Trzysta dwadzieścia złotych i siedemnaście groszy - tyle zostało po trzydziestu dwóch latach małżeństwa. Stałam w banku z wyciągiem w ręku i miałam wrażenie, że ktoś właśnie wyrwał pode mną podłogę.

Ryszard powtarzał to jak mantrę: "Jolka, nie ruszaj tego konta, to na czarną godzinę." Kiwałam głową i nie ruszałam. Bo ufałam. Bo przez trzydzieści dwa lata nie miałam powodu, żeby nie ufać.

Ryszard zmarł w październiku. Rozległy zawał, na parkingu przed marketem budowlanym. Nie zdążył nawet zadzwonić po karetkę. Znalazł go ochroniarz, kiedy zamykali sklep o dwudziestej pierwszej. Ja w tym czasie zmywałam gary po kolacji i zastanawiałam się, czemu mąż nie odbiera telefonu. Pewnie znowu rozmawia z Kaźkiem o płytkach do łazienki, pomyślałam.

Pogrzeb, stypa, formalności. Byłam jak automat. Córki - Agata i Paulina - przyjechały z Wrocławia, pomagały, załatwiały. Dopiero po dwóch tygodniach, kiedy opadł pył, usiadłam w kuchni i pomyślałam: trzeba ogarnąć finanse.

Od piętnastu lat pracowałam jako szefowa zmiany w zakładzie produkcyjnym na obrzeżach Krakowa. Zarabiałam nieźle, ale to Ryszard zawsze trzymał rękę na pulsie - rachunki, oszczędności, ubezpieczenia. Ja płaciłam za zakupy i swoje drobiazgi. Resztą zarządzał on.

"Na czarną godzinę" - to było nasze hasło. Ryszard odkładał regularnie, co miesiąc. Widziałam przelewy na wspólnym koncie, widziałam, jak kwoty się powiększają. Nie sprawdzałam salda, bo po co? Ufałam.

W banku pani za okienkiem popatrzyła na mnie ze współczuciem, kiedy zobaczyłam tę kwotę. Trzysta dwadzieścia złotych. Pomyślałam, że to błąd. Że jest drugie konto, o którym nie wiem. Pani sprawdziła. Nie było.

Wróciłam do domu i zaczęłam szukać.

Najpierw szuflady. Ryszard miał swoje biurko w pokoju, który nazywaliśmy gabinetem, chociaż to był kącik za regałem w sypialni. Rachunki, instrukcje obsługi do wiertarki, stare paragony z Castoramy. Nic nadzwyczajnego.

Potem szafka w przedpokoju. Papiery samochodowe, polisa ubezpieczeniowa, zaświadczenia z ZUS-u. Porządek jak w aptece.

Trzeciego dnia zajrzałam na strych.

Ryszard miał tam swój kąt - stare narzędzia, pudła po butach, jakieś części do samochodu. W jednym z pudeł, pod warstwą zakurzonych katalogów Leroy Merlin, znalazłam teczkę. Brązową, ze skóropodobnego materiału, z zatrzaskiem.

W środku były wyciągi z konta, o którego istnieniu nie wiedziałam. Osobne konto, na jego nazwisko. I historia przelewów - regularna, co miesiąc, od dziesięciu lat. Nie na żadne oszczędności. Na konto kobiety. Katarzyna Wójcik.

Siedziałam na strychu w kurtce i czapce, bo ciągnęło zimnem przez nieszczelne okienko, i czytałam te wyciągi jeden po drugim. Co miesiąc od tysiąca do dwóch tysięcy złotych. Czasem więcej - przed świętami, w wakacje. Na marginesie jednego z nich Ryszard napisał ołówkiem: "K. - czynsz + opłaty."

Czynsz. Opłaty. Utrzymywał ją.

Zadzwoniłam do Agaty, bo Agata jest tą córką, której można powiedzieć wszystko. Paulina by się rozsypała. Agata przyjechała następnego dnia, wzięła wolne w pracy, usiadła ze mną na kanapie i powiedziała: "Mamo, może to krewna? Może pomagał komuś z rodziny?"

Chciałam w to wierzyć. Bardzo chciałam.

Ale potem znalazłam zdjęcia. Na starym telefonie Ryszarda, który leżał w szufladzie nocnej szafki z rozładowaną baterią. Podłączyłam ładowarkę i po godzinie miałam przed sobą ekran z PIN-em, który znałam - rocznicę naszego ślubu, jak wszystkie jego hasła.

W galerii, w folderze oznaczonym bezsensownym ciągiem liter, były zdjęcia. On i kobieta. Brunetka, młodsza, może czterdzieści parę lat. Na jednym zdjęciu siedzą w restauracji, na innym stoją na plaży, na jeszcze innym - uśmiechają się do obiektywu w jakimś mieszkaniu. On ma na sobie tę koszulkę polo, którą kupiłam mu na urodziny.

Agata zabrała mi telefon z ręki. "Dość, mamo. Nie rób tego sobie."

Ale ja już nie mogłam przestać.

Przez następne dni dowiedziałam się więcej. Katarzyna Wójcik mieszkała w Nowej Hucie. Ryszard wynajął jej kawalerkę, płacił czynsz, kupował meble. Z dat na przelewach wynikało, że to trwało co najmniej dziesięć lat - może dłużej.

Siedzę teraz w naszej kuchni - w kuchni, której kafelki Ryszard kładł sam, bo "po co przepłacać fachowcom" - i patrzę na jego kubek, który wciąż stoi na suszarce. Niebieski, z napisem "Najlepszy tata". Agata kupiła mu na Dzień Ojca piętnaście lat temu.

Nie wyrzuciłam tego kubka. Nie potrafię.

Sąsiadka z dołu, Elżbieta, pyta, jak się trzymam. "Wiesz, Jolka, przynajmniej nie cierpiał." Kiwam głową. Nie mówię jej, że cierpię ja. Że budzę się w nocy i zastanawiam się, które wspomnienia były prawdziwe. Czy kiedy mówił "kocham cię" przed snem, myślał o mnie? Czy o niej?

Paulina dzwoni codziennie. "Mamo, tato cię kochał, nie wątp w to." Nie mam serca jej powiedzieć. Może kiedyś. Może nigdy.

Agata mówi, że powinnam zamknąć ten rozdział. "Nie szukaj więcej, mamo. To nic nie zmieni." Ma rację. Ryszard nie wróci, żebym mogła zapytać. Nie będzie kłótni, trzaskania drzwiami, płaczu. Nie będzie tłumaczenia. Jest tylko cisza i te wyciągi bankowe na strychu.

Czasem myślę, że gdybym nie szukała, żyłoby mi się łatwiej. Opłakałabym męża, przeszła żałobę i z czasem wspominała go ciepło. A teraz? Teraz nie wiem, kogo opłakuję.

Trzysta dwadzieścia złotych i siedemnaście groszy. Tyle jest warte zaufanie, jak widać. var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];