W niedzielę budzę się zazwyczaj wcześniej niż w tygodniu. To mój rytuał - cisza, herbata, szlafrok, kot zwinięty w kłębek na fotelu i książka, której nie udało się dokończyć w ciągu zabieganego tygodnia.

Tamtego ranka padał drobny deszcz, było szaro i spokojnie. W kuchni pachniało tostami, a z radia cicho płynęła stara piosenka Niemena. Wszystko było tak, jak lubię.

I wtedy - dźwięk domofonu. Jeden sygnał. Potem drugi. Spojrzałam na zegarek. 7:10. Nikt nigdy nie przychodzi o tej porze. Przez chwilę wahałam się, czy w ogóle podchodzić. Ale coś mnie pchnęło do drzwi. Podeszłam i spojrzałam przez wizjer.

Zamarłam.

Stał tam mężczyzna. Z siwymi włosami, zmęczonym spojrzeniem, twarzą, którą kiedyś znałam na pamięć. Przez ułamek sekundy myślałam, że to pomyłka. Że to sąsiad, który kogoś przypomina.

Ale nie - to był Michał. Mój pierwszy narzeczony. Mężczyzna, który miał być moim mężem. I który zniknął na kilka dni przed ślubem. Po prostu przestał się odzywać. Żadnych wyjaśnień, żadnej wiadomości. Pustka.

Otworzyłam drzwi bez słowa. Przez chwilę patrzyliśmy na siebie w milczeniu.

- Cześć, Aniu - powiedział cicho.

Głos ten sam. Może trochę bardziej zachrypnięty, starszy. Ale ten sam ton, który kiedyś sprawiał, że miękły mi kolana. Stałam w szlafroku, z kubkiem w dłoni, a on trzymał w ręku stary czarny parasol i małą torbę. Wciąż milczałam.

- Wiem, że nie powinnam… - zaczął, ale przerwałam mu ruchem ręki.

- Wejdź - powiedziałam w końcu. - Ale nie oczekuj, że się ucieszę.

Weszliśmy do kuchni. Postawiłam mu herbatę, sama dolałam sobie zimnej już kawy. Usiadł naprzeciwko mnie, jak kiedyś, jakby te czterdzieści lat nie istniały. Ale istniały. I każda z tych dekad zostawiła we mnie ślad.

- Dlaczego zniknąłeś? - zapytałam w końcu, patrząc mu w oczy.

Spuścił wzrok. Przez chwilę wydawało się, że nie odpowie.

- Bałem się - powiedział w końcu. - Dostałem pracę za granicą. Dobrą, taką, której się nie spodziewałem. Tylko że trzeba było wyjechać od razu. A ja… nie miałem odwagi ci powiedzieć. Głupio to brzmi, wiem. Ale wtedy wydawało mi się, że jak po prostu zniknę, to będzie łatwiej. Dla mnie. Dla ciebie.

- Dla mnie? - powtórzyłam, nie kryjąc gorzkiego uśmiechu. - Zniknąłeś przed ślubem. Przestałeś odbierać telefony. Moja matka nie mogła na mnie patrzeć przez miesiąc, bo byłam "kompromitacją całej rodziny". A ty myślałeś, że będzie mi łatwiej?

Milczał. Kiwał głową powoli, jakby każde moje słowo wbijało mu gwóźdź w serce.
- Przez wiele lat chciałem napisać. Zadzwonić. Ale życie szło dalej. Poznałem kogoś. Potem rozstaliśmy się. Wróciłem do Polski. I ostatnio… zachorowałem. Niby nic poważnego, ale człowiek zaczyna wtedy myśleć. I poczułem, że nie mogę umrzeć, nie prosząc cię o wybaczenie.

Spojrzałam na niego długo. Widziałam zmarszczki, siwe skronie, jakieś nieznane życie wypisane na jego twarzy. Widziałam też strach - ten sam, który kiedyś kazał mu uciec. I żal.

Nie odpowiedziałam od razu. Wstałam, dolałam herbaty, usiadłam z powrotem.

- Ja też później ułożyłam sobie życie - powiedziałam spokojnie. - Mąż, dziecko, rozwód. Nic niezwykłego. Ale przez te wszystkie lata… nosiłam ten brak. Brak wyjaśnienia. Brak słowa. Jak kamień w kieszeni.

Spojrzał na mnie z cieniem nadziei.
- I?

Wzruszyłam ramionami.
- I już nie boli. Ale nie zapomniałam. Nigdy nie zapomnę.

Uśmiechnął się słabo.
- Nie oczekuję niczego. Po prostu… chciałem ci to powiedzieć. Że cię kochałem. I że żałuję.

Pokiwałam głową. Po raz pierwszy od lat poczułam… ulgę. Nie radość. Nie smutek. Po prostu - spokój.

Po godzinie wyszedł. Nie zaproponował kontaktu. Nie zostawił numeru. I dobrze. Nie potrzebowałam go już w moim życiu. Ale kiedy zamknęłam za nim drzwi i wróciłam do swojej zimnej kawy, poczułam, że coś ciężkiego właśnie się ze mnie zsunęło. Jakby ta historia, której końca nigdy nie znałam, wreszcie się domknęła. Cicho. Bez fajerwerków. Ale nareszcie.

var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];