Na dziewięćdziesiątkę mamy brat zrobił przyjęcie w restauracji - trzydzieści osób, jego koledzy z pracy, tort ze zdjęciem. Mama siedziała na końcu stołu, przy szatni. Przemowę wygłosił brat: "mama ma u nas wszystko, czego jej trzeba".

Szukałam mamy wzrokiem dobre dwie minuty. Sala była pełna - złote balony z dziewięćdziesiątką przywiązane do oparć krzeseł, kieliszki, śmiech, ktoś głośno opowiadał o tirze, który utknął pod Strykowem.

Na środku stołu stał tort wielki jak walizka, a na nim, w kolorowym lukrze, mama z jakiegoś wesela z lat siedemdziesiątych. Młoda, w trwałej, z kieliszkiem w ręce.

Prawdziwą mamę znalazłam na samym końcu. Przy szatni. Między wieszakiem obwieszonym kurtkami a drzwiami do toalety, które co chwilę się otwierały i trzaskały.

- Ela - powiedziała, kiedy się nad nią pochyliłam.

Nie "cześć", nie "jesteś wreszcie". Samo imię, cicho, jakby sprawdzała, czy to na pewno ja.

Spóźniłam się dwadzieścia minut, bo tramwaj stanął na rondzie i motorniczy długo nie otwierał drzwi. Przez te dwadzieścia minut mama zdążyła dostać rosół. Stał przed nią nietknięty, już z kożuchem tłuszczu.

Miała na sobie granatową bluzkę z żabotem - tę, którą kupiłam jej na osiemdziesiąte piąte. Po jej lewej stronie siedział młody chłopak w białej koszuli, odwrócony plecami, zajęty rozmową o premiach. Po prawej - nikt. Puste krzesło.

- Mamo, a czemu ty tu siedzisz?
- Grzesiu mnie posadził. Bo blisko do łazienki.

Powiedziała to bez żalu. Zwyczajnie, jak się mówi o pogodzie. I właśnie to ubodło mnie najbardziej.

- Ela! - Grzegorz pomachał mi z drugiego końca sali. Stał obok postawnego mężczyzny w marynarce, jak się później okazało - swojego dyrektora. - Siadaj przy Beacie, tam jest miejsce!

Poprosiłam kelnerkę o krzesło i usiadłam przy mamie. Przy szatni.

Trzy lata temu mama przewróciła się we własnej kuchni na Bałutach. Przeleżała na linoleum do rana, dopóki sąsiadka zza ściany nie usłyszała, że ktoś stuka laską w kaloryfer. Wtedy Grzegorz powiedział krótko:

- Bierzemy ją do nas. I koniec dyskusji.

Nikt nie dyskutował. Mama sprzedała mieszkanie i dołożyła się do dobudówki w domu brata w Nowosolnej - pokój na parterze, własna łazienka, szerokie drzwi, żeby przeszedł balkonik. A ja?

Ja wtedy myłam, karmiłam i przewracałam z boku na bok Zbyszka po udarze, w naszym dwupokojowym mieszkaniu na Widzewie. Byłam bratu wdzięczna. Naprawdę wdzięczna. Tak bardzo, że przez trzy lata nie zadałam ani jednego niewygodnego pytania.

A przecież coś widziałam. Przyjeżdżałam w niedziele, zawsze po obiedzie, i często słyszałam od Beaty:

- Mama śpi. Mama dziś zmęczona.

Obiad mama jadła sama, o dwunastej, bo "oni wracają dopiero koło siódmej, a mama nie może tak długo czekać". Telefon miała często wyłączony.

- Po co mam go ładować - wzruszała ramionami. - Grzesiu mówi, że i tak nie mam do kogo dzwonić.

Wtedy wzięłam to za żart. Teraz, na tej sali, przestało mnie śmieszyć.

Podeszła do nas kobieta w czerwonej sukience, pochyliła się nade mną i szepnęła z zachwytem:

- Pani brat to złoty człowiek. Takiej imprezy dla matki to ja w życiu nie widziałam.

Uśmiechnęłam się, bo co miałam zrobić. Kiedy odeszła, mama pociągnęła mnie za rękaw.

- Ela, a kto to jest?
- Nie wiem, mamo.
- Ja też nie - powiedziała i pierwszy raz tego dnia się zaśmiała. Krótko, sucho. - Nikogo tu nie znam. Wszyscy mi składają życzenia, a ja nawet nie wiem, komu dziękuję.

Grzegorz postukał nożem w kieliszek. Sala ucichła. Mówił ładnie - zawsze umiał mówić. O tym, jak mama przez trzydzieści lat pracowała na trzy zmiany w zakładach bawełnianych. Jak po śmierci ojca wychowała nas sama. Jak szyła nam ubrania z zasłon, bo na nowe nie było. Ktoś się wzruszył, ktoś wytarł oko serwetką.

- I dziś mogę powiedzieć jedno - uniósł kieliszek. - Mama ma u nas wszystko, czego jej trzeba.

Brawa. Głośne, szczere. Tylko że wszyscy klaskali, patrząc na Grzegorza. Nikt nie odwrócił się w stronę szatni.

Mama siedziała z rękami złożonymi na kolanach. Potem nachyliła się do mnie tak blisko, że poczułam zapach jej kremu do rąk, tego samego od czterdziestu lat.

- Ela. A ty masz jeszcze ten parter?
- Mam, mamo.
- To weź mnie do siebie. Chociaż na trochę. - Zamilkła, jakby szukała słowa. - Ja tam u nich naprawdę mam wszystko. Tylko nikogo nie mam.

Grzegorza znalazłam na parkingu za restauracją. Stał przy swoim samochodzie i palił papierosa - on, który rzucił piętnaście lat temu. Pewnie pożyczył od kogoś z pracy.

- No i jak? - zapytał, zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć. - Chyba wyszło, co?

- Grzesiu, czemu mama siedzi przy szatni?

Zamrugał, jakby nie zrozumiał pytania.

- Bo tam jest podjazd dla balkonika i łazienka obok. Myślisz, że ja jej na złość?
- Myślę, że nikt z nią nie rozmawia. Przez całe przyjęcie. Na jej urodzinach.

Zaciągnął się, zakaszlał.

- A kogo miałem zaprosić, Ela? Powiedz mi, kogo? Pani Hela nie żyje. Kowalska nie żyje. Z jej brygady nie został nikt. Miała siedzieć przy pustym stole, w sali na trzydzieści osób? Chciałem, żeby było pełno. Żeby zobaczyła, że...

Urwał.

- Że co?
- Że się udało - powiedział cicho. - Że dobrze ją wziąłem. Że nie żałuje.

Stałam i nie wiedziałam, co mu odpowiedzieć. Bo on w to wierzył. Wstawał o piątej, wracał o siódmej, Beata brała popołudniowe zmiany w sklepie. Kupił mamie łóżko z pilotem, telewizor, fotel, który sam podnosi. Płacił, woził, załatwiał. Wszystko, co dało się kupić albo załatwić - miała.

- Grzesiu - powiedziałam w końcu. - Jej trzeba było krzesła obok. Tylko tyle.

Rzucił papierosa na asfalt i długo go przydeptywał, dłużej niż trzeba. Nie spojrzał na mnie.

Mama przyjechała do mnie w następną sobotę. Grzegorz sam przywiózł jej rzeczy - dwie torby, balkonik i ten fotel, który rozbierał na części przez godzinę, klnąc pod nosem. Miało być na dwa tygodnie. Mija trzeci miesiąc.

Nie będę udawać, że jestem lepszą córką. Przez trzy lata też przyjeżdżałam na dwie godziny w niedzielę i przyjmowałam "mama śpi" bez jednego pytania, bo tak było mi wygodniej. Bo byłam zmęczona. Bo brat przecież dał radę.

Grzegorz przyjeżdża teraz co niedzielę. Na początku stał w progu z kluczykami w ręce. Potem zaczął zdejmować buty. W zeszłym tygodniu siedział z mamą przy stole do wieczora i przeglądali stare zdjęcia z Bałut, a ona poprawiała mu nazwiska wszystkich sąsiadów.

Mama ma u mnie niewiele. Wąską wersalkę, telewizor bez żadnego pilota, który by się nie gubił, i krzesło obok.

Okazuje się, że właśnie tego jej trzeba. var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];