Syn zadzwonił do mnie z kieszeni - telefon wybrał sam. Przez cztery minuty słuchałam, jak tłumaczy żonie, że kredyt trzeba brać teraz, bo "mama pociągnie jeszcze z dziesięć lat, a mieszkanie i tak będzie nasze". Wieczorem oddzwonił zapytać, co słychać. Powiedziałam, że po staremu.

Telefon zadzwonił we wtorek przed dwunastą, kiedy przelewałam rosół przez sitko. Na ekranie: Paweł. Odebrałam mokrą ręką, przycisnęłam aparat ramieniem do ucha.

- Paweł? Halo?

Szum. Radio nastawione za głośno. Stukot kierunkowskazu. I gdzieś dalej, jakby zza ściany, głos mojego syna.

- Kinga, no przestań. Przecież ja to policzyłem.

Powiedziałam jeszcze raz "halo", potem głośniej, prawie krzyknęłam w słuchawkę. Nic. Telefon leżał mu w kieszeni kurtki i wybrał mnie sam, tak jak potrafią te dzisiejsze aparaty, kiedy człowiek wsiada do auta i szarpie pasami. Powinnam była się rozłączyć. Postawiłam garnek na zimnej płycie i usiadłam przy stole.

- A jak nie damy rady? - to była Kinga. - Paweł, to jest na trzydzieści lat. Trzydzieści.

- Damy radę. Kinga, teraz albo nigdy. Za rok będzie drożej, znowu podniosą i znowu będziemy liczyć.

- A jak ci obetną nadgodziny?

- To wezmę inne. - Cisza, gdzieś klakson. - Poza tym słuchaj. Mama pociągnie jeszcze z dziesięć lat, a mieszkanie i tak będzie nasze. Nie ma nikogo innego. Więc nawet w najgorszym wypadku sprzedajemy i mamy z głowy.

Patrzyłam na ekran. Bieżące cyfry: 2:41. Nie wiem, dlaczego zapamiętałam akurat to.

- Nie mów tak - powiedziała Kinga i zabrzmiało to twardo, prawie jak rozkaz. - Nie mów tak o matce.

- A jak mam mówić? Ja jej źle nie życzę. Ja tylko liczę. Ktoś w tym domu musi liczyć.

Potem coś zaszurało, radio zrobiło się głośniejsze i połączenie się urwało. Cztery minuty i trzy sekundy. Rosół ostygł, na wierzchu zebrał się tłuszcz w takie małe, żółte oczka. Siedziałam i patrzyłam na nie chyba pół godziny.

Czterdzieści jeden lat sadziłam tuje i berberysy w szkółce pod Olsztynem. Zimą pakowanie sadzonek w chłodni, latem podlewanie od szóstej rano. Ręce mam do dziś jak kora, żaden krem nie pomaga.

Bogdan umarł pięć lat temu, w maju, kiedy kasztanowce już kwitły. Zostały po nim dwa pokoje z kuchnią na osiedlu, jego kurtka w przedpokoju, której nie umiałam wyrzucić, i działka na ROD-zie po drugiej stronie miasta, z murowaną altaną, którą sam wymurował.

Wieczorem Paweł zadzwonił drugi raz. Tym razem naprawdę.

- Cześć, mamo. Co słychać?

Otworzyłam usta i przez chwilę nic z nich nie wyszło.

- Po staremu - powiedziałam.

- To dobrze. Zuzia pytała, czy w niedzielę będą pierogi.

- Będą.

- No to do niedzieli. Trzymaj się, mamo.

Odłożyłam telefon na meblościankę, obok kryształowego wazonu, w którym od lat nie stały żadne kwiaty. I dopiero wtedy zaczęłam sobie przypominać różne rzeczy. Jak przez ostatnie dwa lata mówił mimochodem: mamo, po co ci dwa pokoje, przecież jeden stoi pusty. Jak w zeszłym roku, przy wigilijnym stole, rzucił, że warto by uporządkować papiery, żeby potem nie było problemów. Jak Kinga wtedy szybko zapytała, czy podać kompot.

Wtedy myślałam, że się o mnie troszczy.

W niedzielę przyszli we trójkę. Zuzia od progu pobiegła do szuflady z serwetkami, bo zawsze chce układać z nich domek. Paweł zdjął buty, usiadł na swoim miejscu przy oknie, tym samym co od trzydziestu lat, i zaczął jeść tak, jak je człowiek zmęczony: szybko, bez podnoszenia głowy.

- Znowu nam podnieśli za wynajem - powiedział do talerza. - Właściciel mówi, że i tak mamy tanio.

- Dużo?

- Dość.

Kinga patrzyła w okno. Ona zawsze siada tyłem do światła, żeby nie było widać, kiedy jest jej niewygodnie. Podałam jej sernik, a ona podziękowała za głośno.

I wtedy zobaczyłam to, czego wcześniej nie widziałam. Że mój syn jest po prostu przerażony. Że ma trzydzieści sześć lat, dziecko, dwie prace i mieszkanie, z którego mogą go wyprosić z miesięcznym wypowiedzeniem.

Że kiedy siedzi u mnie w kuchni, w której się wychował, liczy w głowie metry. I że to najgorsze zdanie, jakie w życiu o mnie powiedział, powiedział nie po to, żeby mnie skrzywdzić, tylko po to, żeby jego żona się nie rozmyśliła.

To nie znaczy, że mi przeszło. Przez dwa tygodnie budziłam się o czwartej i leżałam z otwartymi oczami.

We wtorek pod koniec miesiąca przyjechał sam, bez zapowiedzi, z teczką pod pachą.

- Mamo, ja w konkretnej sprawie. - Kręcił łyżeczką w herbacie, chociaż nie posłodził. - Brakuje nam na wkład własny. Bank chce dziesięć procent, a my mamy połowę. I pomyślałem... ty na tę działkę nie jeździsz od śmierci taty. Ona stoi. Chwasty po pas, sąsiedzi się skarżyli.

- Wiem, że stoi.

- Gdybyś ją sprzedała, to by nam wystarczyło. To znaczy - poprawił się szybko - to znaczy pożyczyła. Oddamy.

Milczałam tak długo, że zaczął przekładać papiery w teczce.

- Sprzedam - powiedziałam.

Podniósł głowę. Miał minę człowieka, który przygotował sobie trzy argumenty i nagle nie musi użyć żadnego.

Działka poszła w trzy tygodnie, za czterdzieści tysięcy, młodemu małżeństwu z dwójką dzieci. Kobieta chodziła po ścieżce między grządkami i mówiła do męża, gdzie postawią huśtawkę. Bogdan by się cieszył. On zawsze mówił, że altana jest dla wnuków, tylko wnuki przyszły później, niż zdążył.

Pieniądze przekazałam Pawłowi w piątek. Nie w kopercie, po cichu, jak się to u nas w rodzinie zawsze robiło. Poszliśmy razem do banku, a potem do domu, gdzie na stole leżały już wydrukowane dwie kartki: umowa darowizny, którą pomogła mi napisać Stefcia z czwartego piętra, ta, co ma zięcia prawnika. I formularz do urzędu skarbowego, ten, co trzeba złożyć w pół roku, żeby nie płacić podatku.

- Mamo, przecież my sobie ufamy - powiedział Paweł, patrząc na kartki.

- Ufamy. Podpisz.

Podpisał. Odsunął filiżankę, uśmiechnął się z ulgą i powiedział coś, czego nie zapamiętałam, coś o tym, że Zuzia będzie miała swój pokój. A ja usłyszałam własny głos, spokojny, jakbym mówiła o pogodzie:

- Pawełku, ja mam nadzieję pociągnąć dłużej niż dziesięć lat.

Nie krzyknęłam. Nie rzuciłam talerzem. Po prostu to powiedziałam i sięgnęłam po cukier.

Zrobił się szary. Widziałam, jak przelicza w głowie ten wtorek, kurtkę, kierunkowskaz, i jak dochodzi do jedynego możliwego wyniku.

- Mamo...

- Nie musisz.

- Ja tak nie myślę. Ja... - Wziął oddech, jakby go coś dusiło. - Ona się bała. Bała się trzy miesiące i ja już nie miałem czym jej przekonać. Więc powiedziałem najgorszą rzecz, jaka mi przyszła do głowy, bo tylko taka była wystarczająco mocna. Wstyd mi, mamo. Od tamtego dnia mi wstyd, tylko nie wiedziałem, że ty...

- Wiem.

Siedzieliśmy naprzeciwko siebie i po raz pierwszy od bardzo dawna nikt nie próbował nikogo pocieszać.

- Byłam u notariusza - powiedziałam po chwili. - W zeszłym tygodniu. Napisałam testament.

- Mamo, nie trzeba było...

- Nie powiem ci, co w nim jest.

Popatrzył na mnie i chyba zrozumiał, że to nie jest kara. To jest jedyny sposób, żeby przestać być rachunkiem w cudzej głowie.

Wyszedł godzinę później i zostawił teczkę na stole. Wrócił po nią wieczorem, zdyszany, i w drzwiach objął mnie niezgrabnie, tak jak obejmował, kiedy miał dziewięć lat i zbił szybę w piwnicy.

Kredyt wzięli w czerwcu. Zuzia ma swój pokój i naklejki z kotami na drzwiach. Kinga dzwoni teraz do mnie sama, bez pośrednictwa Pawła, i raz nawet zapytała, czy pokażę jej, jak się robi rosół bez kostki.

A Paweł dzwoni częściej niż kiedyś. I zauważyłam jedną rzecz: kiedy pyta, co słychać, nie mówi już tego w biegu, między jednym a drugim światłem. Czeka na odpowiedź.

Czasem mówię, że po staremu. A czasem mówię prawdę. var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];