Syn nie odzywał się trzy lata. Zadzwonił w piątek i powiedział, że przyjedzie w niedzielę z rodziną. Ugotowałam obiad na pięć osób. Przyjechał sam, z teczką dokumentów

Gdybym w tamtą niedzielę wiedziała, co jest w tej teczce, może bym inaczej nakryła do stołu. A może nie nakryłabym wcale.

Telefon zadzwonił w piątek po południu. Siedziałam na balkonie z herbatą i patrzyłam, jak sąsiadka z parteru podlewa pelargonie. Numer nieznany - ale głos rozpoznałam po pierwszej sylabie. Marcin. Mój syn, który trzy lata temu wyszedł z tego mieszkania i powiedział, że nie wróci, dopóki nie przeproszę jego żony.

"Mamo, chcielibyśmy przyjechać w niedzielę. Ja, Agnieszka i dzieci. Tak normalnie, na obiad."

Normalnie. Jakby te trzy lata to była przerwa na reklamę.

Nie zapytałam dlaczego. Nie zapytałam, co się zmieniło. Powiedziałam "dobrze, czekam" takim głosem, jakby dzwonił wczoraj. Dopiero kiedy się rozłączył, zorientowałam się, że zgniotłam w dłoni plastikowy kubek tak mocno, że herbata kapała mi na spódnicę.

W sobotę wstałam o szóstej. Zrobiłam rosół - ten z kością szpikową, jak lubił Marcin. Pichciłam gołąbki, bo Zuzia jadła je łyżeczką, kiedy miała trzy latka, a teraz miała siedem i pewnie już nie pamiętała smaku. Upiekłam sernik na zimno z truskawkami. Kupiłam sok jabłkowy dla Kubusia, chociaż Kubuś miał już pięć lat i może pił już coś innego - skąd miałam wiedzieć?

Umyłam okna. Wytarłam kurze z ramek ze zdjęciami, na których Marcin miał dwadzieścia lat i uśmiechał się tak, jakby życie było proste. Wyciągnęłam obrus, ten lniany, z szuflady pod telewizorem - pachniał lawendą i starą szafą. Nakryłam do stołu na pięć osób. Pięć talerzy, pięć kompletów sztućców, dwa plastikowe kubki z szafki, w której trzymałam rzeczy wnuków od tamtych ostatnich odwiedzin.

Trzy lata temu, w kuchni tego samego mieszkania, powiedziałam do Agnieszki zdanie, którego nie powinnam była mówić. Że dziecko w żłobku po dziesięć godzin to nie wychowanie, tylko przechowalnia.

Marcin wstał od stołu, wziął Agnieszkę za rękę i powiedział cicho: "Mamo, albo przepraszasz, albo to jest nasza ostatnia wizyta". Nie przeprosiłam. Bo miałam rację - tak wtedy myślałam. Trzy lata to dużo czasu na myślenie i teraz już nie byłam pewna, czy miałam rację, czy po prostu miałam potrzebę ją mieć.

Tadeusz jeszcze żył, kiedy się pokłóciliśmy. Potem umarł - cicho, we śnie, rok po tamtej kłótni. Marcin przyjechał na pogrzeb, stał po drugiej stronie grobu, nie podszedł. Podpisał co trzeba u notariusza i odjechał.

Zostały papiery do załatwienia, sprawy spadkowe, których żadne z nas nie ruszyło. Dom po Tadeuszu pod Siedlcami - mały, drewniany, z ogrodem zarastającym pokrzywami. Ani ja nie miałam siły tam jechać, ani Marcin nie dzwonił.

W niedzielę ubrałam się jak do kościoła - jasna bluzka, spódnica, nawet kolczyki, które dostałam od Tadeusza na trzydziestą rocznicę. O dwunastej usiadłam w kuchni. Rosół bulgotał cicho. O dwunastej trzydzieści wyjrzałam przez okno. O pierwszej zadzwonił domofon.

Otworzyłam drzwi i zobaczyłam Marcina. Samego. W ręku trzymał nie kwiaty, nie butelkę wina - brązową teczkę z gumką, taką jakich pełno w urzędach, gdzie przepracowałam trzydzieści lat.

"Agnieszka nie mogła" - powiedział zamiast "dzień dobry". Nie patrzył mi w oczy.

Wpuściłam go. Usiadł przy stole nakrytym na pięć osób, spojrzał na plastikowe kubki dla dzieci i odwrócił wzrok. Nalałam rosołu. Jadł w ciszy, tak jak jadł jego ojciec - pochylony nad talerzem, łyżka do ust i z powrotem, mechanicznie.

Dopiero przy drugim daniu odezwał się.

"Mamo, te papiery po tacie. Dom trzeba albo sprzedać, albo przepisać. Nie może tak wisieć."

Położył teczkę na stole, obok salaterki z gołąbkami. Wyjął dokumenty - wypis z rejestru, mapkę, jakieś formularze. Przesuwał je po obrusie jak karty do gry.

"Myślałam, że przyjedziesz z rodziną" - powiedziałam.

Marcin zacisnął szczękę. Znałam ten gest - tak samo robił jego ojciec, kiedy nie chciał o czymś mówić.

"Agnieszka nie chciała jechać" - powiedział w końcu. - "Powiedziała, że dopóki... no wiesz."

Wiedziałam. Dopóki nie przeproszę.

"A dzieci?"

"Dzieci nie wiedzą, że dzwoniłem."

To zdanie uderzyło mocniej niż wszystkie trzy lata ciszy. Zuzia i Kubuś nie wiedzieli, że tata jedzie do babci. Jakby to była tajemnica, coś wstydliwego. Jak wizyta u kogoś, o kim się nie mówi.

Patrzyłam na syna - czterdziestoletni mężczyzna w wymiętej koszuli, z podkrążonymi oczami i teczką pełną papierów, za którymi przyszedł, bo nie umiał powiedzieć: "Tęsknię". Widziałam, że chciał tu być. Że "dokumenty do załatwienia" to był jedyny powód, który potrafił nazwać, nie przyznając się do słabości.

Może Agnieszka miała swoje powody. Może tamto zdanie o żłobku bolało ją bardziej, niż sobie wyobrażałam - ona, która chodziła do pracy z poczuciem winy i wracała z poczuciem winy, i moje słowa były jak potwierdzenie najgorszego, co sama o sobie myślała. Tego nie wiedziałam wtedy. Teraz, po trzech latach ciszy, zaczynałam rozumieć.

Nie powiedziałam "przepraszam" - bo to słowo nagle wydawało mi się za małe i za duże jednocześnie. Powiedziałam coś innego.

"Zostaw te papiery. Przyjdź za tydzień. Ale nie sam."

Marcin patrzył na mnie długo. Potem schował dokumenty do teczki, zapiął gumkę i powiedział:

"Spróbuję."

Odprowadzałam go do drzwi. Na klatce schodowej odwrócił się i przez sekundę wyglądał jak ten dwudziestolatek ze zdjęcia w ramce - zagubiony i pełen nadziei jednocześnie.

Wróciłam do kuchni. Trzy puste nakrycia na stole, sernik nietknięty, sok jabłkowy w kartonie. Usiadłam i zjadłam gołąbka - zimnego, prosto z salaterki - bo nie miałam siły przekładać na talerz.

Za oknem sąsiadka z parteru dalej podlewała pelargonie. Pewnie nawet nie zauważyła, że ktoś przyjechał i odjechał.

Umyłam naczynia - dwa talerze z pięciu. Resztę schowałam z powrotem do szafki. Plastikowe kubki postawiłam na wierzchu, żeby nie trzeba było ich szukać.

Na wypadek, gdyby za tydzień naprawdę spróbował. var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];