Siostra wzięła na siebie organizację pogrzebu mamy i powiedziała, że kosztował dwanaście tysięcy. Podzieliłyśmy się po połowie. Rok później spotkałam panią z zakładu pogrzebowego - powiedziała, że rachunek był na siedem.

Stałam między półką z szamponami a regałem z papierem toaletowym, kiedy ta kobieta podeszła do mnie z uśmiechem.

"Pani Iwona, prawda? - powiedziała. - Pamięta mnie pani? Z zakładu pogrzebowego. Rok temu chowaliśmy mamusię pani."

Pamiętałam. Niewysoka, w okularach, z taką spokojną twarzą, że człowiek od razu czuł, że ona to robi nie pierwszy raz i nie ostatni. Wtedy w grudniu prawie nie patrzyłam jej w oczy - byłam zamknięta w sobie, w tym dziwnym stanie, kiedy człowiek funkcjonuje, ale jakby przez szybę.

"Pamiętam, oczywiście" - odpowiedziałam.

"Chciałam tylko zapytać, jak się państwo trzymają. To zawsze trudne święta po stracie. A pani siostra, ta starsza, taka energiczna - dawała sobie radę?"

Skinęłam głową. Coś w jej tonie sprawiło, że poczułam ukłucie w żołądku.

"Wszystko zrobiła sama, prawie. Ja byłam wtedy... no, nie dawałam rady."

Kobieta uśmiechnęła się ze zrozumieniem.

"Tak, widziałam. Niektórzy tak mają. A mama państwa była taką pogodną osobą, czy ja wiem, dlaczego to mówię, ale tak utkwiła mi w pamięci. I taki ładny pogrzeb wyszedł, biorąc pod uwagę, że za siedem tysięcy. Pani siostra umie targować."

Stałam przez chwilę bez ruchu. Miałam w ręce żel pod prysznic, którego potrzebowałam, i nagle wydał mi się dziwnie ciężki.

"Siedem? - powtórzyłam, jak idiotka. - Siedem tysięcy?"

"Tak, sześć tysięcy dziewięćset osiemdziesiąt z czymś, mam to jeszcze w komputerze. A bo co?"

"A nic. Po prostu... pomyliłam się. Dziękuję pani."

Wyszłam z tej drogerii bez żelu pod prysznic, bez niczego. Stałam na parkingu i patrzyłam, jak po szybie samochodu spływa marcowy deszcz ze śniegiem. W głowie miałam tylko jedno: dwanaście tysięcy. Dwanaście tysięcy mówiła Renata. Połowa - moja połowa - to było sześć. Sześć tysięcy oddałam jej w styczniu, przelewem, z dopiskiem "za pogrzeb mamy".

Sześć tysięcy.

A pogrzeb kosztował siedem.

Mama umarła w listopadzie, na drugi raz. Pierwszy zawał miała trzy lata wcześniej i jakoś z niego wyszła, choć już nigdy nie była taka jak przedtem. Mieszkała sama w naszym dawnym domu pod Włocławkiem, w tej małej miejscowości, gdzie się wychowałyśmy z Renatą.

Ja zostałam w mieście, pracuję od dwudziestu lat w sklepie z odzieżą sportową, mam męża i syna na studiach. Renata - dwa lata starsza ode mnie - mieszkała bliżej mamy, z mężem i z córką, która miała wtedy szesnaście lat.

Renata zawsze była tą "ogarniętą". Tak się o niej mówiło w rodzinie. Ja byłam tą "wrażliwą", co w naszym domu zawsze brzmiało trochę jak diagnoza. Kiedy mama zachorowała, to Renata woziła ją do lekarzy.

Kiedy mama upadła w łazience, to Renata przyjechała o trzeciej nad ranem. Kiedy trzeba było załatwić sprawy w urzędzie, ZUS, z energetyką, to Renata to robiła. Ja przyjeżdżałam w weekendy, gotowałam rosół, sprzątałam, słuchałam, jak mama opowiada po raz piąty tę samą historię o sąsiadce, która kupiła sobie psa.

Czułam się winna. Wiecznie winna. I Renata - świadomie czy nie - umiała mi to przypominać.

"Ty masz miasto, ty masz pracę, ty się dorobiłaś - mówiła. - A ja tu jestem przy mamie."

Jakby moja praca była mniej pracą niż jej. Jakby moje życie było jakimś przywilejem, za który teraz się rewanżuję dyżurami w weekendy.

Kiedy mama umarła w nocy z wtorku na środę, telefon od Renaty zastał mnie w drodze do pracy. Pamiętam, że stałam na przystanku, a obok młoda dziewczyna jadła bułkę z serem i ja patrzyłam na tę bułkę i myślałam, że już nigdy w życiu nie zjem bułki z serem, i to oczywiście była nieprawda, ale wtedy tak właśnie myślałam.

"Iwona, mama nie żyje. Ja się wszystkim zajmę. Ty przyjedź dopiero na pogrzeb, dobrze? Bo wiem, że ci ciężko."

I ja się zgodziłam. Ja zawsze się zgadzałam.

Pogrzeb był w piątek. Ksiądz mówił o mamie ładne rzeczy, choć chyba pomylił ją z kimś, bo wspomniał, jak "śpiewała w chórze parafialnym", a mama nigdy w życiu nie śpiewała w żadnym chórze. Stałam obok Renaty i trzymałam ją za rękę. Ona płakała głośniej ode mnie. Ja byłam jakaś zamrożona.

Po pogrzebie, na stypie, Renata podeszła do mnie z kartką.

"Zrobiłam sobie spis - powiedziała. - Wszystko jest po cenie, nic nie doliczałam. Trumna, miejsce, ksiądz, wieńce, autokar dla rodziny z Bydgoszczy, stypa w domu kultury. Razem dwanaście tysięcy. Po sześć każda. Wiem, że to dużo, ale chciałam, żeby godnie."

"Oczywiście" - powiedziałam.

Nawet nie spojrzałam na tę kartkę. Złożyłam ją na pół i włożyłam do torebki. Tydzień później zrobiłam przelew. Sześć tysięcy. Z dopiskiem.

I już nigdy do tego nie wróciłam.

W samochodzie na parkingu drogerii drżałam. Nie z zimna - z czegoś innego. Wyciągnęłam telefon i wstukałam numer Renaty, ale po pierwszym sygnale się rozłączyłam. Co ja jej powiem? "Spotkałam panią z zakładu pogrzebowego i ona mówi, że to było siedem"? A jeśli to ona się myli? A jeśli ja źle pamiętam tę liczbę z kartki, której nawet nie przeczytałam?

Pojechałam do domu. Mąż był w pracy, syn na uczelni. Otworzyłam szufladę, gdzie trzymam dokumenty, i znalazłam tę kartkę. Złożona na pół, leżała pod aktem zgonu mamy. Rozłożyłam ją.

Rękopis Renaty, jej drobne pismo. Trumna. Miejsce na cmentarzu. Kremacja - nie, mama nie była kremowana, to musiało być coś innego, "opłata cmentarna". Wieńce - trzy. Ksiądz. Organy. Autokar. Stypa - sala, jedzenie, napoje. I cyfry przy każdej pozycji. Dodałam wszystko jeszcze raz, kalkulatorem w telefonie.

Wyszło dziewięć tysięcy sześćset.

Nie dwanaście. Nie siedem. Dziewięć i pół.

Siedziałam przy stole, patrzyłam na tę kartkę i czułam, jak coś we mnie się rozsuwa. Renata zawyżyła nawet to, co napisała. Ale ja nigdy nie sprawdziłam. Nigdy nie zsumowałam. Po prostu zaufałam.

Zadzwoniłam. Renata odebrała po trzecim sygnale, swoim normalnym tonem, jakby rok temu nie umierała nam mama, jakby wszystko było w porządku.

"Cześć, Renatka. Słuchaj, mam takie pytanie. Pamiętasz tę kartkę, którą mi dałaś po pogrzebie? Z kosztami?"

"No?"

"Dodałam to dzisiaj. Wyszło dziewięć sześćset. Nie dwanaście."

Cisza. Słyszałam w słuchawce, jak gdzieś u niej szumi pralka.

"No bo tam nie wszystko było wpisane - powiedziała w końcu. - Były jeszcze takie drobne rzeczy."

"Renata. Spotkałam dzisiaj panią z zakładu pogrzebowego. Powiedziała, że całość była na siedem."

Druga cisza. Tym razem dłuższa.

"Słuchaj, Iwona, ja nie wiem, czego ona ci tam mówiła, ale to nie jest takie proste. To nie jest tak, że bierzesz fakturę i tyle. Tam były jeszcze koszty - benzyna, telefony, ja jeździłam do zakładu pięć razy, do parafii trzy razy.

Kwiaty od siebie kupowałam dodatkowo, żeby było ładnie. I wiesz co? Powiem ci wprost. A kto stał w tych kolejkach, kto wszystko załatwiał, kto się tym zajmował, kiedy ty tam siedziałaś w swoim mieście? Czas też kosztuje, Iwona. Mój czas też kosztuje."

Trzymałam telefon przy uchu i patrzyłam na firankę w kuchni. Na tę samą firankę, która wisiała tam dziesięć lat. I zrozumiałam, że ona naprawdę w to wierzy. Że ona naprawdę uważa, że jej się to należało. Że to nie jest dla niej kradzież. To jest dla niej rekompensata.

"To było pięć tysięcy, Renata - powiedziałam cicho. - Pięć tysięcy mojej połowy w twoim czasie."

"Iwona, nie rób z tego afery. Mama nie żyje, daj spokój."

"Mama nie żyje, więc mam dać spokój?"

"No daj. Co teraz, do sądu mnie podasz? Za rok? Za pogrzeb mamy?"

Rozłączyłam się.

Nie podałam jej do sądu. Nie napisałam nawet wiadomości. Po prostu - nie zadzwoniłam więcej. Na święta nie pojechałam do niej, jak co roku. Wysłałam smsa, że jest mi przykro, ale nie dam rady. Renata odpisała: "twoja decyzja". I tyle.

Mąż mówił, że powinnam z tym coś zrobić. Syn mówił, że to złodziejstwo i że ciotka jest okropna. A ja siedziałam wieczorami w fotelu i myślałam o jednym - że Renata przez te wszystkie lata, kiedy ja gotowałam rosół a ona woziła mamę do lekarza, prowadziła sobie w głowie taki cichy księgowy zeszyt. Liczyła.

Każdą wizytę, każdą kolejkę, każdy telefon. I uznała w pewnym momencie, że ja jej coś jestem winna. Że moje życie w mieście to dług, który muszę spłacić. A pogrzeb mamy był w jej głowie po prostu okazją, żeby ten dług w końcu odebrać.

Najgorsze nie było to, że mnie okradła z pięciu tysięcy. Najgorsze było to, że okradła mnie z siostry. Z tej siostry, którą myślałam, że mam przez pięćdziesiąt cztery lata. Bo skoro mogła to zrobić - to znaczy, że jej nie znałam wcale.

Czasem myślę, czy mama wiedziała, jaka Renata jest naprawdę. Mama, która umierała mówiąc: "Iwonka, trzymajcie się siostry". Mama, która zawsze powtarzała, że "siostra to siostra, do końca życia".

I to jest ta jedna rzecz, której się nie dowiem nigdy.

Pięć tysięcy złotych za prawdę o własnej rodzinie. Drogo. Ale chyba uczciwa cena. var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];