Usłyszałam dzwonek do drzwi i otworzyłam w szlafroku. Na progu stała ona i powiedziała spokojnie: "Przepraszam… muszę pani coś powiedzieć o mężu".
Była niedziela, jeszcze przed dziesiątą. W mieszkaniu pachniało kawą, a z pokoju dzieci dobiegało ciche chrapanie. Miałam rozczochrane włosy, bose stopy na zimnych kafelkach i ten głupi spokój człowieka, który myśli, że to kurier albo sąsiadka po cukier.
Ona nie wyglądała jak ktoś, kto pomylił drzwi. Stała pewnie, z małą torebką w dłoni, bez makijażu, jakby przyszła tu z konieczności, nie z odwagi. Miała jasny płaszcz, mokre końcówki włosów i spojrzenie, które nie uciekało.
- Pani… do kogo? - zapytałam automatycznie, choć już czułam, jak żołądek zaciska mi się w twardy węzeł.
- Do pani - odpowiedziała. - Do żony Marka.
Wtedy poczułam, jakby ktoś nagle wyłączył dźwięk w całym mieszkaniu. Marek był w łazience, słyszałam szum prysznica. Wczoraj powiedział, że wróci późno, bo "chłopaki namówili go na jedno piwo". Wrócił po północy, cichy, z tym swoim "nie budź dzieci". Pocałował mnie w czoło i od razu zasnął.
Ona zrobiła krok bliżej i dodała szeptem:
- Ja nie przyszłam tu robić awantury. Ja przyszłam, bo on kłamie pani od dawna. I dzisiaj… miał nie wrócić.
Nie odpowiedziałam od razu. Stałam jak wrośnięta w próg, w szlafroku, z dłonią zaciśniętą na framudze. Ona też stała nieruchomo, tylko drżały jej palce na uchwycie torebki. W klatce schodowej było chłodno, a mimo to po plecach spływał mi gorący pot.
- Wejdzie pani na chwilę - powiedziałam w końcu, ciszej, niż myślałam, że potrafię. - Tylko proszę… bez krzyków. Dzieci śpią.
Weszła do przedpokoju, rozejrzała się szybko, jakby szukała w powietrzu słów. W kuchni stały jeszcze dwie filiżanki po wczorajszym wieczorze. Na blacie leżała deska do krojenia, okruszki chleba, mój telefon i jego ładowarka. Zwykły bałagan, zwykła niedziela.
- On mówił, że pani dla niego już nic nie znaczy - zaczęła. - Że pani już dawno z nim nie żyje. Że w domu jest tylko obowiązek i cisza. A wczoraj… wczoraj powiedział mi coś, po czym nie mogłam spać.
Przycisnęła dłoń do brzucha, jakby ją bolało.
- Powiedział: "Jutro rano wrócę do domu, powiem jej, że koniec. A ty bądź gotowa. Wreszcie będziemy normalnie". I wie pani… ja wczoraj po raz pierwszy poczułam, że ja też jestem winna. Bo ja nie chcę być tą, przez którą dzieci będą płakać. Nie chcę być tą, która wchodzi w cudze życie jak z butami.
Prysznic w łazience ucichł. Usłyszałam kroki. W gardle zrobiło mi się sucho.
- Dlaczego pani przyszła? - zapytałam. - Żeby się wybielić?
Spojrzała na mnie prosto.
- Żeby pani nie usłyszała tego od niego tak, jakby to była decyzja "z troski". On umie mówić pięknie. Potrafi zrobić z siebie ofiarę. A ja… ja wczoraj zrozumiałam, że on przez cały czas mówi każdemu to, co ten ktoś chce usłyszeć.
Drzwi łazienki skrzypnęły. Marek wszedł do kuchni w dresie, z mokrymi włosami, wycierając ręce w ręcznik. Zatrzymał się w pół kroku, kiedy zobaczył ją przy stole. Ten moment trwał może sekundę, a ja pamiętam go jak w zwolnionym tempie: jego oczy, które najpierw zapytały "co ty tu robisz", a potem natychmiast przeskoczyły na mnie, szukając ratunku.
- Co to jest? - zapytał, próbując się uśmiechnąć. - Jakiś żart?
Ona wstała.
- Nie jestem żartem, Marek - powiedziała spokojnie. - Jestem tą, której obiecałeś "normalne życie", kiedy udawałeś, że z twoim małżeństwem już i tak jest po wszystkim.
Marek spojrzał na mnie, jakby chciał uprzedzić moje słowa.
- Kochanie, daj mi powiedzieć…
- Nie mów do mnie "kochanie" - przerwałam. I sama się zdziwiłam, że mówię tak równo. - Wczoraj całowałeś mnie w czoło, a jej obiecywałeś, że dziś powiesz mi, że koniec. To jest twoje "kochanie".
Cisza była tak głośna, że usłyszałam, jak dzieci przewracają się w pokoju na drugi bok. Marek usiadł ciężko na krześle, jakby nagle stracił siły.
- Ja się pogubiłem - wyrzucił z siebie. - To nie było tak… ja nie chciałem nikogo skrzywdzić.
Ona zaśmiała się krótko, bez radości.
- To zawsze jest to samo zdanie - powiedziała. - "Nie chciałem". A jednak zrobiłeś.
Wzięła torebkę, zarzuciła pasek na ramię.
- Pani wybaczy, że przyszłam. Ale ja w tym nie zostanę - dodała do mnie. - Ja myślałam, że jestem wyjątkiem. A ja jestem tylko kolejną.
Marek podniósł się gwałtownie.
- Stój! - zawołał za nią. - Nie możesz teraz…
- Mogę - odwróciła się w drzwiach. - Bo ja też mam siebie. I już nie chcę być tą, którą trzymasz w rezerwie, kiedy w domu robisz z siebie porządnego męża.
Drzwi zamknęły się za nią cicho. Nie było trzasku. Był tylko zwykły klik zamka. Marek stał na środku kuchni, jak ktoś, komu nagle zabrano wszystkie wersje samego siebie. Spojrzał na mnie, a ja poczułam, że jestem zmęczona tak, jak nie byłam nigdy.
- I co teraz? - zapytał. - Będziesz robiła sceny? Wyrzucisz mnie?
- Teraz? - powtórzyłam. - Teraz idź się ubrać i wyjdź.
- Gdzie mam iść?
- To już jest twój problem.
Nie krzyczałam. Nie płakałam. Powiedziałam to tak zwyczajnie, jakby chodziło o śmieci wyniesione na klatkę. Może dlatego, że przez miesiące nosiłam w sobie coś ciężkiego, tylko nie chciałam tego nazywać. A teraz ktoś to nazwał za mnie, o dziewiątej pięćdziesiąt w niedzielę, w moim szlafroku.
Spakował kilka rzeczy do torby. Mechanicznie. Jak człowiek, który wciąż wierzy, że to "chwila". Kiedy wychodził, zatrzymał się w drzwiach.
- Proszę cię… - zaczął.
- Nie dziś - ucięłam. - Dziś chcę tylko ciszy.
Przez pierwsze dni chodził pod blokiem. Pisał wiadomości. Raz przyniósł dzieciom drożdżówki, jakby drożdżówki mogły przykryć to, że rozwalił mi dom. Potem przestał, bo chyba zrozumiał, że nie zamienię prawdy na jego poczucie ulgi.
O niej usłyszałam po dwóch tygodniach. Nie od niego. Od wspólnej znajomej. Powiedziała tylko: "Ona też go zostawiła".
Wtedy pierwszy raz poczułam nie satysfakcję, tylko gorzką ulgę. Że to nie ja byłam "za mało". Że to nie ja byłam problemem, tylko jego sposób życia.
Trzy miesiące później zadzwonił domofon o dwudziestej pierwszej. Dzieci już spały. Stałam w kuchni, myjąc kubki po kolacji, w tej samej ciszy, która kiedyś mnie przerażała, a teraz była jak opatrunek.
Wszedł na górę. Stał pod drzwiami. Nie miał w ręku kwiatów. Nie miał pewnego uśmiechu. Miał podkrążone oczy i jakąś bezradność, której u niego nigdy nie widziałam.
- Mogę wejść? - zapytał cicho.
Nie odpowiedziałam od razu. Otworzyłam drzwi na tyle, żeby mógł mnie zobaczyć. I żeby mógł zobaczyć, że to już nie jest ta sama kobieta, która wierzy w półprawdy.
- Ja… ja straciłem wszystko - powiedział. - I dopiero teraz widzę, co zrobiłem. Proszę cię. Wróćmy do siebie. Dla dzieci. Dla nas.
Patrzyłam na niego długo. Nie czułam triumfu. Czułam tylko ostrożność, jak przy rozbitym szkle.
- Nie wrócę "do siebie" tak po prostu - powiedziałam. - Nie po tym, co zrobiłeś.
Zbladł.
- To… to co mam zrobić?
Wzięłam oddech.
- Jeśli naprawdę chcesz coś naprawić, to zaczynamy od terapii małżeńskiej. Razem. Regularnie. I od tego, że ty mówisz prawdę. Nie miłą wersję, nie wersję dla spokoju. Prawdę.
Marek spuścił wzrok, jakby wreszcie zrozumiał, że to nie jest rozmowa o jego wygodzie.
- Zgadzam się - wyszeptał.
- I jeszcze jedno - dodałam. - Nie wracasz tu od razu. Na razie spotkania, rozmowy, praca. A potem zobaczymy, czy w ogóle umiemy być razem inaczej niż dotąd.
Stał chwilę, jakby chciał coś powiedzieć, ale nie znalazł słów. W końcu tylko kiwnął głową.
Zamknęłam drzwi. Oparłam czoło o zimne drewno i poczułam, że przede mną nie ma wielkiego happy endu. Jest długa droga. I to był pierwszy raz od miesięcy, kiedy pomyślałam, że może warto ją przejść. Ale już nie dla niego. Dla siebie. var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];