Notariusz czytał testament na głos, a ja siedziałam i czekałam. Nie wiem, na co właściwie - może na to, że mama choć raz, choć po śmierci, powie: "Renata zrobiła więcej." Ale usłyszałam co innego.

Mieszkanie przy Piłsudskiego - po połowie. Pięćdziesiąt procent dla mnie, pięćdziesiąt dla Arlety. Podniosłam wzrok na siostrę.

Siedziała po drugiej stronie biurka, wyprostowana, z torebką na kolanach, i kiwnęła głową - spokojnie, jakby ktoś jej właśnie potwierdził godzinę wizyty u dentysty. A ja otworzyłam usta i nie powiedziałam nic. Dosłownie nic. Jakby ktoś mi wyciągnął język z gardła.

Sprawiedliwie - tak to potem nazwała Arleta, już na korytarzu, zakładając płaszcz. To słowo wracało do mnie potem jak czkawka. Nie mogłam go przełknąć.

Mam na imię Renata i od dwudziestu trzech lat pracuję na poczcie - sortuję przesyłki, wydaję paczki, sprzedaję znaczki. Praca nie jest ciężka, ale monotonna, i płacą tyle, że ledwo starcza.

Moja siostra Arleta jest ode mnie młodsza o cztery lata. Skończyła ekonomię, pracuje w korporacji w Warszawie, jeździ nowym samochodem i mieszka na Mokotowie w apartamencie z dwoma łazienkami. Zawsze było wiadomo, która z nas się lepiej urządziła. Mama nigdy tego głośno nie mówiła, ale widziałam, jak patrzyła na Arletę, kiedy ta przyjeżdżała na święta - z dumą, jakiej mi nigdy nie okazała.

Przez lata to bolało, ale nauczyłam się z tym żyć. Miałam swoje - Krzyśka, dwóch synów, ogródek za blokiem, gdzie hodowałam pomidory. Nie zazdroszczenie, po prostu stwierdzenie faktu: Arleta miała więcej. Więcej pieniędzy, więcej możliwości, więcej maminej dumy.

A potem mama zachorowała.

Zaczęło się niewinnie - zapominała, gdzie położyła klucze, myliła dni tygodnia. Potem zaczęła zostawiać włączony gaz. Któregoś grudniowego wieczoru zadzwonił do mnie sąsiad z dołu, pan Mietek, że mama stoi na klatce schodowej w samej koszuli nocnej i pyta, gdzie jest tata. Tata nie żył od jedenastu lat.

Lekarz powiedział: otępienie naczyniowe. Postępujące. Potrzebuje opieki całodobowej albo domu opieki. Dom opieki w naszym regionie - kolejka na osiemnaście miesięcy, a prywatny to koszt, na który ani ja, ani mama nie mogłyśmy sobie pozwolić.

Zadzwoniłam do Arlety.

- Może złożymy się na prywatny ośrodek? - zapytałam. - Ty zarabiasz lepiej, ja dołożę, ile mogę.

Cisza w słuchawce. Potem Arleta westchnęła tym swoim sposobem, jakby tłumaczyła coś trzyletniemu dziecku.

- Renata, ja mam kredyt, mam wydatki, mam swoje życie. Nie mogę teraz dźwigać dodatkowych kosztów. Może weźmiesz urlop i się nią zajmiesz? Ty i tak masz więcej czasu.

Więcej czasu. Jakby moje życie było mniej wypełnione, bo nie jeżdżę na spotkania z klientami. Jakby moje osiem godzin przy okienku pocztowym i potem zakupy, gotowanie, sprzątanie, pomoc synowi z matmą - to było "więcej czasu".

Ale wzięłam urlop. Najpierw dwutygodniowy, potem bezpłatny. Potem kolejny. Krzysiek mówił, że nie damy rady finansowo, i miał rację. Zaczęliśmy pożyczać od jego brata. Ja spałam na kanapie w mamowym salonie, bo w nocy mama wstawała i chodziła po mieszkaniu, szukając rzeczy, które nie istniały - lalki z dzieciństwa, zeszytu z przepisami babci, kota, który zdechł dwadzieścia lat temu.

Arleta przyjeżdżała w niedziele. Regularnie, tego jej odmówić nie mogę. Przywoziła kwiaty - zawsze frezje, bo mama kiedyś lubiła frezje. Siadała na godzinę, trzymała mamę za rękę, mówiła: "Mamusiu, jak się czujesz?", a mama uśmiechała się, bo Arletę rozpoznawała prawie zawsze. Mnie - coraz rzadziej.

To był chyba najgorszy cios. Że ta kobieta, którą myłam, przebierałam, karmyłam łyżeczką, której zmieniałam pościel po nocnych wypadkach - ta kobieta patrzyła na mnie pustym wzrokiem. A na Arletę, która przyjeżdżała raz w tygodniu z kwiatkami i czekoladkami - na Arletę się uśmiechała.

Minął rok. Potem drugi. Mama trafiła w końcu na miejsce w państwowym domu opieki, ale do tego czasu ja straciłam stanowisko na poczcie - dali mi niższe po powrocie, bo ktoś musiał mnie zastąpić i ta osoba się sprawdziła. Krzysiek ledwo ze mną rozmawiał. Młodszy syn oblał klasę, bo przy całym tym chaosie nikt nie pilnował jego nauki.

Mama zmarła pół roku później. Cicho, w nocy, we śnie - pielęgniarka znalazła ją rano. A testament - jak mi potem wytłumaczył prawnik - sporządziła wcześniej, w jednym ze swoich lepszych dni, jeszcze zanim trafiła do ośrodka. Nikt mi o nim nie powiedział. Dowiedziałam się dopiero w kancelarii notarialnej, siedząc obok siostry, która nawet nie drgnęła.

- Mama chciała, żeby było sprawiedliwie - powiedziała Arleta, już w samochodzie na parkingu pod kancelarią. - Po równo. Jak zawsze.

Jak zawsze. Czy mama kiedykolwiek dzieliła coś między nas po równo? Arleta dostała kursy angielskiego, bo "jej się przyda". Arleta dostała pieniądze na studia, a ja poszłam na pocztę po maturze, bo "ktoś musi zarabiać". Arleta dostała sukienkę na studniówkę szytą u krawcowej, a ja odziedziczyłam po kuzynce.

Po równo. Pięćdziesiąt na pięćdziesiąt. Papierowo - idealna sprawiedliwość.

Tylko że ja przez dwa lata nie spałam po nocach. Straciłam stanowisko, zdrowie, prawie straciłam męża. A Arleta przywoziła frezje.

Nie powiedziałam tego Arlecie od razu. Potrzebowałam tygodnia, żeby ułożyć sobie w głowie, czego właściwie chcę. Nie chodziło o pieniądze - choć mieszkanie mamy, trzy pokoje na parterze bloku z lat osiemdziesiątych, było warte tyle, że moja połowa mogłaby pokryć dług u szwagra i jeszcze coś zostanie. Chodziło o to, żeby ktoś powiedział: tak, zrobiłaś więcej. To nie było po równo.

Zadzwoniłam do niej w środę wieczorem.

- Arleta, chcę porozmawiać o mieszkaniu.

- Co jest do rozmowy? Taki był mamy testament.

- Mama nie wiedziała, jak wyglądały te dwa lata. Nikt jej nie powiedział.

- A ty jej powiedziałaś? - głos Arlety stwardniał. - Bo ja pamiętam, jak mówiłaś mamie, że "wszystko dobrze, dajemy radę". Nie udawaj teraz męczennicy.

I wtedy mnie zamknęło. Bo miała rację - w tym jednym punkcie miała rację. Nigdy nie powiedziałam mamie prawdy. Nigdy nie powiedziałam: "Mamo, jest ciężko. Mamo, nie daję rady. Mamo, Arleta nie pomaga." Gryzłam się w język, bo nie chciałam być tą, która narzeka. Tą gorszą. Tą, która nie daje rady.

Przez trzy tygodnie nie odzywałyśmy się do siebie. Potem Arleta napisała SMS-a: "Może sprzedajmy mieszkanie i podzielmy się pieniędzmi. Po połowie. I zamknijmy temat."

Zamknijmy temat. Jakby dwa lata mojego życia to był "temat".

Nie zgodziłam się jeszcze na sprzedaż. Klucze od mamowego mieszkania leżą na stoliku w przedpokoju, pod rachunkiem za prąd. Krzysiek mówi, żebym wzięła te pieniądze i dała spokój, bo się wykończę. Może ma rację.

Ale czasem w nocy, kiedy nie mogę zasnąć - a nie mogę zasnąć nadal, bo ciało się przyzwyczaiło do czuwania - myślę o tym, że sprawiedliwość to nie jest dzielenie na pół. Sprawiedliwość to patrzenie, kto ile dźwigał. I dawanie więcej temu, kto uginał się pod ciężarem.

Mama tego nie zrobiła. Arleta tego nie widzi. A ja nie wiem, czy mam siłę walczyć o coś, czego nikt nie chce mi dać dobrowolnie.

Frezje na parapecie w mamowym mieszkaniu uschły trzy tygodnie temu. Nikt ich nie podlał. var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];