Tylko kran szumiał i gdzieś z pokoju dobiegała melodyjka z bajki Zuzi.

- Jeszcze dołożyliśmy trochę z oszczędności - dodał ciszej.

Zakręciłam wodę. Wytarłam ręce w ścierkę. Odwróciłam się.

- Nie mówił mi ktoś trzy miesiące temu, że firma ledwo dyszy?

Nie odpowiedział. Stał przy oknie - tym nieszczelnym oknie z uszczelkami za dwadzieścia złotych - i patrzył na parking przed blokiem.

Wyszli tego dnia wcześniej niż zwykle. Zuzia pocałowała mnie w policzek i szepnęła, że przywiezie mi muszelkę z plaży. Uśmiechnęłam się, bo co miałam zrobić - ona ma osiem lat i żadnej winy.

Nie było kłótni. Nie było krzyku. Byłam na to zbyt zmęczona. I zbyt - tak, powiem to wprost - zawstydzona. Nie za syna. Za siebie. Za to, że w październiku nawet nie zapytałam o potwierdzenie z ZUS-u. Za to, że chciałam wierzyć, bo łatwiej było wierzyć niż sprawdzać.

A może Dariusz mówił prawdę. Może ZUS naprawdę opłacił, a na Teneryfę naprawdę znalazły się inne pieniądze. Może firma się odbiła. Może Sylwia miała coś odłożonego, o czym nie wiedziałam. Może.

Tylko że tych dwunastu tysięcy nikt mi nie oddał. Ani przed Wigilią, jak obiecywał. Ani po niej. Kiedy wspomniałam w grudniu, Dariusz powiedział: po Nowym Roku się dogadamy. Po Nowym Roku temat nie wrócił. Ja też go nie podnosiłam, bo za każdym razem czułam, że to ja się o coś prosząc upokarzam, a nie on.

W lutym Zuzia przysłała mi na telefon zdjęcie z plaży - opalona, roześmiana, z dmuchanym flamingiem w turkusowej wodzie. Napisała: "babciu kocham cie tu jest super!!!". Cztery wykrzykniki.

Odpisałam serduszko.

W marcu zadzwonił fachowiec od okien. Powiedział, że ceny w tym roku poszły w górę i wymiana wyjdzie nie dwanaście, a piętnaście tysięcy. Podziękowałam i się rozłączyłam.

Za oknem wiał wiatr, a stare ramy trzeszczały jak zwykle. var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];