Nie wiem, jak wyrzucić brata, który nie ma dokąd iść. Stałam nad zlewem i myłam talerze po kolacji, kiedy usłyszałam, jak Darek cicho zamyka drzwi sypialni.

Nie trzasnął. Nie krzyknął. Po prostu zamknął je z takim spokojem, który u mojego męża oznaczał jedno - że podjął decyzję i nie zamierza jej zmieniać.

Wytarłam ręce w ściereczkę i przez chwilę stałam tak, patrząc na światło sączące się spod drzwi pokoju gościnnego. Tam siedział mój brat Leszek - słyszałam stłumiony dźwięk jakiegoś filmiku na telefonie. Rok temu wpuściłam go do tego pokoju na dwa tygodnie. Dwanaście miesięcy później nadal tu był, a moje małżeństwo pękało po szwach.

Leszek jest ode mnie starszy o cztery lata. Zawsze był tym, który miał być górą - starszy brat, męska ręka w domu po śmierci taty. Tyle że ta ręka najczęściej sięgała po piwo z lodówki, a nie po narzędzia.

Kiedy w zeszłym roku zadzwonił i powiedział, że Beata wyrzuciła go z mieszkania, nie byłam zaskoczona. Byłam zmęczona. Ale powiedział "Renata, błagam, nie mam gdzie iść" takim głosem, że nie umiałam odmówić. Darek wtedy westchnął, ale skinął głową. Dwa tygodnie, maksymalnie miesiąc - tak ustaliliśmy.

Mieszkamy w trzypokojowym bloku - ja, Darek i nasza szesnastoletnia Zosia. Pokój gościnny to tak naprawdę dawny pokój Kuby, naszego starszego syna, który trzy lata temu wyjechał do Gdańska na studia.

Kiedy Kuba wyjeżdżał, urządziłam ten pokój na nowo - nowa pościel, parę poduszek, mały stolik. Chciałam, żeby miał ładnie, gdy przyjeżdża na święta. Leszek rozłożył się tam pierwszego dnia i od tamtej pory ten pokój pachnie papierosami i tanim dezodorantem.

Pracuję jako księgowa w firmie budowlanej od siedemnastu lat. Znam się na liczbach. I liczby mi mówiły jasno - rachunki za prąd wzrosły o ponad jedną trzecią, woda podobnie, a Leszek codziennie brał prysznic po dwadzieścia minut. Do tego jedzenie. Niby drobnostki - ale kiedy ktoś codziennie zjada pół lodówki i nie wrzuca ani złotówki do wspólnej kasy, to te drobnostki zamieniają się w kamień na żołądku.

Przez pierwsze trzy miesiące Leszek chodził na rozmowy kwalifikacyjne. A przynajmniej tak mówił. Wychodził koło dziewiątej, wracał po południu. Darek któregoś dnia wrócił wcześniej z warsztatu i zobaczył go na ławce koło Lidla - pił kawę z automatu i przeglądał telefon. Nic nie powiedział, ale wieczorem, kiedy Leszek poszedł do siebie, Darek usiadł przy kuchennym stole i zapytał spokojnie: "Renia, jak długo jeszcze?"

Powiedziałam, że porozmawiam z bratem. I porozmawiałam. Leszek patrzył na mnie tymi swoimi zmęczonymi oczami i mówił, że rynek pracy jest trudny, że w jego wieku nikt nie chce zatrudniać, że on naprawdę się stara. Miał pięćdziesiąt dziewięć lat, wykształcenie zawodowe, całe życie pracował jako kierowca - tiry, busy, co popadło. Uwierzyłam mu, bo chciałam uwierzyć.

Potem przyszedł grudzień i wigilia. Zosia urządzała stół, ja gotowałam, Darek przyniósł choinkę. Leszek siedział w swoim pokoju do samej wieczerzy, a kiedy usiadł z nami, zaczął opowiadać o Beacie - że to ona go zniszczyła, że zabrała mu najlepsze lata. Darek milczał i łamał opłatek ze zaciśniętą szczęką. Zosia patrzyła to na mnie, to na wujka, jakby próbowała zrozumieć, dlaczego dorośli nie potrafią po prostu być normalni.

W styczniu Leszek znalazł pracę. Dowiedziałam się o tym nie od niego - od sąsiadki z dołu, pani Władzi, która widziała go w centrum, jak rozładowywał towar przed jakimś sklepem z elektroniką. Zapytałam go wieczorem. Wzruszył ramionami.

- No, dorabiam trochę - rzucił, nie odrywając wzroku od telefonu.
- To świetnie - powiedziałam ostrożnie. - Może zaczniesz się dokładać do rachunków?
- Renia, ja na rękę dostaję grosze. Ledwo na papierosy starcza.

Ale pani Władzia mówiła, że pracuje tam codziennie, od rana do wieczora. Za grosze się tak nie pracuje. Wieczorem powiedziałam o tym Darkowi. Mąż położył dłonie na stole i popatrzył na mnie tak, jak patrzy się na kogoś, komu chce się pomóc, ale nie wiadomo już jak.

- Renata, on cię wykorzystuje - powiedział cicho. - A ty mu na to pozwalasz, bo ci go żal. Ale mnie też powinno być żal. I Zosi. Mieszkamy we troje w ciasnym mieszkaniu z facetem, który nas okłamuje.

Wiedziałam, że Darek ma rację. Wiedziałam to od miesięcy. Ale za każdym razem, kiedy zbierałam się na rozmowę z Leszkiem, widziałam nie tego pięćdziesięciokilkuletniego mężczyznę przeżerającego nasz budżet - widziałam brata, który w dzieciństwie nosił mnie na barana po podwórku i odprowadzał do szkoły, kiedy tata już nie żył, a mama pracowała na dwie zmiany.

W lutym Darek postawił ultimatum. Powiedział to spokojnie, bez podnoszenia głosu, co było gorsze niż gdyby krzyczał.

- Albo Leszek się wyprowadza do końca marca, albo ja wynajmuję kawalerkę. Nie wyrzucam cię, Renia. Ale nie będę dłużej tak żył.

Zosia usłyszała. Przyszła do kuchni w piżamie, z mokrymi oczami, i powiedziała: "Mamo, ja nie chcę, żeby tata się wyprowadził." I to mnie złamało bardziej niż cokolwiek innego.

Następnego dnia poszłam do Leszka. Usiadłam na krześle przy jego - moim - stoliku i powiedziałam, że musi się wyprowadzić. Że dam mu miesiąc, że pomogę szukać pokoju, że mogę nawet dopłacić do pierwszych dwóch miesięcy wynajmu. Leszek patrzył na mnie długo, a potem powiedział coś, co utkwiło mi w głowie jak cierń.

- Znaczy, wyrzucasz mnie tak jak Beata. Rodzina.

Chciałam krzyczeć, że to nie to samo, że Beata wyrzuciła go po piętnastu latach kłamstw i nieleczenia się z alkoholem, a ja wyrzucam go, bo ratuje własne małżeństwo. Ale nie krzyknęłam. Powiedziałam tylko, że to nie jest kara - że to jest granica, którą muszę postawić.

Minęły trzy tygodnie. Leszek nie szukał pokoju. Kiedy pytałam, mówił, że ogłoszenia są za drogie, że nikt nie chce wynająć bez umowy o pracę, że on się stara. Te same słowa co zawsze. A termin Darka zbliżał się jak pociąg, którego nie da się zatrzymać.

Siedzę teraz przy kuchennym stole, jest prawie jedenasta w nocy. Za ścianą Darek nie śpi - widzę światło pod drzwiami sypialni. Za drugą ścianą Leszek ogląda coś na telefonie. Zosia śpi, albo przynajmniej udaje. A ja siedzę między nimi wszystkimi - dosłownie i w przenośni - i wiem, że cokolwiek zrobię, kogoś skrzywdzę.

Ale wiem też, że nie robienie niczego to też wybór. I chyba najgorszy z możliwych. var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];