Budzik zadzwonił o piątej trzydzieści, jak co dzień, ale tym razem nie wstałam od razu. Leżałam i patrzyłam na sufit, na plamę wilgoci w kształcie Polski, którą obiecałam sobie zamalować od trzech lat.
Cisza w mieszkaniu była inna niż zwykle - taka pełna, betonowa. Bo wczoraj o tej porze już bym się ubierała, robiła termos z herbatą i sprawdzała, czy wzięłam zapasowe rajstopki dla Zosi.
Wczoraj jeszcze byłam potrzebna.
Mieszkam we Wrocławiu, na Kozanowie, w bloku z lat osiemdziesiątych, na trzecim piętrze bez windy. Schody nigdy mi nie przeszkadzały, nawet kiedy wnosiłam na górę Kubusia na jednym ręku, a w drugiej trzymałam torbę z obiadkami.
Sześćdziesiąt trzy lata i kolana jak u młodej - tak mi mówił doktor Wierzbicki na ostatniej wizycie, choć chyba trochę przesadzał. Przez dwadzieścia osiem lat stałam przy linii w fabryce sprzętu AGD jako szefowa zmiany, a kiedy poszłam na emeryturę, myślałam, że wreszcie odpocznę. Odpoczywałam dokładnie trzy miesiące.
Tomek, mój syn, zadzwonił pewnego wieczoru i powiedział: - Mamo, Anka wraca do pracy po urlopie. Nie stać nas na nianię, a żłobek... wiesz, jak jest. Pomożesz?
Wiedziałam, jak jest. Kolejki, brak miejsc, koszt. A Anka pracowała w laboratorium analitycznym na drugą zmianę i jej grafik był taki, że żaden żłobek by nie pasował. Powiedziałam "oczywiście" zanim Tomek skończył zdanie. Bo co miałam powiedzieć? To mój wnuk. Moja krew.
Kubuś miał wtedy dziewięć miesięcy. Przyjeżdżałam tramwajem numer 10 na szóstą rano, bo Anka wychodziła o szóstej piętnaście. Tomek pracował jako kierowca dostawczy i czasem wracał dopiero wieczorem.
Zostawałam z maluchem do trzeciej, czwartej, czasem do szóstej. Kąpałam, karmiłam, chodziłam na spacery po osiedlu, uczyłam kolorów, robiłam klopsiki, które Kubuś jadł tylko u babci, bo - jak twierdził - w domu są "inne".
Potem urodziła się Zosia. I zostałam na dwie zmiany.
Przez sześć lat nie byłam u fryzjera więcej niż dwa razy do roku. Przestałam chodzić na spotkania z koleżankami z fabryki, bo zawsze byłam zmęczona. Działka pod Oławą zarosła, bo nie miałam kiedy pojechać. Sąsiadka Irena pytała czasem: "Elżbieta, a ty to w ogóle żyjesz dla siebie?" Śmiałam się. Jakie "dla siebie"? Moje wnuki mnie potrzebują.
Nie narzekałam. Naprawdę. No, może raz czy dwa, kiedy Anka zrobiła mi uwagę, że Kubuś zjadł za dużo słodyczy, albo że Zosia za późno zasnęła. Przełknęłam. Bo byłam gościem w ich domu, nawet jeśli spędzałam w nim więcej godzin niż we własnym.
W zeszły poniedziałek Tomek przyjechał wieczorem. Sam, bez dzieci. Przywiózł bukiet tulipanów i butelkę wina. Usiadł przy kuchennym stole, na którym leżała ceratka w słoneczniki - pamiątka po mojej mamie - i powiedział:
- Mamo, chcemy ci podziękować. Za wszystko, co robisz. Bez ciebie byśmy nie dali rady.
Zrobiło mi się ciepło. Nalałam mu herbaty, wyjęłam sernik, który upiekłam rano. Gadaliśmy godzinę - o Kubusiu, który idzie do pierwszej klasy, o Zosi, która rysuje konie na każdej kartce. Tomek mówił, jak to jest z nimi fajnie, jak rosną. Kiedy wychodził, pocałował mnie w policzek i dodał: - Jutro Anka ci napisze. Mamy taką jedną wiadomość.
Czekałam na tę wiadomość jak na wynik badań.
Przyszła we wtorek, o jedenastej trzynaście. Pamiętam, bo właśnie obierałam ziemniaki na jutrzejszy obiad dla wnuków. Anka pisała uprzejmie, jak zawsze. Że doceniają. Że jestem wspaniałą babcią. Że nie chcą mnie dłużej obciążać. Że znaleźli nianię - studentkę pedagogiki, bardzo miłą. Że od przyszłego tygodnia nie muszę już przyjeżdżać na szóstą.
"Nie muszę."
Odłożyłam telefon i obieraczka wypadła mi z ręki prosto do zlewu. Stałam tak chwilę, z mokrymi dłońmi i suchymi oczami. Bo łzy przyszły dopiero wieczorem.
Niby powinnam się cieszyć. Mam sześćdziesiąt trzy lata, emeryturę, czas. Mogę wreszcie pojechać na tę działkę, umówić się z Ireną na kawę, iść do fryzjera kiedy chcę. Mogę wstać o ósmej. O dziewiątej. O dziesiątej. Mogę robić, co chcę.
Tylko że ja nie chcę robić nic.
W środę nikt nie zadzwonił. W czwartek Tomek wysłał zdjęcie Kubusia z nowym plecakiem. Napisałam "piękny" i emoji serduszka. W piątek zadzwoniłam sama, żeby zapytać, czy Zosia zjadła obiad. Anka powiedziała, że tak, że niania ugotowała makaron z sosem. Zosia podobno powiedziała, że jest "prawie tak dobry jak u babci". Prawie.
W sobotę poszłam na targ na Hallera. Kupiłam pomidory, pietruszkę i koperek. Stojąc w kolejce, zorientowałam się, że nie mam dla kogo gotować. Dwa pomidory dla jednej osoby to nie jest obiad, to smutna sałatka.
Irena wpadła w niedzielę. Postawiłam kawę, wyjęłam ciastka z puszki. Opowiedziałam jej wszystko. Irena pokiwała głową i powiedziała:
- Ale przecież chcieli dobrze. Myśleli o tobie.
- Wiem - odpowiedziałam. - I właśnie to jest najgorsze.
Bo gdyby mnie wyrzucili, gdyby powiedzieli, że jestem za stara, za wolna, że nie tak karmię i nie tak wychowuję - mogłabym się obrazić porządnie. Mogłabym mieć pretensje. A tak? Mieli dobre intencje. Dali mi kwiaty. Podziękowali. Wszystko zrobili jak trzeba.
A ja i tak czuję się jak mebel, który wyniesiono na klatke schodową z kartką "do oddania, stan dobry".
Tomek dzwoni co kilka dni. Zaprasza na niedzielne obiady. Kubuś rysuje mi laurki w szkole. Zosia pyta, kiedy babcia przyjedzie na noc. Anka wysyła zdjęcia.
Są mili. Są wdzięczni. Są na wyciągnięcie ręki.
Tylko że ja przez sześć lat wstawałam o piątej trzydzieści, bo miałam cel. Miałam kogo karmić, ubierać, przytulać, uczyć, uspokajać w nocy. A teraz budzik milczy, termos stoi pusty w szafce, a zapasowe rajstopki Zosi leżą w szufladzie i nikt po nie nie sięga.
Wczoraj wieczorem włączyłam telewizor. Leciał jakiś program o podróżach. Prowadzący mówił, że nigdy nie jest za późno, żeby zacząć żyć dla siebie.
Wyłączyłam pilota i poszłam spać. O dwudziestej pierwszej, bo nie miałam po co siedzieć dłużej.
Budzik nastawiłam na szóstą. Z przyzwyczajenia. A może z nadziei, że ktoś zadzwoni i powie, że niania się nie sprawdziła. var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];