Moja pięćdziesięciopięcioletnia teściowa zaczęła ostatnio udawać nieszczęśliwą, samotną kobietę o słabym zdrowiu, której nikt nie kocha, zwłaszcza jej jedyny syn i jego żona.

Czyli chodzi o mnie i mojego męża. Dlaczego? Moim zdaniem kobieta pragnie uwagi, opieki, a także po prostu jej się nudzi.

Ale mój mąż się ze mną nie zgadza i z tego powodu zaczęliśmy coraz częściej się kłócić. Wcześniej nigdy nam się to nie zdarzało.

Ania, a właściwie Pani Ania, choć sama prosi, by zwracać się do niej po imieniu, nie przepracowała ani jednego dnia.

Tak, mój teść przez całe życie ciężko pracował by utrzymać trzy osoby: siebie, żonę i syna. Pewnie dlatego zmarł tak wcześnie.

Mimo to udało mu się kupić dwupokojowe mieszkanie, samochód i dać wykształcenie jedynemu dziecku.

Wcześniej mieliśmy z nim niewielki kontakt, ale teraz zdaję sobie sprawę, że wypełniał swoje obowiązki w 100%.

Jego żona z kolei zajmowała się domem. Tyle że nie udało jej się nigdy nauczyć gotować, poza kilkoma daniami. Jeśli chodzi sprzątanie to wyznaje zasadę „najważniejsze żeby nie było dużego bałaganu”, choć osobiście jej za to nie winię.

Wychowaniem syna też przez większość czasu zajmował się ojciec. Pewnie dlatego kocham mojego męża. Nie znoszę maminsynków.

Ale teraz, gdy Ania została sama, zaczęła czuć się samotna. Dlatego postanowiła od czasu do czasu zacząć udawać, że jest na przykład bardzo chora, że nie może jeść ani pić, i tym podobne.

Na przykład zadzwoniła do syna i powiedziała mu, że złamała nogę. Musiał pilnie do niej przyjechać. Okazało się, że nic się nie stało, nie ma nawet siniaka.

Ale bolało jak cholera. Co tydzień działo się coś nowego. Może nawet częściej. To tak, jakby zaczynała kłamać, by tylko zwrócić na siebie uwagę.

W końcu teściowa zapytała, czy może zamieszkać razem z nami. W moim mieszkaniu. Tak, mamy też dwa pokoje. Jest wystarczająco dużo miejsca dla trzech osób. Ale przepraszam.

Dwoje kochających się ludzi, którzy są małżeństwem, nie bez powodu potrzebuje własnego mieszkania.

Mamy własne zasady, przyzwyczajenia, atmosferę i tak dalej. Nie potrzebujemy tu dorosłej kobiety, która myśli, że wszyscy powinni jej pomagać.

Dlatego zaczęliśmy się z mężem kłócić. On bardzo chciał, żeby jego mama zamieszkała z nami, a ja byłam temu przeciwna. Wystarczy się zastanowić - Ania proponowała następujące: my zapraszamy ją do siebie, a ona wynajmuje swoje mieszkanie.

Ze względu na to, że ma niską emeryturę, wszystkie pieniądze z wynajmu trafiają do jej kieszeni. Jednocześnie muszę dla niej gotować, robić pranie i tak dalej. Przecież jesteśmy rodziną.

Jestem zmęczona wymyślaniem coraz to nowych argumentów przeciwko przeprowadzce Ani do nas. Mój mąż mówi, że skoro nie mamy jeszcze dzieci, więc zmieścimy się wszyscy razem. Na co ja odpowiadam, że w takich warunkach niezwykle trudno będzie im się kiedykolwiek pojawić.

Ale mój mąż tego nie rozumie. Myśli, że wszystko jakoś samo się rozwiąże. W dzień będę pracować, a wieczorami obsługiwać zarówno jego, jak i jego mamę. Czy nie mam nic lepszego do roboty?

Już wcześniej zauważyłam, że stara się ze mną nie rozmawiać. Najwyraźniej zdała sobie sprawę, że nie uda nam się z nią dogadać. Zaczęła więc wywierać presję na swojego syna. Oskarżając go o zdradę, o to, że nie kocha własnej matki.

Uważam, że nie można tak robić. Tyle że chodzi o co innego. Gdyby to od niego zależało, mój mąż już dawno by ją tu zaprosił. Albo sam by się do niej przeprowadził. To mnie trochę martwi...

A teraz wpadł na nowy pomysł. Chce wziąć kredyt i zamienić moje mieszkanie na trzypokojowe. Nawet jeśli nie będzie wyremontowane.

Doszło do tego, że mój mąż mówi wprost: jeśli obawiam się o to, że stracę prawa do własnego mieszkania, on jest gotów przepisać wszystko na mnie. Nieważne, co się stanie w przyszłości.

Nawet jeśli się rozwiedziemy, to nowe trzypokojowe mieszkanie będzie należało wyłącznie do mnie. Zgodnie z prawem. Byleby jego mama zamieszkała z nami i nie czuła się samotna.

Oczywiście jego propozycja nie podoba mi się z wielu powodów. Nie może zrozumieć, że nie chcę mieszkać z cudzą osobą!

Ale dlaczego, przecież kiedyś tak dobrze się dogadywałyście, co się zmieniło?”. Ciągle nie może zrozumieć, że dogadywanie się gdy mieszkamy osobno to co innego, niż gdy mieszkamy razem.

Do tego zaczęłam zauważać, że cała ta sytuacja zmieniła moje podejście do męża. Kocha swoją matkę tak bardzo, że czuję się nieswojo.

Jeśli wszystko będzie tak dalej wyglądać, obawiam się, że nic dobrego z tego nie wyniknie. Oprócz uczuć, jedyną rzeczą, która jak dotąd nas powstrzymuje od pochopnych czynów, jest to, że jesteśmy małżeństwem. Jak długo będę w stanie tkwić w takim związku?

Aktualnie nie mam pojęcia. Co więcej, nie widzę żadnej zmiany na lepsze. Nie chcę być nieuczciwa. Chyba będę musiała powiedzieć mu, co mnie nurtuje, zanim będzie za późno.

Może to sprawi, że się opamięta. W przeciwnym razie dojdzie do poważnych problemów w naszym małżeństwie.

Główne zdjęcie: planet