Zdejmowałam u mamy na strychu suszone jabłka. Brat z bratową weszli do kuchni pod spodem - myśleli, że pojechałam. Przez szpary w podłodze słyszałam: "jeździmy do mamy do wiosny, aż przepisze dom, a potem niech ją Tereska bierze do siebie"

Klęczałam na strychu przy samym kominie i ściągałam z nitek suszone jabłka do płóciennego worka, kiedy na dole skrzypnęły drzwi od sieni. Zamarłam z plasterkiem w palcach. Autobus do Opola miałam za kwadrans, a mamie powiedziałam, że tylko zdejmę jabłka dla wnuków na kompot i lecę.

- Mamo? - zawołał ktoś pod spodem.

Grzesiek. Mój młodszy brat.

Już otwierałam usta, żeby krzyknąć "jestem na górze!", ale odezwała się Marzena, moja bratowa. Szeptem, tak jak się szepcze w cudzym domu.

- Śpi. Telewizor gra w pokoju, słyszysz? I Tereski też już nie ma, kurtki nie ma na wieszaku.

Kurtkę miałam na sobie. Na strychu w październiku ciągnie od dachówek jak z lodówki.

Podłoga nad kuchnią to stare, rozeschnięte deski. Jako dziecko wrzucałam przez szpary okruszki Grześkowi do herbaty, a on wrzeszczał na cały dom. Teraz przez te same szpary widziałam kawałek ceraty w słoneczniki i czubek jego głowy. Przerzedzony, prześwitujący. Kiedy on tak wyłysiał?

- Długo tu nie siedzimy - powiedziała Marzena. - Wstawię wodę i jedziemy. Kuba ma przyjść z małą.

- Posiedzimy, ile trzeba. - Krzesło zgrzytnęło, drgnięcie poszło po deskach aż do moich kolan. - Jeździmy do mamy do wiosny, aż przepisze dom. A potem niech ją Tereska bierze do siebie.

Czajnik zaczął szumieć. W pokoju ktoś w telewizorze zgadywał hasło i publiczność biła brawo. A ja słyszałam tylko, jak mi serce wali w uszach.

- A jak nie przepisze? - spytała Marzena.

- Przepisze. Raz notariusza przełożyła, drugi raz nie przełoży. Kuba z Olą nie będą do emerytury po wynajmach się tułać.

- Ja ci mówię jedno, Grzesiu. - Łyżeczka dzwoniła o szklankę, szybko, nerwowo. - Ja mamy do siebie nie wezmę. Swoją przez cztery lata myłam i przewijałam. Drugi raz nie dam rady. Nie dam, słyszysz?

- Nikt ci nie każe. Tereska ma blisko, Tereska ma czas. Tereska zawsze była od mamy.

Tereska zawsze była od mamy. Od jedenastu lat, od pogrzebu taty, przyjeżdżałam co sobotę. Po pracy w spółdzielni, z siatkami, z lekami z apteki, z opłaconymi rachunkami w teczce. Grzesiek bywał na Wigilię i na Wielkanoc. A od lipca nagle co niedzielę, z sernikiem z cukierni i z Marzeną. Mama promieniała. Mówiła mi przez telefon: "Grzesiu to się na starość taki czuły zrobił". I ja się cieszyłam. Naprawdę się cieszyłam, głupia.

Drogą za płotem przejechał autobus. Poznałam go po silniku, bo jeżdżę nim od lat. Siedziałam na tych deskach, z workiem jabłek na kolanach, i patrzyłam, jak odjeżdża mi przez małe okienko w szczycie.

Nie wiem, ile minęło. Pięć minut, może dziesięć. W końcu zeszłam po drabinie do sieni, powoli, szczebel po szczeblu, i weszłam do kuchni.

Marzena upuściła łyżeczkę. Grzesiek zrobił się czerwony od szyi w górę, jak wtedy, kiedy miał dwanaście lat i rozbił tacie szybę w garażu.

- Autobus mi uciekł - powiedziałam i położyłam worek na stole. - Następny o szóstej.

- Tereska... Ty... Od kiedy ty tam...

- Od "jeździmy do mamy do wiosny".

Cisza była taka, że słychać było tykanie zegara nad lodówką. Tego samego, który tata powiesił krzywo w osiemdziesiątym dziewiątym i nikt go już nigdy nie poprawił.

Myślałam, że Grzesiek spuści głowę. Że przeprosi. A on wstał i oparł ręce o stół.

- No to już wiesz. I co? Pójdziesz mamie naskarżyć? Proszę bardzo. Tylko powiedz jej przy okazji, kto ci dołożył do wkładu na mieszkanie w dziewięćdziesiątym ósmym. Bo mnie jakoś nikt nie dołożył. Ja z Marzeną trzydzieści lat na swoim garbie. A teraz mój syn z żoną i dzieckiem siedzi w kawalerce, gdzie mała śpi w łóżeczku przy lodówce.

Patrzyłam na niego i nie mogłam uwierzyć. Te pieniądze na wkład... Rodzice dali mi je, bo zostałam sama z Asią, kiedy mąż się wyprowadził. Nigdy nie pomyślałam, że komuś je zabrałam. A on je liczył. Dwadzieścia sześć lat liczył, a ja nawet nie wiedziałam.

- Grzesiu, gdybyś przyszedł i normalnie powiedział...

- Co? Że mam pięćdziesiąt cztery lata, dwa razy mnie zwolnili i nic nie mam na siebie? Tobie?

Marzena dotknęła jego ręki.

- On się wstydził, Teresko - powiedziała cicho. - Ja wiem, jak to zabrzmiało. Ale on się po prostu wstydził.

- A mama? - Głos mi się łamał, więc mówiłam wolniej. - Ma wam przepisać dom, a potem spakować się do mnie na czwarte piętro bez windy? Ona do piwnicy po ziemniaki już nie schodzi.

Nikt nie odpowiedział. Marzena wylała herbatę do zlewu, Grzesiek wziął kluczyki. W drzwiach przystanął, jakby chciał coś jeszcze powiedzieć, ale tylko machnął ręką. Samochód zawarczał na podwórku i pojechali.

Stałam przy stole i zbierałam okruchy sernika w dłoń. Wtedy w progu pokoju stanęła mama. Z aparatem słuchowym w uchu. Nie spała.

- Pojechali? - spytała.

- Mamo... Mama słyszała?

- Dziś to nie wszystko. - Usiadła ciężko na krześle, na którym przed chwilą siedział Grzesiek. - Ale Marzenka już raz się wygadała. W sierpniu, jak grzyby czyściłyśmy. Myślała, że jestem bez aparatu.

- To czemu mama nic nie mówiła?

Mama wzięła z worka jeden plasterek jabłka i obracała go w palcach.

- Bo przyjeżdża, Tereniu. Co niedzielę przyjeżdża. Przez dwadzieścia lat nie przyjeżdżał, a teraz siedzi tu ze mną i opowiada o małej. Myślisz, że nie wiem, po co? Wiem. Ale siedzi.

Nie umiałam na to nic odpowiedzieć.

- Notariusza nie przełożyłam przez zapomnienie - dodała. - Dowiadywałam się. Jest taka umowa, dożywocie się nazywa. Dom przepiszę na Kubę, nie na Grześka. Ale z tym dożywociem. Kto bierze dom, ten bierze i mnie - mieszkanie tu do końca, opiekę, lekarza, wszystko na piśmie. Niech wezmą dom razem z babką. A ja stąd wyjdę nogami do przodu, nie na twoje czwarte piętro.

Patrzyłam na nią, na jej ręce w brązowych plamkach, na ten plasterek jabłka, i pierwszy raz od lat nie wiedziałam, czy mi jej żal, czy jestem z niej dumna.

- A ty się nie gniewaj, dziecko. Ty masz swoje. I zawsze miałaś mnie.

Na szósty autobus zdążyłam. Worek z jabłkami trzymałam na kolanach i przez całą drogę do Opola pachniało mi latem. Do Grześka nie zadzwoniłam. On do mnie też nie. Mama mówi, że w niedzielę znowu był, z sernikiem, i że o dożywociu już wie. Podobno długo milczał, a potem naprawił tacie ten zegar nad lodówką.

W sobotę jadę jak zawsze. Na strychu została jeszcze połowa jabłek.

Jabłka suszy się tam, gdzie najcieplej - nad kuchnią, przy kominie. Tylko nikt nie mówi, że stamtąd wszystko słychać. var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];