Mąż odszedł czternaście lat temu. W piątek zadzwoniła pielęgniarka z Włocławka: przywieźli go z udarem, a w dokumentach osobą do kontaktu wciąż jestem ja. Podyktowałam numer jego siostry; oddzwonili przed wieczorem, bo siostra nie odbiera. W środę zawiozłam mu piżamę.
Telefon zadzwonił w piątek, kwadrans po trzeciej. Stałam przy ladzie w drogerii na Tumskiej, liczyłam resztę starszemu panu, który kupował mydło w płynie i krem do rąk. Nieznany numer z kierunkowym pięćdziesiąt cztery. Odebrałam dopiero po czwartym sygnale, kiedy pan odszedł i w sklepie została tylko Marlena, praktykantka.
- Dzień dobry, szpital wojewódzki we Włocławku, oddział neurologii - powiedział spokojny kobiecy głos. - Szukam Celiny Modrzejewskiej.
Jeszcze zdążyłam pomyśleć, że pomyłka, bo Modrzejewska to nazwisko, które nosiłam kiedyś, przez dwadzieścia trzy lata, a teraz wróciłam do panieńskiego. Ale pielęgniarka już mówiła dalej. Bogdan Modrzejewski, rocznik sześćdziesiąt piąty, przyjęty po udarze niedokrwiennym, stan stabilny, w dokumentach jako osoba do kontaktu - Celina Modrzejewska, żona.
- Nie jestem jego żoną od dziesięciu lat - odpowiedziałam i sama usłyszałam, jak sucho to zabrzmiało.
Pielęgniarka zamilkła na sekundę, może dwie. Potem tym samym spokojnym tonem zapytała, czy mogłabym podać numer kogoś z rodziny.
Podyktowałam numer Ireny, siostry Bogdana. Znałam go na pamięć, bo kiedyś Irena dzwoniła co tydzień z Konina, żeby się upewnić, że Bogdan je śniadania i bierze leki na ciśnienie. To było jeszcze zanim wszystko się rozpadło.
Rozłączyłam się. Marlena patrzyła na mnie znad kartonów z szamponami, ale nic nie powiedziała. Schowałam telefon do kieszeni fartucha i do zamknięcia sklepu o szóstej dwa razy go wyjmowałam - za pierwszym razem, żeby sprawdzić, czy Irena nie oddzwoniła do mnie, za drugim - żeby sprawdzić, czy w ogóle mam zasięg. Miałam.
Wieczorem siedziałam w kuchni nad talerzem kanapek, których nie chciałam jeść, kiedy zadzwonił ten sam numer z Włocławka. Inna pielęgniarka, brzmienie głosu bardziej zmęczone, koniec zmiany.
- Pani Celino, dzwoniliśmy pod numer, który pani podała. Nie odbiera. Próbowaliśmy kilka razy.
- To jego siostra - powiedziałam. - Może jest zajęta.
- Rozumiem. Chciałam tylko poinformować, że pacjent jest stabilny, ale potrzebne są osobiste rzeczy. Piżama, kapcie, przybory toaletowe. Może pani przekaże siostrze, jak się dodzwoni?
Obiecałam, że przekażę. Zjadłam pół kanapki, umyłam talerz. Potem wybrałam numer Ireny. Trzy sygnały, poczta głosowa. Napisałam SMS-a: "Cześć, Irena. Bogdan jest w szpitalu we Włocławku, oddział neurologii. Zadzwoń do nich." Postawiłam kropkę i przez chwilę patrzyłam na ekran, zanim nacisnęłam wyślij.
W sobotę rano sprawdziłam telefon. Irena nie odpisała.
Bogdana nie widziałam od pięciu lat - ostatni raz natknęliśmy się na siebie w galerii handlowej pod Płockiem, w alejce między sklepem z butami a drogerią. Miał nową kurtkę, schudł, wyglądał zmęczony. Powiedzieliśmy sobie "cześć" i minęliśmy się jak ludzie, którzy kiedyś dzielili łazienkę, łóżko i dwadzieścia trzy wigilijne wieczory.
Wyszedł czternaście lat temu, w maju. Nie do innej kobiety - a przynajmniej wtedy tak mówił. Powiedział, że się dusi, że musi pomyśleć, że to chwilowe. Zabrał torbę sportową z ubraniami i stary laptop. Wrócił po miesiącu po resztę rzeczy, kiedy byłam w pracy. Wiedziałam, że przyszedł, bo w łazience brakowało jego maszynki do golenia, a w szafie - zimowej kurtki.
Rozwód przeszedł spokojnie, jak na rozwody. Bez awantur, bez adwokatów - dwie wizyty w sądzie i jedno posiedzenie. Dostałam mieszkanie, bo i tak tylko ja spłacałam kredyt. Bogdan się nie kłócił. Podpisał, co trzeba, i przeprowadził się do Włocławka, bo ktoś mu tam załatwił pracę na budowie.
Nasza córka Natalia miała wtedy szesnaście lat. Przez pierwszy rok po odejściu ojca nie chciała z nim rozmawiać. Przez drugi - rozmawiała, ale krótkimi zdaniami. Teraz, w trzydziestce, dzwoniła do niego czasem, na jego urodziny i przed świętami. Nie pytałam o te rozmowy, a Natalia nie opowiadała.
W niedzielę znów zadzwoniłam do Ireny. Poczta głosowa. Napisałam drugiego SMS-a: "Irena, odezwij się. Bogdan miał udar."
Poniedziałek, wtorek. Cisza.
We wtorek wieczorem zadzwoniłam do szpitala sama. Pielęgniarka - może ta pierwsza, może inna - powiedziała, że pacjent Modrzejewski jest przytomny, stabilny, ale wymaga rehabilitacji. Że wciąż nikt z rodziny nie przyjechał. Że mogłabym mu przywieźć te rzeczy, piżamę, kapcie, szczoteczkę, bo nie mają go w czym przebrać.
Powiedziałam, że ja nie jestem rodziną.
Pielęgniarka milczała.
- Dobrze - powiedziałam. - Przyjadę jutro.
Wieczorem pojechałam do marketu. Stałam między wieszakami z męską bielizną nocną i wybierałam piżamę dla mężczyzny, z którym nie mieszkam od czternastu lat. Granatowa, rozmiar L - kiedyś nosił L, ale po tym, co widziałam w galerii pięć lat temu, pewnie teraz bliżej mu do M. Wzięłam L. Na wszelki wypadek.
W środę rano wzięłam dzień wolny. Marlena powiedziała, że ogarnie sklep, żadnych problemów. Spakowałam piżamę z marketu, kapcie, szczoteczkę do zębów, pastę, mydło - to samo, które kupował ten starszy pan w piątek - i mały ręcznik. Wsiadłam w auto i pojechałam trasą na Włocławek.
Droga ciągnęła się ponad godzinę. Pola, wsie, ronda, stacja benzynowa, na której kiedyś, dwadzieścia lat temu, kupowaliśmy z Bogdanem kawę w drodze do jego rodziców w Koninie. Irena wtedy zawsze czekała na nas z obiadem.
Na parkingu przed szpitalem siedziałam w aucie jeszcze pięć minut. Nie dlatego, że się bałam. Po prostu musiałam sobie odpowiedzieć na pytanie, po co tu przyjechałam. Bo pielęgniarka prosiła? Bo Irena nie odbiera? Bo po dwudziestu trzech latach wspólnego życia człowiek nie umie po prostu powiedzieć "to nie moja sprawa"?
Oddział neurologii, drugie piętro, sala numer osiem. Bogdan leżał przy oknie. Wyglądał starzej niż na swoje sześćdziesiąt jeden lat - szary, z dwudniowym zarostem, lewa ręka nieruchoma na kołdrze. Na szafce nocnej stał kubek z wodą i nic więcej. Żadnych kwiatów, żadnej gazety, żadnej torby z rzeczami od kogokolwiek.
Zobaczył mnie i mrugnął. Prawa strona twarzy próbowała czegoś - uśmiechu albo zdziwienia, trudno było stwierdzić.
- Cześć, Bogdan - powiedziałam i postawiłam torbę na krześle. - Przywiozłam ci piżamę.
Nie odpowiedział od razu. Widać było, że szuka słów, ale słowa przychodziły wolno.
- Piżama - powiedział w końcu, jakby sprawdzał, czy to słowo jeszcze działa.
- Kupiłam w markecie - powiedziałam. - Nie wiedziałam, jaki masz teraz rozmiar.
Patrzyłam, jak próbuje unieść prawą rękę w stronę torby. Nie pomogłam mu. Usiadłam na krześle, które stało między jego łóżkiem a łóżkiem sąsiada - starszego mężczyzny, który spał z otwartymi ustami.
- Dzwoniłam do Ireny - powiedziałam. - Nie odbiera.
Bogdan zamknął oczy. Przez chwilę myślałam, że zasnął.
- Irena - powiedział cicho. - Nie rozmawia ze mną od trzech lat.
Poczułam coś, co nie było ani współczuciem, ani satysfakcją, ani gniewem. To było coś pomiędzy - jakby ktoś przesunął meble w pokoju i wszystko wyglądało prawie tak samo, ale kąty nie zgadzały się z pamięcią.
- Dlaczego?
- Bo - Bogdan urwał, przełknął ślinę. - Bo pożyczyłem od niej pieniądze. I nie oddałem.
Kiwnęłam głową. Więc tak to wyglądało. Bogdan, który uciekł, bo się "dusił", potem pożyczał od siostry i nie oddawał. I siostra w końcu przestała odbierać telefon. I w dokumentach szpitalnych zostałam ja, jedyna osoba, która jeszcze istniała pod jego nazwiskiem, chociaż go już nie nosiłam.
Siedziałam przy nim dwadzieścia minut. Nie mówiliśmy dużo. Bogdan zapytał o Natalię. Powiedziałam, że jest zdrowa, że pracuje, że ma chłopaka. Kiwnął głową i wyglądało na to, że mu ulżyło.
Kiedy wychodziłam, pielęgniarka na korytarzu zapytała, czy może wpisać mój numer jako kontaktowy.
- Nie - powiedziałam. - Proszę wpisać numer córki.
Podyktowałam numer Natalii.
Na parkingu zadzwoniłam do niej. Odebrała po drugim sygnale.
- Tata jest w szpitalu we Włocławku - powiedziałam. - Miał udar. Jest stabilnie, ale ktoś powinien się nim zająć. Podałam twój numer jako kontaktowy. Jeśli nie chcesz - zadzwoń do szpitala i powiedz.
Natalia milczała przez chwilę.
- Dobrze, mamo - powiedziała w końcu. - Pojadę do niego w weekend.
Wróciłam do Płocka tą samą trasą. Minęłam tę samą stację benzynową. Nie zatrzymałam się na kawę.
W domu zostały reklamówki z marketu i paragon za piżamę. Wyrzuciłam paragon do kosza i poszłam ugotować sobie herbatę.
Były rzeczy, które robiło się nie z miłości i nie z obowiązku. Robiło się je dlatego, że człowiek po prostu nie umiał inaczej.
var adsinserter = adsinserter || {};
adsinserter.tags = ['fulladsnew'];