W styczniu córka z zięciem i dziećmi wprowadzili się do mnie - "tylko do odbioru mieszkania od dewelopera, mamo, gdzie mamy iść". Klucze odebrali w czerwcu. Od października wynajmują mieszkanie studentom
- Babciu, a wiesz, że w moim pokoju będzie spała pani Weronika?
Trzymałam w palcach dwa pasma włosów Zosi i zastygłam w pół warkocza. Była za dziesięć siódma. W łazience brzęczała maszynka Bartka, Antek rozsypywał płatki po ceracie, a ja miałam niecałe pół godziny do autobusu.
- Jaka pani Weronika, kochanie?
- No ta studentka. Mama mówiła tacie przez telefon. Ona ma kota, ale kota nie wolno.
Dokończyłam warkocz. Założyłam gumkę z truskawką. Powiedziałam "pięknie wyglądasz" i poszłam do przedpokoju po torebkę, bo nie wiedziałam, co innego zrobić z rękami.
W autobusie do szkółki pod Suchym Lasem liczyłam w głowie miesiące. Styczeń. Kasia stała wtedy w moim przedpokoju na Winogradach z Antkiem na biodrze i oczami jak po trzech nieprzespanych nocach.
- Mamo, właściciel nie przedłuża umowy. Deweloper przesunął odbiór na czerwiec. Gdzie my mamy iść? Pół roku, mamo. Tylko do odbioru.
Pół roku. Oddałam im swoją sypialnię, bo tam stało szerokie łóżko po świętej pamięci Zbyszku. Dzieci dostały mały pokój, w którym od lat trzymałam deskę do prasowania i sadzonki pelargonii na parapecie.
Ja przeniosłam się na wersalkę w dużym pokoju, pod meblościankę. Sześćdziesiąt dwa lata, kręgosłup po trzydziestu latach schylania się nad doniczkami - i wersalka, która jęczała przy każdym obrocie. Nie narzekałam. To były moje wnuki.
W czerwcu przyszli z kluczami i butelką szampana. Płakałam w kuchni z radości, a Kasia śmiała się, że jestem gorsza niż na jej weselu. Tego samego wieczoru dałam im kopertę z piętnastoma tysiącami z oszczędności.
- Na kuchnię. Żebyście nie brali kolejnej pożyczki.
Dołożyłam jeszcze lampę z lnianym abażurem, na parapetówkę. Kasia dała mi zapasowy klucz.
- Na wszelki wypadek, mamo.
Potem było wykończenie. W lipcu "podłogi". W sierpniu "ekipa nawaliła z łazienką". Kiedy chciałam pojechać pomóc, choćby umyć okna, Kasia machała ręką.
- Nie jedź, tam pył wszędzie, dostaniesz ataku kichania.
Pod koniec sierpnia kurier przywiózł do mojego przedpokoju trzy płaskie kartony. Trzy identyczne biurka. Trzy krzesła obrotowe.
- Po co wam trzy biurka? - zapytałam.
- Bartek będzie pracował zdalnie, a były w promocji, trzy w cenie dwóch - powiedziała Kasia i od razu zaczęła szukać nożyczek, choć wcale ich nie potrzebowała.
Uwierzyłam. Człowiek wierzy własnemu dziecku, bo inaczej musiałby przyznać, że czegoś w nim nie zna.
Tamtego wieczoru, kiedy dzieci już spały, a Kasia z Bartkiem oglądali coś w sypialni - w mojej sypialni - usiadłam w kuchni z telefonem. Palce same wpisały: "Naramowice pokój studentka". Trzecie ogłoszenie od góry. "Trzy pokoje w nowym mieszkaniu, pełne wyposażenie, od 1 października, tylko dla studentek, bez zwierząt."
Przewijałam zdjęcia powoli, jakbym bała się, co będzie na następnym. Łazienka w szarych płytkach - ta, z którą "nawaliła ekipa". Pokój z biurkiem. Drugi pokój z identycznym biurkiem. A na czwartym zdjęciu kuchnia z białymi frontami, które razem z Kasią wybierałyśmy z katalogu przy tym samym stole, przy którym teraz siedziałam. Na parapecie stała moja lampa z lnianym abażurem.
Nie spałam tej nocy. Wersalka skrzypiała za każdym razem, kiedy się przewracałam, a przewracałam się co kilka minut.
Następnego dnia po pracy pojechałam na Naramowice. Stanęłam przed klatką z kluczem w dłoni. Nowy blok, czyste balkony, na placu zabaw huśtawka jeszcze bez ani jednej rysy. Mogłam wejść. Miałam klucz "na wszelki wypadek".
Ale stałam tak z dziesięć minut i zrozumiałam, że nie wejdę, bo to nie jest moje mieszkanie. Moje mieszkanie było na Winogradach i właśnie ktoś mi je po cichu zabrał, tylko że nie deweloper.
Wieczorem, kiedy Zosia i Antek zasnęli, zawołałam ich do kuchni. Nastawiłam wodę na herbatę. Położyłam telefon na stole, ekranem do góry.
Kasia spojrzała i zrobiła się czerwona aż po szyję. Bartek odsunął krzesło, jakby chciał wstać, ale nie wstał.
- Pani Basiu, to był mój pomysł - powiedział w końcu. - Nie Kasi. Mój.
- To nic nie zmienia, Bartku.
- W firmie są redukcje. Od stycznia nie wiadomo, czy zostanę. A rata... Te trzy pokoje prawie całą ratę pokrywają. Rok, może dwa, odłożymy coś, i wtedy...
- I wtedy co? - zapytałam. - Wtedy mi powiecie?
Kasia wpatrywała się w cukiernicę.
- Mamo, ja chciałam. Tyle razy chciałam. Ale ty w marcu powiedziałaś, że wreszcie ten dom żyje. Pamiętasz? Przy pierogach. Myślałam, że ci z nami dobrze. Że nie jesteś sama.
Pamiętałam. Powiedziałam tak. I to była prawda - w marcu, przy pierogach, kiedy Antek lepił krzywe uszka, a Zosia śpiewała kolędy, bo tylko te znała na pamięć.
- Czemu nie w czerwcu, Kasiu? Czemu nie powiedziałaś mi od razu?
Długo milczała. Woda w czajniku zaczęła szumieć.
- Bo byś się zgodziła - powiedziała cicho. - Zawsze się zgadzasz. I musiałabym ci znowu podziękować. Za mieszkanie, za pieniądze, za dzieci odebrane ze szkoły. Mam trzydzieści cztery lata, mamo, i ciągle ci dziękuję. Nie mogłam już. Wolałam nic nie mówić, niż jeszcze raz prosić.
Łyżeczka zadzwoniła mi o spodek, bo trzęsła mi się ręka. Odłożyłam ją.
- Ja nie byłam sama, Kasiu - powiedziałam. - Ja byłam u siebie.
Nikt się nie odezwał. Czajnik wyłączył się z cichym kliknięciem.
Nie wyrzuciłam ich. Wiem, że niejedna by wyrzuciła i też nie miałabym jej tego za złe. Ale studentki podpisały umowę, na pewno każda z nich ma matkę, która też wydała na to ostatnie oszczędności. Zosia chodzi do szkoły dwie przecznice od mojego bloku. A ja - może to głupie - nie chciałam, żeby moje wnuki zapamiętały, że babcia wystawiła je za drzwi.
Powiedziałam więc, jak będzie. Wracam do swojej sypialni. Od dziś. Oni biorą duży pokój i wersalkę. Rachunki dzielimy na pół. Do końca czerwca, kiedy kończy się rok akademicki - a w lipcu wprowadzają się do siebie, choćby na dwa pokoje, a trzeci niech wynajmą, skoro muszą.
- A piętnaście tysięcy? - zapytał Bartek. Chyba się bał tego pytania bardziej niż wszystkich innych.
- Zostawcie. Poszły na kuchnię, tak jak miały. - Spojrzałam na Kasię. - Ale lampę mi oddajcie. Studentki niech sobie kupią własną.
Kasia parsknęła przez łzy. Pierwszy raz od tygodni zobaczyłam na jej twarzy coś, co nie było zmęczeniem.
Długo myślałam potem o swojej matce. Mieszkała z nami z Zbyszkiem przez ostatnie dziesięć lat życia i nigdy, ani razu, nie powiedziała "nie". Obiecywałam sobie, że będę inna. A byłam dokładnie taka sama, tylko z drugiej strony - to ja zgadzałam się na wszystko, a potem dziwiłam się, że nikt mnie o nic nie pyta.
Tej nocy Bartek z Kasią przenieśli pościel do dużego pokoju. Słyszałam przez ścianę, jak wersalka jęczy pod nimi przy każdym ruchu.
Rano Zosia wślizgnęła się do mnie pod kołdrę i zapytała, czemu babcia śpi w łóżku mamy.
- Bo to moje łóżko, kochanie - powiedziałam. I pierwszy raz od stycznia nie musiałam się z tego tłumaczyć. var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];