Mama od dwóch lat mieszka u brata - "ma wszystko pod nosem". W październiku poprosiła mnie po cichu o sto złotych na fryzjera, bo Zbyszek mówi, że "to fanaberia". Przy herbacie wyszło, że emeryturę od listonosza odbiera brat, "żeby mamy nie okradli": trzy tysiące dwieście.
- Gosiu, masz może stówkę? Tylko cicho, żeby Zbyszek nie słyszał.
Mama złapała mnie za rękaw w przedpokoju, kiedy już wciągałam buty. Z podwórka dochodził zgrzyt grabi - brat zgarniał liście spod orzecha, w kuchni Iwona trzaskała pokrywkami. Mama mówiła szeptem, jakby prosiła o coś wstydliwego.
- Na co ci, mamo?
- Na fryzjera. - Dotknęła włosów, rzadkich, przyklapniętych, z siwym odrostem na dwa palce. - Zbyszek mówi, że to fanaberia. Że w moim wieku kto mnie będzie oglądał.
Stałam z jednym butem na nodze i nie wiedziałam, co powiedzieć. Moja matka. Jadwiga, która przez czterdzieści lat nie wyszła do sklepu bez trwałej i kropli perfum za uchem. Która w latach osiemdziesiątych stała w kolejce po lakier do włosów dłużej niż po mięso.
Wyjęłam z portfela banknot. Mama złożyła go na czworo i wsunęła do kieszeni fartucha tak szybko, jak dziewczynka chowająca ściągawkę.
- A emerytura? - zapytałam.
Ale z podwórka już wchodził Zbyszek, otrzepując ręce o spodnie.
- Gośka, zostajesz na kolację? Iwonka zrobiła gołąbki.
- Nie, muszę lecieć. Jutro mam ranną zmianę w aptece.
Mama patrzyła w podłogę.
Całą drogę autobusem z Nowosolnej na Widzew myślałam o tym odroście. Dwa lata temu mama spadła ze schodów w swoim bloku na Teofilowie i przeleżała pół dnia, zanim sąsiadka usłyszała pukanie laską w drzwi.
To Zbyszek pierwszy powiedział: "Bierzemy ją do nas". Miał dom na obrzeżach Łodzi, pokój na parterze, ogród. Przerobił łazienkę, żeby był prysznic bez progu, zamontował poręcze, poszerzył drzwi pod balkonik. Wszyscy go chwalili - ciocia Hela, sąsiedzi, ksiądz po kolędzie. A ja, z moją kawalerką na trzecim piętrze i dyżurami w aptece, kiwałam głową z ulgą, której się trochę wstydziłam.
- Mama ma u nas wszystko pod nosem - mówiła Iwona przy wigilii, nakładając jej karpia. - Leki, obiad, ciepło. Niczym się nie musi martwić.
Brzmiało to dobrze. Brzmiało jak troska.
W następną sobotę zabrałam mamę do pani Basi, fryzjerki z parteru w moim bloku. Zbyszkowi powiedziałam, że jedziemy na cmentarz do taty, bo zbliżał się listopad. Trochę prawdy w tym było - pojechałyśmy potem.
Mama siedziała w fotelu z wałkami na głowie i opowiadała pani Basi o wnukach, o pogodzie, o tym, że w telewizji znowu straszą grypą. Ani słowa o domu. Dopiero u mnie, przy herbacie z cytryną, kiedy postawiłam przed nią talerzyk z sernikiem, zaczęła mieszać łyżeczką tak długo, że cukier dawno się rozpuścił.
- Mamo, czemu ty nie masz na fryzjera? Przecież dostajesz emeryturę.
- Dostaję. Tylko listonosz przynosi, a Zbyszek odbiera.
- Jak to odbiera?
- No, podpisałam mu takie upoważnienie. Jak się wprowadzałam. Mówił, że teraz tylu oszustów chodzi po domach, na wnuczka, na policjanta. Żeby mnie nie okradli.
Odstawiłam szklankę.
- I ile ci daje?
- Na tacę daje. Dwadzieścia złotych w niedzielę. - Uśmiechnęła się krzywo. - Jak czegoś potrzebuję, to mówię. Czasem kupi.
- A ile ci przychodzi?
Mama sięgnęła do torebki i wyjęła modlitewnik - ten sam, z którym chodziła do kościoła, odkąd pamiętam, z obrazkami z prymicji i pogrzebów powtykanymi między kartki. Spomiędzy stron wysunęła złożoną kartkę z logo ZUS. Decyzja waloryzacyjna, przyszła w maju.
- Trzy tysiące dwieście. Na rękę.
Liczyłam w głowie. Dwa lata. Dwadzieścia cztery miesiące. Nawet jeśli połowa idzie na leki i jedzenie... A mama nosiła te same brązowe półbuty co na pogrzebie taty. Rajstopy miała cerowane na pięcie - widziałam, kiedy zdejmowała buty u pani Basi. Do aparatu słuchowego od miesięcy nie miała baterii, więc przy stole wszyscy się przekrzykiwali, a Zbyszek mówił, że "mama już taka, nie słyszy i nie chce słyszeć".
- Mamo, czemu nic nie mówiłaś?
Długo milczała.
- A gdzie ja pójdę, Gosiu? Do ciebie, na trzydzieści metrów, na trzecie piętro bez windy? Do domu opieki? Zbyszek mnie przygarnął. Nie będę mu wyliczać.
Przygarnął. Jak kota spod śmietnika.
Do Nowosolnej pojechałam w środę, prosto po dyżurze. Zbyszek był w garażu, grzebał przy kosiarce, choć sezon dawno się skończył. Na mój widok wytarł ręce w szmatę i od razu wiedział. Zawsze wiedział, kiedy przychodzę z pretensjami - od czasu, kiedy miałam dwanaście lat, a on zjadł moje urodzinowe ptasie mleczko.
- Mama się skarżyła - powiedział. Nie zapytał.
- Mama się nie skarżyła. Mama poprosiła mnie o stówę na fryzjera. Mama, która ma trzy tysiące dwieście emerytury.
Nie krzyczał. To było najgorsze. Odwrócił się do półki, zdjął zeszyt w kratkę, taki jak do szkoły, i podał mi go. Na każdej stronie jeden miesiąc. Leki - z trzech aptek, bo w jednej tańsze, w drugiej mają zamiennik. Gaz i prąd, dopisek "mama połowa", bo w jej pokoju grzejnik chodzi od rana do nocy. Rehabilitant po upadku. Nowe okulary. A na dole każdej strony, równym, technicznym pismem: "rata".
- Co to za rata?
- Za łazienkę. Za ten prysznic bez progu, za poręcze, za drzwi. Czterdzieści tysięcy, Gośka. Wziąłem kredyt, bo nie miałem. - Usiadł na skrzynce po narzędziach. - Iwonce w marcu skrócili etat. W warsztacie u mnie też nie wiadomo, ile jeszcze pociągnę. I mama ma rację, że wszystko ma pod nosem. Tylko ja to wszystko pod ten nos noszę.
Patrzyłam w zeszyt i rachunki się zgadzały. Nie zgadzało się co innego.
- A fryzjer? Sto złotych, Zbyszek. Raz na dwa miesiące.
Wzruszył ramionami, ale nie patrzył mi w oczy.
- Ojciec by powiedział to samo. Pamiętasz, jak mamie wypominał każdą sukienkę? Nie wiem... chyba mi się w głowie ułożyło, że każda złotówka ma iść na coś, co trzeba. A włosy... włosy to nie trzeba.
Potem dodał cicho, bardziej do kosiarki niż do mnie:
- A ty, Gośka, co przez te dwa lata dałaś? Sernik w niedzielę?
Stałam w garażu pachnącym benzyną i mokrymi liśćmi i nie miałam odpowiedzi. Bo nie dałam nic. Dałam sobie ulgę, że to nie ja.
Nie wyszłam stamtąd jako ta, która zrobiła porządek. Wyszłam z kartką, na której przy jego warsztatowym stole rozpisaliśmy mamine pieniądze od nowa. W niedzielę usiedliśmy we troje w kuchni i to mama zdecydowała, że rata zostaje, "bo przecież to dla mnie te poręcze". Ale co miesiąc część emerytury dostaje do ręki, w kopercie, na swoje. Na fryzjera, na baterie, na rajstopy bez cery. Bez tłumaczenia się. Ja dokładam do leków i co drugi weekend zabieram ją do siebie, żeby Iwona i Zbyszek mieli dwa dni oddechu. Upoważnienia mama nie odwołała.
- Niech odbiera - machnęła ręką. - Ja do furtki już tak szybko nie dojdę jak on.
Kilka tygodni później, kiedy znów siedziała u mnie i przeglądała się w lustrze w przedpokoju, przekręcając głowę na boki, zapytałam o coś, co nie dawało mi spokoju.
- Mamo, a po co ty nosiłaś tę decyzję z ZUS-u w modlitewniku?
Poprawiła loczek nad uchem.
- Bo wiedziałam, że kiedyś zapytasz, ile mam. Tylko najpierw musiałaś zapytać, czemu nie mam.
Ona wcale nie prosiła o sto złotych. Prosiła, żebym zobaczyła. A ja przez dwa lata patrzyłam na ten odrost i widziałam starszą panią, której już nie zależy.
Teraz w każdą drugą sobotę miesiąca chodzimy razem do pani Basi. Zbyszek, kiedy pierwszy raz zobaczył mamę z nową trwałą, podrapał się po karku i powiedział:
- No, mama. Ta fanaberia ci pasuje.
var adsinserter = adsinserter || {};
adsinserter.tags = ['fulladsnew'];