Codziennie po pracy jechałam do mamy - kąpiel, leki, kolacja. Brat dzwonił raz w tygodniu na pięć minut. Po pogrzebie stryjenka wzięła mnie na bok i powiedziała cicho: "Powinnaś wiedzieć, co twój brat załatwił u notariusza w marcu".
Stryjenka Basia złapała mnie za łokieć tuż przy furtce, kiedy ostatni goście rozchodzili się po stypie. "Iwonka, poczekaj" - powiedziała półgłosem i zerknęła za siebie, jakby sprawdzała, czy Roman już odjechał. Odjechał. Zawsze odjeżdżał pierwszy.
Cofnęłam się o krok. Stryjenka miała dziwną minę - jakby coś ją piekło od dawna i wreszcie mogła to z siebie zrzucić. "Powinnaś wiedzieć, co twój brat załatwił u notariusza w marcu" - powiedziała. I nagle zabrakło mi powietrza, choć stałyśmy na dworze, wśród bzów, które mama tak kochała.
Przez ostatnie dwa lata moje życie miało jeden rytm. Rano szkółka - sadzonki, klienci, zamówienia na wiosnę. O trzeciej zamykałam szklarnię. O wpół do czwartej byłam już u mamy na Sokołowskiej. Kąpiel, leki, kolacja. Czasem pranie, czasem wizyta pielęgniarki z NFZ-u. Wracałam do siebie koło ósmej, padałam na kanapę i budziłam się z telefonem na brzuchu.
Mama miała sześćdziesiąt dziewięć lat, kiedy zaczęła zapominać. Najpierw drobiazgi - wyłączanie kuchenki, opłaty za wodę. Potem większe rzeczy. Przestała rozpoznawać sąsiadkę, z którą piła kawę od trzydziestu lat. Lekarz mówił: otępienie naczyniopochodne, wolny postęp, ale nieodwracalny. Trzeba ktoś przy niej być.
Ktoś - czyli ja. Bo Roman mieszkał w Łodzi, miał żonę, dwójkę dzieci, firmę remontową. Dzwonił raz w tygodniu, w niedzielę, punktualnie o szesnastej. Pięć minut, zawsze te same pytania: "Jak mama?", "Daje radę?", "Gdybyś potrzebowała, to mów". Nigdy nie powiedziałam, że potrzebuję. Albo powiedziałam raz czy dwa, a on odparł, że przyjedzie jak tylko skończy robotę na Widzewie. Nie skończył.
Przyjechał w marcu. Pamiętam, bo akurat sadziliśmy pierwsze bratki w szkółce, a ja się ucieszyłam - pomyślałam, że wreszcie poczuje, jak to jest siedzieć z mamą cały wieczór, kiedy ona pyta trzeci raz, który jest dzień tygodnia.
Ale Roman nie został na noc. Zabrał mamę na jakieś "sprawy do załatwienia" - tak powiedział przez telefon. Zapytałam jakie sprawy. "Urzędowe, Iwona, nic wielkiego." Mama wróciła zmęczona i milcząca.
Wtedy nie dociekałam. Miałam tysiąc innych rzeczy na głowie - zamówienie na tuje, wizyta u dentysty, cieknący kran w łazience mamy. Zresztą mama miała lepszy dzień, była spokojna. Pomyślałam, że może Roman zabrał ją do przychodni albo do ZUS-u coś podpisać. Nic wielkiego.
Nic wielkiego.
Mama umarła pod koniec maja. Cicho, we śnie. Przyszłam rano z bułkami, a ona leżała z głową odwróconą do okna, jakby patrzyła na kasztanowiec na podwórku. Byłam spokojna. Potem, na pogrzebie, byłam spokojna.
Na stypie, kiedy ciocia Hanka wspominała mamę młodą, też byłam spokojna. Bo tak naprawdę żegnałam się z nią od dwóch lat - kawałek po kawałku, wizyta po wizycie, każdego wieczoru.
I wtedy stryjenka Basia złapała mnie za łokieć.
"Roman był z mamą u notariusza. Darowizna. Mieszkanie" - powiedziała tak, jakby wyrzucała z siebie kości ryby. Szybko, żeby się nie zakrztusić. "Stryj Władek przypadkiem widział ich na klatce u Kowalskiego, tego notariusza na Piłsudskiego. Pytał Romana, a ten kazał mu się nie wtrącać."
Stałam przy furtce i patrzyłam na bzy. Białe, gęste, w pełnym rozkwicie. Mama sadziła je, kiedy ojciec jeszcze żył. Ponad trzydzieści lat temu.
Darowizna. Mieszkanie mamy - pięćdziesiąt dwa metry na Sokołowskiej, drugie piętro, balkon na wschód - przepisane na Romana. W marcu, kiedy mama miała lepszy dzień. Na tyle dobry, żeby podpisać. Na tyle zły, żeby nie do końca rozumieć co.
Nie zadzwoniłam do Romana tego wieczoru. Ani następnego. Przez tydzień chodziłam do pracy, podlewałam sadzonki, zamykałam szklarnię i wracałam do pustego mieszkania. Myślałam. Nie o pieniądzach - mama nie zostawiła fortuny. Myślałam o tym, jak Roman przyjechał po dwóch miesiącach ciszy, zabrał mamę na trzy godziny i pojechał z powrotem do Łodzi. Bez kawy. Bez obiadu. Bez pytania, jak sobie daję radę.
Zadzwoniłam do niego w sobotę. Był zaskoczony - bo to ja zadzwoniłam, nie on. "Roman, wiem o notariuszu" - powiedziałam spokojnie.
Cisza. Długa. Słyszałam, jak w tle jego syn gra na konsoli.
"Iwona, ja mogę ci wytłumaczyć" - zaczął. I tłumaczył. Że firma nie idzie, że ma długi, że gdyby mama nie przepisała mieszkania, to komornik mógłby... Że on chciał zabezpieczyć majątek rodzinny. Że przecież mama się zgodziła. Że on zamierzał mi powiedzieć. Kiedyś.
Słuchałam. Próbowałam zrozumieć - naprawdę próbowałam. Może nawet przez chwilę rozumiałam. Roman zawsze był tym, który się bał. Bał się ojca, bał się egzaminów, bał się konfrontacji. Może i teraz się bał - bał się stracić wszystko, więc wziął to, co było najłatwiej wziąć. Od matki, która go nie zatrzyma. W marcu, kiedy siostra nie patrzy.
"A zachówek?" - zapytałam w końcu.
"Jaki zachówek?"
"Mój, Roman. Mój zachówek."
Znowu cisza. Znowu konsola w tle.
Odłożyłam słuchawkę i usiadłam przy kuchennym stole. Na blacie stała filiżanka po kawie mamy - ta z niebieskim kwiatkiem, którą przywiozłam z jej mieszkania dzień po pogrzebie. Jedyna rzecz, którą zabrałam.
Nie wiem jeszcze, co zrobię. Mogę pójść do prawnika. Mogę walczyć o zachówek, mogę próbować podważyć darowiznę. A mogę po prostu przestać odbierać niedzielne telefony o szesnastej.
Jedno wiem na pewno. Przez dwa lata codziennie jechałam do mamy. Kąpiel, leki, kolacja. I nie żałuję ani jednego wieczoru. Nawet gdyby Roman dostał to mieszkanie i jeszcze drugie - tamtych wieczorów by mi nie zabrał.
Bzy pod furtką kwitną dalej. Mama je sadziła. var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];