Mieszkam sama od śmierci męża. Syn odwiedził mnie w tym roku cztery razy: po opony zimowe, po opony letnie, po rower dla wnuka i po namiot. Za każdym razem przepraszał, że na krótko, bo korki.

Na kartce przypiętej do lodówki magnesem z Kołobrzegu mam cztery kreski. Takie zwykłe, ołówkowe, stawiane jedna obok drugiej jak w więziennym filmie. Tylko że to nie dni do wyjścia. To wizyty Artura od stycznia.

Pierwsza kreska - styczeń. Zadzwonił w niedzielę rano, co mnie zdziwiło, bo Artur w niedziele śpi do jedenastej. Ale nie, okazało się, że jedzie do mnie. Ucieszyłam się tak, że zaczęłam robić schabowe, te z grubym panierką, jak lubił od dziecka. Zdążyłam obtłuc mięso, obtoczyć w jajku i bułce tartej, rozgrzać olej na patelni - i wtedy usłyszałam klakson pod oknem.

Artur wszedł na klatkę schodową prawie biegiem.

- Cześć, mamo, nie zdejmuj butów, ja na chwilę - powiedział, a ja stałam w przedpokoju w fartuchu, z rękami w mące.

Potrzebował opon zimowych ze Staszka piwnicy. Tych dobrych, Michelin, które mąż kupił dwa sezony przed śmiercią i które leżały na regale obok skrzynki z narzędziami.

- Wezmę i lecę, bo korki na trasie straszne - rzucił, już schodząc do piwnicy.

Zjadł jednego schabowego na stojąco, przy kuchennym blacie, trzymając w drugiej ręce telefon. Paulina pisała, żeby kupił mleko po drodze. Kacper miał trening o trzeciej. Artur miał jeszcze zdążyć do warsztatu wymienić opony przed poniedziałkiem.

- Przepraszam, mamo. Następnym razem dłużej posiedzę.

Patrzyłam, jak jego srebrny Volkswagen wycofuje z parkingu i skręca w aleję Racławicką. Schabowe stygły na patelni. Cztery sztuki - dwie dla niego na drogę, w pudełku, tak jak zawsze robiłam Staszkowi, kiedy jechał na delegację. Ale Artur nie wziął pudełka. Chyba nawet go nie zauważył.

Mieszkam w tym bloku na Czubach od trzydziestu ośmiu lat. Cztery pokoje, drugie piętro, balkon z pelargoniami. Ze Staszkiem - Stanisławem, ale nikt tak do niego nie mówił - wprowadziliśmy się, kiedy Artur miał trzy lata.

Staszek pracował jako tokarz w zakładach na Tatarach, ja sprzedawałam w sklepie spożywczym przy Zemborzyckiej. Nie żyliśmy z rozmachem, ale nigdy nam nic nie brakowało. Staszek miał złote ręce - sam wyremontował łazienkę, sam postawił szafki w kuchni, sam wymienił instalację elektryczną.

W piwnicy miał swoje królestwo - narzędzia, części samochodowe, stary rower, sprzęt turystyczny, który zbierał latami z takim przekonaniem, jakby planował wyprawę na Kilimandżaro, a nie weekend pod namiotem nad Bystrzycą.

Staszek umarł dwa lata temu, w marcu, na zawał. W sklepie, po południu, między jedną kawą a drugą. Powiedzieli mi, że nie cierpiał, ale ja nie wiem, czy ludzie, którzy to mówią, kiedykolwiek widzieli twarz kogoś, kto ma zawał.

Po pogrzebie Artur przyjechał na tydzień. Pomagał z papierami, z ZUS-em, z bankiem. Siedział ze mną wieczorami, piliśmy herbatę, mówił, że mogę do nich przyjechać, kiedy chcę. Paulina dzwoniła, pytała, czy czegoś nie potrzebuję. Kacper narysował mi laurkę z napisem "Babciu, nie płacz".

To był marzec. A potem zaczął się kwiecień, maj, czerwiec - i telefony robiły się coraz krótsze. Niedzielne rozmowy skurczyły się do pięciu minut. Potem do trzech.

- Wszystko u nas dobrze, mamo. U ciebie? No to dobrze. Buziaki.

Druga kreska - kwiecień. Opony letnie. Ten sam scenariusz, tylko że zamiast schabowych zrobiłam żurek. Artur nawet nie usiadł. Stał w przedpokoju, kluczyki w jednej ręce, telefon w drugiej. Korki. Trening Kacpra. Paulina czeka.

- Mamo, ja naprawdę muszę lecieć.

Trzecia - czerwiec. Rower Kacpra. Ten stary, dwudziestoczteroCalowy, który Staszek kupił na giełdzie i wyremontował sam, bo "chłopak musi mieć normalny rower, a nie te plastikowe chińszczyzny".

Artur zadzwonił w piątek, przyjechał w sobotę rano, zabrał rower z piwnicy, owinął w koc, załadował do bagażnika. Tym razem nawet nie wszedł na górę. Stał na parkingu, machał mi ręką.

- Mamo, nie wchodzę, bo Kacper czeka, chce jechać na wyścigi z kolegami! Zadzwonię wieczorem!

Nie zadzwonił.

Czwarta kreska - lipiec. Namiot. Ten duży, czteroosobowy, który Staszek kupił na promocji w Decathlonie i którego użyli może dwa razy, bo ja nie lubię spać na ziemi, a Staszek uznał, że jak ja nie jadę, to nie ma sensu.

Artur przyjechał po niego w środę, w przerwie między spotkaniami. Tak powiedział - w przerwie. Jakby wizyta u matki była slajdem w prezentacji. Wziął namiot, śpiwory, karimatę. W piwnicy na regale zrobiło się pusto.

- Przepraszam, mamo, korki straszne, a jeszcze muszę zatankować.

Stałam na balkonie i patrzyłam, jak jego samochód znika za blokami. I wtedy pierwszy raz pomyślałam to wyraźnie: on nie przyjeżdża do mnie. On przyjeżdża do piwnicy.

Potem siedziałam w kuchni i liczyłam na palcach. Cztery wizyty. Opony zimowe, opony letnie, rower, namiot. Cztery razy przepraszał za korki. Cztery razy nie usiadł do stołu. Ani razu nie zapytał, jak się czuję naprawdę, nie tym pędzącym "u ciebie dobrze?", na które jedyną dopuszczalną odpowiedzią jest "dobrze".

Czy ja go za to winię? Próbuję. Siadam wieczorem, zaparzam herbatę, patrzę na jego zdjęcie na komodzie - ma tam może dwadzieścia lat, uśmiecha się do aparatu, jeszcze przed studiami - i próbuję na niego złościć.

Ale potem myślę o tym, jak on sam wygląda, kiedy wbiega do tego przedpokoju. Cienie pod oczami, koszula pognieciona, w ręce zawsze ten telefon, który nie przestaje wibrować. Kredyt na mieszkanie w Warszawie, praca od siódmej do osiemnastej, Kacper na trzech kółkach, Paulina na etacie i pół etatu. Artur pędzi. Nie dlatego, że mnie nie kocha. Dlatego, że nie umie się zatrzymać.

Ale piwnica się kończy.

Staszek nie miał nieskończonej ilości rzeczy. Ostatni regał jest prawie pusty - zostały wiertarka, skrzynka ze śrubami, stare narty i dmuchany materac z dziurą. Artur nie potrzebuje wierteł ani materaca. Co będzie, kiedy skończą się powody, żeby przyjechać?

Koleżanka Halina powiedziała mi kiedyś, że jej córka dzwoni dwa razy w tygodniu, bo tak ustalili. We wtorki i w soboty, o osiemnastej.

- Jak na zegarku - mówiła Halina z dumą.

Ale mnie nie chodzi o zegar. Nie chcę, żeby Artur odwiedzał mnie z harmonogramu, bo tak wypada, bo psycholog na Instagramie napisał, że trzeba dbać o rodziców. Chcę, żeby przyszedł i usiadł.

Żeby zjadł tego schabowego. Żeby powiedział - mamo, jest mi ciężko. Albo - mamo, opowiedz mi coś o tacie. Albo nawet nic nie mówił, tylko siedział obok na kanapie i oglądał teleturniej, tak jak siadał Staszek.

Wczoraj wieczorem wzięłam telefon i napisałam do Artura wiadomość. Napisałam ją, przeczytałam trzy razy, poprawiłam jedno słowo i wyłączyłam ekran bez wysyłania. Potem go włączyłam, przeczytałam jeszcze raz.

"Artur, w piwnicy została wiertarka taty, stare narty i materac. Jak chcesz, to zabierz. A jak nie chcesz, to też przyjedź."

Leżała w telefonowej skrzynce przez godzinę. Potem ją wysłałam.

Dzisiaj rano sprawdziłam - dwie szare ptaszki. Przeczytał. Nie odpisał. Ale to nic. Ja nie czekam na odpowiedź. Ja czekam na piąty kresek na lodówce.

Tylko tym razem chciałabym, żeby nie był za opony. var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];