W czerwcu dzieci przywiozły psa - "na dwa tygodnie, mamo, tylko na urlop". Jest listopad. Karmę i weterynarza opłacam ja. Wczoraj córka zapytała przez telefon, czy twój pies musi tak szczekać, kiedy rozmawiamy.

- Twój pies - powiedziała Magda przez telefon takim tonem, jakby mówiła o obcym lokatorze, którego sama nigdy na oczy nie widziała. A przecież to ona, razem z Bartkiem, wysiadła z samochodu tamtego czerwcowego piątku, trzymając na smyczy kudłatego kundelka i powtarzając: mamo, tylko dwa tygodnie, wreszcie lecimy na ten urlop, a schronisko to okrucieństwo.

Dwa tygodnie. Jest listopad. Za oknem pada, a ja stoję w kuchni i kroję wątróbkę na małe kawałki, bo Reksio - tak go nazwałam, skoro nikt inny się nie kwapił - nie trawi suchej karmy.

Mam na imię Danuta, skończyłam sześćdziesiąt dwa lata i przez trzydzieści pięć z nich stałam za ladą w sklepie spożywczym na Tysiącleciu w Częstochowie. Trzy lata temu przeszłam na emeryturę, bo kolana odmówiły posłuszeństwa, a dłonie zaczęły się tak trząść, że nie dawałam rady wydawać reszty.

Mieszkam sama od śmierci Władka - już szósty rok. Mam dwójkę dzieci - Magdę, czterdzieści lat, która z mężem i dwójką synów mieszka w Łodzi, i Bartka, trzydzieści siedem lat, programistę w Warszawie, bezdzietnego i wiecznego kawalera. Oboje dzwonią regularnie. To znaczy - dzwonili regularnie, dopóki nie zaczęłam odbierać telefonu z pytaniami o psa.

Tamtego czerwcowego piątku Magda i Bartek przyjechali razem, co samo w sobie było wydarzeniem. Zwykle odwiedzali mnie osobno - Magda na Dzień Matki z kwiatami z Biedronki, Bartek na imieniny z czekoladkami, które sam lubił.

Tym razem stali oboje na klatce schodowej, uśmiechnięci, a między nimi siedział pies. Średni, rudy, z jednym uchem sterczącym i jednym opadającym, z ogonem zakręconym w precla.

- Mamo, to Fafik - powiedziała Magda.

- Znajomy go oddaje, bo się przeprowadza - dodał Bartek. - Naprawdę tylko na dwa tygodnie, potem znajdziemy mu dom.

- A dlaczego nie u ciebie? - zapytałam Bartka.

- Mamo, ja mam kawalerkę na dwunastym piętrze.

- A ty, Magda?

- Krzysztof jest uczulony - westchnęła. - Wiesz przecież.

Wiedziałam. Wiedziałam też, że Krzysztof pięć lat temu adoptował kota, co jakoś z alergią się nie gryzło, ale to był kot, a nie pies, więc chyba inna alergia. Nie powiedziałam tego głośno. Wzięłam smycz.

Fafik - którego szybko przechrzciłam na Reksia, bo Fafik to imię z kreskówki, a nie dla prawdziwego psa - okazał się spokojnym, nieco smutnym zwierzakiem. Przez pierwszy tydzień leżał pod stołem w kuchni i patrzył na mnie tak, jakby czekał, aż ja też go oddam. Jadł mało, pił dużo, w nocy skrobał łapą w drzwi sypialni, dopóki nie wpuściłam go na dywanik obok łóżka.

Po dwóch tygodniach zadzwoniłam do Magdy.

- I co z psem?

- Jakim psem? A, Fafik. Mamo, jeszcze tydzień, Bartek szuka mu domu.

Zadzwoniłam do Bartka.

- Pracuję nad tym - powiedział. - Dałem ogłoszenie.

Po miesiącu przestałam dzwonić w tej sprawie. Reksio siedział już na fotelu Władka - tym wyświechtanym, w kolorze butelkowej zieleni, którego nie miałam serca wyrzucić - i wyglądał na niego jak pan domu. Kupiłam mu miskę, obrożę z adresówką i zabawkę - gumową kość za czternaście złotych, co przy mojej emeryturze nie jest kwotą błahą.

We wrześniu zaczęły się kłopoty z łapą. Reksio zaczął utykać na prawą przednią, a ja zaczęłam utykać na obie nogi, bo weterynarz na Kiedrzyńskiej policzył za wizytę tyle, że aż mi się zakręciło w głowie. Zadzwoniłam do Magdy.

- Mamo, a ubezpieczenie dla psa masz?

- A kto miał mi je załatwić?

Cisza.

- To może Bartek się dorzuci - powiedziała w końcu.

Bartek się nie dorzucił. Bartek napisał SMS-a: "Mamo, teraz ciężki okres w pracy, pogadamy w weekend". Weekend nie nadszedł. To znaczy - nadchodził co tydzień, ale bez telefonu od Bartka.

Tymczasem Reksio wyrósł mi na towarzysza życia. Rano budził mnie mokrym nosem. Wychodziłam z nim na spacer - najpierw niechętnie, bo kolana, bo deszcz, bo po co. Potem coraz chętniej, bo pani Krysia z parteru mówiła: pani Danuto, od kiedy pani ma psa, to pani inaczej wygląda. Młodziej.

Sąsiad z czwartego, pan Zdzisław, zaczął się przystawać na spacerach i opowiadać o swoim zmarłym seterze. Reksio merdał ogonem do wszystkich, a do pana Zdzisława szczególnie, bo pan Zdzisław zawsze miał w kieszeni kawałek parówki.

W październiku kupiłam Reksiowi legowisko. Prawdziwe, z pianki, z pokrowcem do prania. Kosztowało mnie jeden obiad w mieście, na który i tak nigdy bym nie poszła. Reksio spał w nim dokładnie jedną noc, po czym wrócił na fotel Władka.

Karmę kupuję co dwa tygodnie - tę przyzwoitą, bo od taniej miał biegunkę, a ja nie mam siły myć podłogi trzy razy dziennie. Weterynarza odwiedzam raz w miesiącu - łapa się goiła, ale potem zaczął się problem z uszami i lekarz przepisał krople za tyle, że wolę nie liczyć. Emerytury starczało mi kiedyś na rachunki, leki na ciśnienie, jedzenie i odkładanie drobnych na prezenty dla wnuków. Teraz odkładanie się skończyło.

Nie żałuję. I to jest w tym wszystkim najdziwniejsze.

Nie żałuję Reksia. Żałuję, że moje dzieci potrafią wyrzucić z siebie słowa - twój pies - i nie usłyszeć, co tak naprawdę mówią.

Wczoraj Magda zadzwoniła wieczorem. Reksio leżał obok mnie na kanapie - tak, na kanapie, odpuściłam sobie dyscyplinę gdzieś w sierpniu - i chrapał cicho. Magda opowiadała o szkole synów, o podwyżce Krzysztofa, o planach na ferie. W tle Reksio zachrapał głośniej, potem się obudził i zaszczekał na kota za oknem.

- Mamo, czy twój pies musi tak szczekać, kiedy rozmawiamy?

Twój pies.

Poczułam coś dziwnego. Nie złość - złość przeszła mi gdzieś w sierpniu. Nie smutek - do smutku zdążyłam przywyknąć. Raczej jasność. Taką ostrą, nagłą jasność, jak kiedy po długim zmrużeniu oczu nagle widzisz wyraźnie.

- Magda - powiedziałam spokojnie - on nie jest mój. Wy go tu przywieźliście.

- No tak, ale teraz to już jest twój, prawda? - zaśmiała się. - Mamo, widzę, że go kochasz, więc po co ta dyskusja.

Po co ta dyskusja. Bo karmę kupuję ja. Weterynarza opłacam ja. Wstaję o szóstej na spacer ja. A gdy pies szczeka - przeszkadza wam w telefonie.

Nie powiedziałam tego. Jeszcze nie. Ale pomyślałam sobie, że Reksio, ten porzucony, niechciany pies z jednym uchem do góry i jednym na dół, jest jedynym stworzeniem w moim życiu, które codziennie na mnie czeka. Nie dzwoni co dwa tygodnie. Nie obiecuje, że wpadnie. Nie mówi - pogadamy w weekend.

Reksio jest. Po prostu jest.

Dzisiaj rano wyszłam z nim na spacer. Listopadowe powietrze pachniało mokrymi liśćmi i dymem z pobliskich kominów. Reksio ciągnął smycz w stronę parku, jak zawsze. Spotkaliśmy pana Zdzisława z parówką.

- Ładny pies pani ma, pani Danuto - powiedział.

- Mój - odpowiedziałam.

I chyba po raz pierwszy naprawdę tak pomyślałam. var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];