U fryzjerki siedziałam pod suszarką, z folią na głowie; weszła synowa z koleżanką i nie poznała mnie od tyłu. Przez dwadzieścia minut słuchałam, że "teściowa po operacji zostanie u nas, a jej mieszkanie pójdzie na wynajem, bo kredyt sam się nie spłaci". Fryzjerka widziała mnie w lustrze. Obie milczałyśmy.
Gdyby nie ta folia na głowie, pewnie Bożena rozpoznałaby mnie od progu. Ale w sobotę rano, w foliowych paskach i za dużym fartuszku, wyglądałam jak każda inna klientka salonu Ania na Ochocie.
I może właśnie dlatego synowa usiadła na kanapie przy wejściu, trzy metry ode mnie, i zaczęła mówić tak, jakby nikogo znajomego w promieniu kilometra nie było.
Do operacji biodra zostały mi trzy tygodnie. Lucyna Barska, sześćdziesiąt trzy lata, trzydzieści przepracowane na zmianach w fabryce opakowań w Ursusie - to właśnie od tych zmian mam biodro do wymiany. Marcin, mój jedyny syn, od dwóch lat powtarzał, że po operacji zamieszkam u nich, bo sama nie dam rady. Zgadzałam się. Nawet cieszyłam się, że chce pomóc.
A potem usłyszałam Bożenę.
Nie od razu zrozumiałam, o co chodzi. Bożena mówiła do koleżanki - chyba tej z pracy, bo zwracała się do niej po imieniu, Justyna - i najpierw narzekała na kolejkę do ortopedy, a potem na cenę prywatnej wizyty. Słuchałam jednym uchem, bo suszarka szumiała. Ale kiedy padło słowo "teściowa", nastawiłam się jak pies myśliwski.
- No i właśnie, po tej operacji to ona u nas zostanie na pewno z dwa miesiące - mówiła Bożena, przewracając stronę w katalogu fryzur. - Marcin mówi, że krócej się nie da, rehabilitacja i takie tam.
- I co, masz ochotę na teściową pod dachem? - Justyna zaśmiała się, ale niezbyt złośliwie.
- A kto by miał. Ale wiesz co, jest plan. Jak ona będzie u nas, to jej mieszkanie stoi puste. Marcin już rozmawiał z jednym kolesiem, co wynajmuje. Dwa i pół pokoju na Ochocie, to się wyobraź, ile można wziąć.
Suszarka szumiała mi nad głową, ale słyszałam każde słowo. Ręce mi zacisnęły się na podłokietnikach fotela.
- I co, teściowa wie? - zapytała Justyna.
- No co ty - Bożena obniżyła głos, ale w małym salonie to i tak było za mało. - Marcin mówi, że jej powie dopiero jak się wprowadzi. Że to tymczasowo, na czas rehabilitacji. A potem, no wiesz, jak się przyzwyczai u nas, to może nawet na stałe. Kredyt sam się nie spłaci.
Poczułam, jak robi mi się gorąco pod tą folią. Nie od farby. Od środka.
Ania, moja fryzjerka od piętnastu lat, akurat podeszła sprawdzić, czy kolor się już złapał. Zobaczyłam w lustrze jej twarz - patrzyła na mnie z takim wyrazem, jakby chciała powiedzieć "słyszę to samo co pani". Nic nie powiedziała. Ja też nie.
Bo co miałam zrobić? Zerwać się z fotela, z mokrymi włosami, z folią na głowie, i krzyknąć - co wy planujecie z moim mieszkaniem? Przez głowę mi przeleciało, ale nogi miałam jak z waty. Nie ze strachu. Z niedowierzania.
Bożena mówiła dalej. O tym, że w bloku jest winda, więc dla najemcy wygodnie. Że mieszkanie trzeba tylko odmalować, bo "teściowa ma te swoje tapety z lat dziewięćdziesiątych, a teraz ludzie chcą białe ściany". Że Marcin policzył i wynajem pokryje im ponad połowę raty kredytu.
Myślałam o tych tapetach. Sama je wybierałam, dwadzieścia pięć lat temu, kiedy po śmierci Bogdana remontowałam mieszkanie, żeby się nie dusić w ścianach pełnych wspomnień. Marcin miał wtedy jedenaście lat i pomagał mi oddzierać stare warstwy. Teraz chciał te ściany oddać obcym ludziom.
Justyna zapytała jeszcze, czy Lucyna - moje imię w jej ustach brzmiało jak nazwa jakiegoś problemu do rozwiązania - czy Lucyna się nie zorientuje. Bożena machnęła ręką.
- A skąd. Po operacji to ona ledwo do łazienki dojdzie. Marcin jej powie, że to na trzy miesiące. A jak się zadomowi, to po co wracać do pustego mieszkania? Sama się cieszy, że nie jest sama.
To ostatnie zdanie było jak policzek. Bo miała rację. Cieszyłam się, że nie będę sama po operacji. Cieszyłam się, że syn chce się zaopiekować. Nie przyszło mi do głowy, że opieka to pretekst, a cel to moje trzy pokoje z kuchnią na Ochocie.
Ania zdjęła mi folię, kiedy Bożena z Justyną wyszły na papierosa przed salon. Pracowała w ciszy, płukała, suszyła. Dopiero przy rozliczeniu powiedziała jedno zdanie.
- Pani Lucyno, ja nic nie słyszałam. Ale pani słyszała.
Wróciłam do domu i usiadłam przy kuchennym stole. Patrzyłam na tapety - te z kwiatami, kremowe, z delikatnym wzorem - i myślałam o białych ścianach, które Bożena chciała tu postawić dla obcych.
Przez trzy dni nie dzwoniłam do Marcina. On zadzwonił w środę, jak zwykle, zapytać o badania przed operacją. Mówił normalnie - o wynikach krwi, o tym, żebym spakowała kapcie i szlafrok, o poduszce ortopedycznej, którą już kupił. Słuchałam jego głosu i szukałam w nim kłamstwa. Nie znalazłam. Marcin nie kłamał - po prostu nie mówił wszystkiego.
To było gorsze niż kłamstwo. Kłamstwo można złapać na gorącym uczynku, skonfrontować, wykrzyczeć. Przemilczenie jest jak woda, która wsiąka w fundament - nie widać jej, ale dom się chwieje.
W piątek pojechałam do notariusza. Nie po to, żeby kogoś karać. Pojechałam, żeby się dowiedzieć, co mogę, a czego nie mogę. Notariusz, pan Kowalski, starszy pan z okularami na czubku nosa, wysłuchał mnie cierpliwie.
- Pani Lucyno - powiedział - to pani mieszkanie. Nikt go pani nie może wynająć bez pani zgody. Nawet syn. Nawet na czas rehabilitacji. Akt własności jest jednoznaczny.
Wiedziałam to. Ale potrzebowałam to usłyszeć od kogoś w garniturze i z pieczątką.
Operacja odbyła się zgodnie z planem. Zamieszkałam u Marcina i Bożeny na siedem tygodni. Bożena podawała mi leki, gotowała rosół, pomagała przy ćwiczeniach. Nie powiem - robiła to dobrze. Może nawet z pewną troską. Ale kiedy wieczorami Marcin wychodził do kuchni rozmawiać przez telefon, widziałam, jak Bożena zerka na mnie, jakby odliczała dni.
Nikt nie wspomniał o wynajmie. Nikt nie zaproponował, żebym została na stałe. Może czekali, aż sama poproszę.
Nie poprosiłam.
Ósmego tygodnia zamówiłam taksówkę i wróciłam na Ochotę. Marcin pomagał mi wnosić torby po schodach. Przy drzwiach zatrzymał się.
- Mamo, może jeszcze tydzień? - zapytał. - Rehabilitacja jeszcze nie skończona.
Popatrzyłam na niego. Na mojego syna, który kiedyś pomagał mi zdzierać tapety i który teraz chciał oddać moje ściany obcym ludziom, nie pytając mnie o zdanie.
- Marcin - powiedziałam - dam sobie radę. A jeśli będę potrzebowała pomocy, to poproszę.
Nie powiedziałam mu o fryzjerce. Nie powiedziałam o notariuszu. Może kiedyś powiem. Może nie.
Zamknęłam drzwi, zrobiłam herbatę i usiadłam w salonie, w którym tapety wciąż miały kremowe kwiaty. Mieszkanie pachniało kurzem i zamknięciem. Otworzyłam okno. Z podwórka wpadło majowe powietrze - ciepłe, gęste od kwitnących lip.
Następnego dnia zadzwoniłam do Ani z salonu.
- Pani Aniu, jestem już w domu - powiedziałam. - Tapety wiszą, gdzie wisiały.
Ania zaśmiała się krótko.
- A nie mówiłam, pani Lucyno? Kolor trzyma się dobrze. I tapety, i włosy.
Odkładając słuchawkę, pomyślałam, że są rzeczy, które lepiej wiedzieć, niż nie wiedzieć. Nawet jeśli wiedza boli.
var adsinserter = adsinserter || {};
adsinserter.tags = ['fulladsnew'];