Syn zaprosił mnie na miesiąc do Irlandii - "odpoczniesz wreszcie, zwiedzisz". Dublin widziałam dwa razy: z lotniska i z powrotem. Za to szkołę wnuków znam na pamięć: odbiór o czternastej trzydzieści, autobus, w deszcz peleryny wiszą w szatni. Wracam w niedzielę - syn już pyta o święta.

Deszcz szedł bokiem, jak tu prawie codziennie, a ja stałam pod szkolną bramą z dwiema pelerynami przewieszonymi przez ramię.

Czternasta dwadzieścia siedem. Oskara trzymałam za rękę już prawie od godziny, bo maluchy kończą wcześniej, i przez tę godzinę siedzieliśmy na ławce przy parkingu, licząc samochody wjeżdżające tyłem. Doliczyliśmy się czternastu.

Tę bramę znałam lepiej niż własną klatkę schodową we Włocławku. Wiedziałam, że peleryny wiesza się w korytarzu po lewej i że w deszcz kapie z nich na podłogę, więc pani sprzątająca podkłada pod nie szmatę.

Wiedziałam, że autobus jest o czternastej czterdzieści sześć, a jak się spóźnimy, to następny dopiero za pół godziny. Znałam numer sali Nikoli, imię kierowcy i to, w którym miejscu chodnika zawsze stoi kałuża.

A Dublin? Dublin widziałam dwa razy. Z lotniska i z powrotem.

- Mamo, przyjedź na miesiąc. Odpoczniesz wreszcie, zwiedzisz sobie - powiedział Marcin w marcu przez telefon, a ja siedziałam wtedy nad zestawieniem do deklaracji i o mało nie wcisnęłam nie tego klawisza.

Krysia z naprzeciwka nie mogła uwierzyć.

- Lucyna, ty? Za granicę? - Stała w drzwiach z reklamówką i patrzyła na mnie tak, jakbym powiedziała, że lecę na Księżyc.

Sześćdziesiąt trzy lata, trzydzieści osiem przy księgach - najpierw w spółdzielni, potem w małej firmie od okien - a najdalej, gdzie byłam w życiu, to Bałtyk i raz sanatorium w Ciechocinku.

W kratkowanym zeszycie, tym samym, w którym od lat notuję terminy deklaracji, zrobiłam listę. Dublin, ta stara księga, którą kiedyś pokazywali w telewizji. Klify. Morze z drugiej strony niż nasze. Zapisałam nawet, ile mam odłożone i na co spokojnie wystarczy.

Pani Grażynie z warzywniaka powiedziałam, że przez miesiąc mnie nie będzie, więc poszła do biura rachunkowego na Kilińskiego i już tam została. Bilet Marcin kupił sam, z Modlina, bo taniej. Do Modlina jechałam autobusem dwie godziny, ale jemu tego nie mówiłam, bo po co.

W ich domu pod Droghedą pachniało praniem i cytrynowym płynem do podłóg. Kinga nalała mi herbaty, Marcin wniósł walizkę na górę, a potem stanął przy lodówce i powiedział takim głosem, jakby mi coś dawał.

- Mamo, tu masz wszystko rozpisane, żebyś się nie pogubiła.

Na lodówce wisiał kalendarz. Cały miesiąc już wypełniony niebieskim flamastrem. Poniedziałek: Mama - odbiór 14:30. Wtorek: Mama - odbiór 14:30, Nikola pływanie 16:00. I tak dalej, do soboty przed moim odlotem.

Policzyłam. Dwadzieścia dni szkolnych, bo jeden poniedziałek wypadał wolny. Wyjście z domu przed pierwszą, Oskar za dwadzieścia druga, pięćdziesiąt minut na ławce przy parkingu, o wpół do trzeciej Nikola, potem autobus i zakupy po drodze. Po dwie godziny dziennie, licząc z dojazdem.

Czterdzieści godzin, czyli tydzień pracy, tylko rozłożony na cały miesiąc. Nie mam nic przeciwko liczbom, całe życie z nimi pracowałam. Tyle że z liczbami się nie negocjuje. W tym kalendarzu nie było ani jednego dnia, w którym byłabym sobą, a nie pozycją w zestawieniu.

Marcin pracuje w magazynie pod lotniskiem, na zmiany, czasem nocki. Kinga jest opiekunką w domu opieki, dyżury po dwanaście godzin, co drugi weekend. Świetlica po lekcjach dla dwójki dzieci kosztuje tam tyle, że Kindze nie opłacałoby się iść do pracy. Policzyłam im to kiedyś na kartce przy kuchennym stole i wyszło, że pracowałaby prawie za darmo, jeszcze dokładając do paliwa.

- W sobotę jedziemy do Dublina - powiedział Marcin w pierwszym tygodniu.

W sobotę wrócił z nocki o siódmej rano i spał do czwartej po południu. Nie budziłam go. Drugą sobotę zjadł nam Oskar z gorączką, trzecią - nadgodziny Kingi, bo koleżanka poszła na zwolnienie.

Pociąg z Droghedy do Dublina jedzie czterdzieści minut. Sprawdziłam pierwszego dnia, tak z ciekawości, a potem sprawdzałam jeszcze kilka razy, jakby coś mogło się zmienić. Czterdzieści minut. Tyle, co z Włocławka do Torunia.

Którejś nocy Kinga wróciła z dyżuru i usiadła przy stole w kurtce, bez siły, żeby ją zdjąć.

- Mamo, ja u swojej matki byłam ostatni raz dwa lata temu - powiedziała. - Dwa lata. A ona mówi to samo co sąsiadki: że nam tu dobrze.

Milczałam, bo co miałam powiedzieć.

- Ja wiem, że to nie tak miało wyglądać - dodała, wstała i poszła nastawić pranie, bo dzieci nie miały czystych bluz na rano.

Nie chcę, żeby to zabrzmiało, jakby ten miesiąc był do wyrzucenia. Oskar nauczył mnie mówić po angielsku "podwójna tęcza" i codziennie po drodze szukał tej drugiej. Nikola przynosiła mi z biblioteki książki i tłumaczyła obrazki, bardzo poważnie, jak nauczycielka. Raz zasnęłam w fotelu, a ktoś przykrył mnie kocem i to nie był Marcin, bo Marcina nie było wtedy w domu.

W ostatnią sobotę wstałam o szóstej. Wyprasowałam bluzkę, tę w drobne kwiatki, wyjęłam z torebki zeszyt z listą. Marcin zszedł na dół z telefonem przy uchu.

- Weźmiesz tę sobotę? - mówił do słuchawki. - A ile płacą? ... No dobra. Za godzinę jestem.

Popatrzył na mnie i już wiedziałam.

- Mamo, przepraszam. Rata za auto, a nam w zeszłym miesiącu wysiadła pralka i... - Machnął ręką. - Następnym razem, słowo. Pokażę ci wszystko.

- Idź - powiedziałam. - Weź zimną herbatę z lodówki, bo znowu nic nie wypijesz.

Wieczorem siedzieliśmy we dwoje w kuchni. Dzieci już spały, Kinga była na dyżurze. Mieszałam herbatę, chociaż cukier rozpuścił się dawno temu. I wtedy Marcin powiedział:

- Mamo, a co ze świętami? Bo Kinga ma dyżury w Boże Narodzenie, a dzieciaki mają dwa tygodnie wolnego. Gdybyś przyleciała dwudziestego... nie, lepiej osiemnastego i została do trzeciego. Bilety trzeba brać teraz, bo w grudniu idą w górę.

Miał to rozpisane. Naprawdę miał, w telefonie, z datami.

Za oknem było jeszcze jasno, bo tam w maju długo jest jasno. Na parapecie leżał mój kratkowany zeszyt z listą, w której nie skreśliłam ani jednej pozycji.

- Zobaczę - powiedziałam.

W niedzielę wiózł mnie na lotnisko o piątej rano, prosto po nocce. Szary był na twarzy, ręce mu drżały od kawy. Pod terminalem długo nie wysiadał z auta.

- Ja naprawdę myślałem, że ci się spodoba - powiedział, patrząc przed siebie. - Że siedzisz tam sama w tym mieszkaniu i... Że to będzie dla ciebie coś.

I wiecie co? On w to wierzył. To było najgorsze. Mój syn nie zabrał mi miesiąca dlatego, że jest wyrachowany. On się po prostu topi i złapał to, co miał najbliżej. Najbliżej była matka.

We Włocławku pachniało zamkniętym mieszkaniem. Krysia przyszła z garnkiem rosołu, zanim zdążyłam rozpakować walizkę.

- No i jak tam w tej Irlandii?

- Zielono - powiedziałam. - Bardzo zielono.

Przez dwa dni nie mogłam sobie znaleźć miejsca. W środę usiadłam przy komputerze, tym samym, na którym robię deklaracje, i otworzyłam stronę z biletami. Szesnasty grudnia, Modlin - Dublin. Potem znalazłam mały hotel w centrum, dwie noce, blisko tej ich rzeki. Numer karty wpisywałam trzy razy, bo ręce mi się trzęsły jak przed maturą.

Potem napisałam do Marcina.

"Synku, przylatuję szesnastego. Dwie noce jestem w Dublinie, sama, hotel już mam. Osiemnastego rano przyjadę do was i od poniedziałku jestem z dziećmi. Do trzeciego, jak chciałeś."

Telefon milczał godzinę. Potem drugą. Wieczorem przyszła odpowiedź:

"Dobrze, mamo. Odbiorę cię osiemnastego z dworca."

A chwilę później jeszcze jedna:

"Przepraszam."

Na tę drugą nie odpisałam. Nie dlatego, że się gniewam - po prostu są rzeczy, których nie trzeba kwitować, tylko przyjąć w milczeniu i iść dalej. Całe życie liczyłam cudze pieniądze i wiem jedno: czego nie ma w zestawieniu, tego nie ma w ogóle. Mnie w tamtym kalendarzu na lodówce nie było ani razu. Był tylko "odbiór 14:30".

Tym razem wpisałam się sama.

Szkołę w Droghedzie znam na pamięć, każdą minutę od za dwadzieścia druga do wpół do trzeciej. W grudniu nauczę się przynajmniej jednej ulicy w Dublinie - tej od hotelu do rzeki var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];