Od września odbieram troje wnuków ze szkoły, obiady, w czwartki basen — córka z zięciem «oboje na etatach». Na zebraniu usiadła obok mnie babcia Stasia i zapytała, ile biorę, bo ona od swojej córki dostaje osiemset, «i to jeszcze po rodzinnemu». Powiedziałam, że u nas po rodzinnemu. Poklepała mnie po ręce.
Stasia usiadła obok mnie na plastikowym krześle w sali gimnastycznej i pochyliła się tak, jakby chciała powiedzieć coś poufnego. Zebranie szkolne jeszcze się nie zaczęło, rodzice i dziadkowie kręcili się przy wejściu, a ona już miała minę kogoś, kto niesie ważną wiadomość.
- Jolka, powiedz mi szczerze - zaczęła przyciszonym głosem - ile ci Dorota płaci za te wnuki
Przez chwilę myślałam, że się przesłyszałam. Że to jakiś żart albo podchwytliwe pytanie do zagadki. Ale Stasia patrzyła na mnie zupełnie poważnie, z lekkim uśmiechem kogoś, kto wie, że porusza drażliwy temat.
- Bo ja od swojej Agnieszki dostaję osiemset - powiedziała, zanim zdążyłam odpowiedzieć. - I to jeszcze po rodzinnemu.
Troje wnuków odbieram ze szkoły od września. Ósma klasa, piąta i druga. Dorotka z Krzyśkiem oboje na etatach - ona w biurze projektowym, on na budowie - i nie mają jak odebrać dzieci o czternastej.
Więc ja. Codziennie o trzynastej czterdzieści pięć wychodzę z domu, przechodzę przez park na Tysiącleciu, mijam kiosk z gazetami i jestem pod szkołą. Czekam pod wejściem z innymi babciami. Znamy się z widzenia, niektóre z imienia. Stasia jest jedną z tych, które znam z imienia.
Potem obiady. Zupa, drugie, kompot - wszystko u mnie na Metalowców. Trzy porcje dla dzieci, jedna dla mnie, bo i tak gotuję. We wtorki Zuzia ma angielski, więc odwożę ją na piętnaście trzydzieści i wracam po nią o siedemnastej. W czwartki cała trójka na basen - Dorota zrobiła im karnety na rok. Ja siadam w holu przy basenie z książką i czekam godzinę. W piątki Krzysztof odbiera ich sam, bo kończy wcześniej. Wtedy mam wolne popołudnie.
To jest moje życie od września. I przez cały ten czas ani razu nie przyszło mi do głowy, żeby policzyć, ile to jest warte.
Dopóki Stasia nie zapytała.
Ta jej ręka na mojej dłoni. Poklepanie - takie ciepłe, trochę protekcjonalne. Jakby chciała powiedzieć: biedna Jolka, daje się wykorzystywać i nawet o tym nie wie.
- U nas po rodzinnemu - odpowiedziałam.
Stasia kiwnęła głową z miną, która mówiła: no właśnie, tak myślałam. I odwróciła się w stronę tablicy, bo wchodziła wychowawczyni. A ja siedziałam i czułam, jak we mnie rośnie coś, czego nie umiałam nazwać. Nie złość. Nie wstyd. Coś pomiędzy.
Na zebraniu nie słuchałam. Pani od polskiego mówiła o lekturach, o sprawdzianie z historii, o wycieczkach - a ja myślałam o tej kwocie. Osiemset złotych. Stasia odbiera jedno wnuczę, trzy razy w tygodniu. Ja odbieram troje, codziennie. Gotuję, pilnuję lekcji, wożę na zajęcia. Gdyby przeliczyć to na roboczogodziny...
Nie, nie będę przeliczać - powiedziałam sobie.
Po zebraniu wracałam przez park i myślałam o mojej matce. Mama nigdy by nie zapytała, ile się należy za opiekę nad wnukami. Ale mama miała inne czasy - trzech synów w jednym bloku, trzy synowe pod ręką, dzieci biegały między piętrami. Nikt nie liczył. Nikt nie pytał. To było oczywiste.
Tylko że ja mam jedną córkę, która mieszka dwa przystanki dalej, i wnuki, które potrzebują babci pięć dni w tygodniu.
Wieczorem zadzwoniła Dorota.
- Mamo, jak zebranie? Coś ważnego?
- Nic specjalnego - powiedziałam. - Zuzia dostała czwórkę z polskiego.
- Super. Mamo, jutro nie dasz rady odebrać Bartka wcześniej? Ma dentystę na trzynastą.
- Dam radę.
Rozłączyłam się i usiadłam przy stole w kuchni. Na blacie leżały trzy plecaki - Zuzi, Bartka i Oli. Rano miałam je zabrać do szkoły, bo dzieci znów zostawiły u babci. Na lodówce magnes z Kołobrzegu, który Dorotka przywiozła mi z wakacji. Pod magnesem kartka z planem zajęć dodatkowych.
Pomyślałam: to jest mój drugi etat.
I zaraz potem pomyślałam: ale kto normalny bierze pieniądze za bycie babcią?
Te dwa zdania kręciły się we mnie przez następne dni jak w pralce. Rano, kiedy kroiłam chleb na kanapki. W drodze do szkoły, kiedy mijałam Stasię i machałam jej ręką. Na basenie, kiedy siedziałam z książką, której nie czytałam, bo wciąż myślałam o tym samym.
W piątek, kiedy miałam wolne, poszłam do Biedronki po zakupy. Chleb, masło, ser, makaron na niedzielę. Przy kasie policzyłam. Gotowanie dla wnuków kosztuje mnie - nie, nie będę liczyć. Ale żołądek mnie ścisnął.
Nie chodziło o pieniądze. Chodziło o coś innego. O to, że Stasia dostaje osiemset złotych i wie dokładnie, ile jest warta jej pomoc. A ja nie mam pojęcia, ile jest warta moja. Bo nikt nigdy nie przeliczył.
W niedzielę przyjechała Dorota z dziećmi na obiad. Zrobiłam rosół i schabowe, jak zawsze. Dorota pomagała mi zbierać ze stołu, a ja stałam przy zlewie i nagle powiedziałam:
- Córeczko, Stasia z zebrania - wiesz, ta od Agnieszki - dostaje osiemset za odbieranie wnuczka.
Dorotka odstawiła talerz.
- Mamo, ty chcesz żebym ci płaciła?
To nie było pytanie. To był cios.
- Nie - powiedziałam szybko. - Nie chcę. Pytam.
- No to nie rozumiem, po co pytasz.
Cisza. Woda leciała do zlewu, rosół stygł w garnku, z pokoju dochodził śmiech Oli i Bartka, którzy grali w coś na tablecie.
- Pytam - powiedziałam cicho - bo chcę wiedzieć, czy ty wiesz, ile to jest.
Dorotka popatrzyła na mnie. Nie ze złością. Z czymś gorszym - ze zdziwieniem. Jakby nigdy nie przyszło jej do głowy, że to pytanie w ogóle istnieje.
- Mamo, ja myślałam, że ty to lubisz. Że ci z nimi dobrze.
- Jest mi z nimi dobrze.
- No to o czym my rozmawiamy?
Nie umiałam jej wytłumaczyć. Bo sama nie do końca wiedziałam, czego chcę. Nie pieniędzy - tego byłam pewna. Czegoś innego. Może tego, żeby Dorota powiedziała: wiem, że to dużo. Wiem, że zmieniam ci plan dnia pięć razy w tygodniu. Wiem, że rezygnujesz z własnych rzeczy. Dziękuję. Nie "super, mamo, dasz radę jutro wcześniej?" - tylko jedno zdanie, które pokaże, że widzi.
W poniedziałek stałam pod szkołą jak zwykle. Stasia podeszła z uśmiechem.
- I co, Jolka? Pogadałaś z córką?
- Pogadałam.
- I?
- I dalej po rodzinnemu.
Stasia poklepała mnie po ręce. Dokładnie tak samo jak wtedy na zebraniu.
Ola wybiegła ze szkoły pierwsza, z plecakiem zjeżdżającym na jedno ramię, i rzuciła mi się na szyję tak mocno, że musiałam złapać równowagę. Za nią Bartek, poważny, z kartką od nauczycielki. Zuzia ostatnia - bo Zuzia zawsze ostatnia, zawsze jeszcze coś do powiedzenia koleżance.
Szłam z nimi przez park, niosłam plecak Oli i słuchałam, jak Bartek opowiada o pająku, którego znalazł na WF-ie.
Pomyślałam: nie, to nie jest etat. Etat można rzucić.
To jest coś, czego nie umiem wycenić. I może właśnie dlatego jest tyle warte.
Ale jedno zdanie od Doroty - "mamo, wiem, że to dużo" - wciąż by nie zaszkodziło.
var adsinserter = adsinserter || {};
adsinserter.tags = ['fulladsnew'];