Przeglądając stare zeszyty do wyrzucenia, znalazłam swój pamiętnik sprzed lat. Była w nim lista rzeczy, które chciałam zrobić przed pięćdziesiątką. Mam dziś sześćdziesiąt trzy lata. Nie zrobiłam z niej ani jednej.
Karton stał na szafie w przedpokoju od przeprowadzki, czyli od siedmiu lat. Wiedziałam, że tam jest, widziałam go codziennie rano, kiedy wkładałam buty. Ale dopiero teraz, kiedy Magda powiedziała, że w nowym mieszkaniu nie zmieści się nawet krzesło więcej, wzięłam się za porządki.
- Mamo, te zeszyty to chyba jeszcze z liceum - powiedziała, zaglądając do kartonu. - Wyrzucamy?
Chciałam powiedzieć, że tak. Ale wyciągnęłam jeden, ten z okładką w niebieskie kwiaty, i otworzyłam na chybił trafił. Na wewnętrznej stronie okładki, moim okrągłym pismem sprzed lat, było napisane: "Lista rzeczy do zrobienia przed pięćdziesiątką". Pod spodem - dziesięć punktów.
Magda wróciła do pakowania talerzy w gazetę, a ja usiadłam na podłodze w przedpokoju, plecami do ściany, i czytałam.
Nauczyć się pływać. Pojechać nad morze sama, bez rodziny. Zapisać się na kurs rysunku. Powiedzieć Jarkowi, że go kocham, bez okazji. Zacząć biegać. Przeczytać "Mistrza i Małgorzatę". Otworzyć własną pracownię. Zobaczyć Paryż. Napisać list do mamy. Przestać się bać.
Pamiętam, kiedy to pisałam. Miałam trzydzieści osiem lat, pracowałam na poczcie w Częstochowie, Magda chodziła do drugiej klasy, a Bartek jeszcze nie chodził do szkoły. Jarek dojeżdżał do pracy pod Katowice i wracał zmęczony, ale wtedy jeszcze rozmawialiśmy wieczorami. Nie o niczym wielkim. O rachunkach, o tym, że kran w łazience cieknie, o wywiadówce. Ale rozmawialiśmy.
Trzydzieści osiem lat. Coś mnie wtedy tknęło, jakaś myśl, że życie ucieka. Może przeczytałam coś w gazecie albo usłyszałam w radiu. Usiadłam wieczorem w kuchni i spisałam te dziesięć punktów. Schowałam zeszyt do szuflady i nigdy więcej go nie otworzyłam.
A potem było tak, jak zawsze. Bartek zaczął szkołę, Magda weszła w trudne lata, Jarek dostał podwyżkę i zaczął zostawać dłużej. Rachunki rosły, bo rosły zawsze.
Mama zachorowała i przez cztery lata dojeżdżałam do niej co drugi dzień do Radomska, bo brat Leszek mieszkał w Gdańsku i mówił, że nie może. Nie że nie chce - że nie może. Różnica niby jest, ale w praktyce efekt ten sam: ja jechałam, on dzwonił w niedziele.
Mama umarła w dwa tysiące trzynastym. Nie zdążyłam napisać do niej tego listu. Chociaż - czego miałam w nim szukać? Przeproszenia? Za co? Za to, że nigdy się między nami nie ułożyło tak, jak powinno? Mama mnie kochała, tylko nie umiała tego okazywać inaczej niż przez kontrolę. A ja nie umiałam się z tej kontroli wyzwolić inaczej niż przez milczenie.
Po pogrzebie Jarek powiedział, że powinnam odpocząć. Że może gdzieś pojedziemy. Powiedziałam, że dobrze. Nigdzie nie pojechaliśmy.
To nie tak, że Jarek był złym mężem. To nie tak, że nasze życie było nieszczęśliwe. Było normalne. Ciche, przewidywalne, pełne powtórzeń, które z roku na rok stawały się coraz bardziej niewidoczne. Budzik o szóstej. Kawa z mlekiem, jego czarna. Wyjście, powrót, obiad, telewizor. W sobotę zakupy, w niedzielę obiad u teściowej.
- Mamo? - Magda stała nade mną z kubkiem herbaty. - Co tam czytasz?
Podałam jej zeszyt. Przeczytała listę, a potem usiadła obok mnie na podłodze. Nic nie powiedziała. To było gorsze niż gdyby powiedziała coś okropnego.
- Nie umiem pływać do dzisiaj - odezwałam się po chwili.
- Wiem - powiedziała Magda.
- I nie byłam w Paryżu.
- Wiem, mamo.
- I nie przeczytałam "Mistrza i Małgorzatę". Kupiłam ją trzy razy, za każdym razem ktoś ją pożyczył albo gdzieś zginęła.
Magda odłożyła kubek na podłogę. Zauważyłam, że ma mokre oczy.
- Ale to nie jest tak, że zmarnowałam życie - powiedziałam szybko, bo nagle poczułam, że muszę to powiedzieć. - Wyrosłaś na cudowną kobietę. Bartek ma dobrą pracę. Z tatą przeżyliśmy czterdzieści lat.
- Mamo, przestań.
- Co?
- Przestań się tłumaczyć. Nie musisz się tłumaczyć.
Siedziałyśmy w przedpokoju, między kartonami, w mieszkaniu, które miałam opuścić za dwa tygodnie. Po trzydziestu latach. Jarek umarł trzy lata temu, cicho i bez dramatów, jak żył. Zawał w nocy. Zasnął i nie wstał. Bartek powiedział wtedy, że tata przynajmniej nie cierpiał. Nie wiem, czy to miało mnie pocieszyć.
Po jego śmierci zostałam sama w trzypokojowym mieszkaniu z kuchnią, w którym wszystko było za duże. Za dużo talerzy, za dużo ręczników, za dużo ciszy. Magda znalazła mi kawalerkę bliżej siebie i powiedziała, że tak będzie lepiej. Zgodziłam się, bo nie miałam siły się nie zgadzać.
I teraz siedziałam z tą listą w ręku i myślałam - nie o tym, czego nie zrobiłam. O tym, dlaczego nie zrobiłam.
Bo było za mało czasu? Nieprawda. Czas był. Były wieczory, były weekendy, były urlopy, które spędzałam na sprzątaniu albo u teściowej.
Bo nie było pieniędzy? Kurs rysunku kosztował pewnie tyle, co nowe buty. A książkę mogłam pożyczyć z biblioteki, w której przechodziłam obok codziennie.
Bo Jarek by nie zrozumiał? Jarek by pewnie powiedział "jak chcesz" i wrócił do gazety. Nie przeszkadzałby.
Prawda jest prostsza i gorsza: nie zrobiłam tych rzeczy, bo w pewnym momencie przestałam wierzyć, że mi się należą. Nie wiem, kiedy dokładnie. Może kiedy mama powiedziała mi po raz setny, że marzenia to nie dla takich jak my. Może kiedy zobaczyłam, jak Jarek odkłada swoje plany jeden po drugim, bez żalu, bo "tak trzeba". Może kiedy przyzwyczaiłam się do myśli, że "kiedyś" znaczy "nigdy", i przestało mnie to boleć.
- Zapisz się na basen - powiedziała Magda nagle.
- Co?
- Na basen. Jest aqua aerobik dla seniorów w poniedziałki i czwartki. Koło mojego bloku.
- Magda, ja mam sześćdziesiąt trzy lata.
- No i co?
Patrzyła na mnie tak, jak ja kiedyś patrzyłam na nią, gdy bała się pierwszego dnia w nowej szkole. Ze spokojem, który mówił: poradzisz sobie, tylko musisz wyjść za próg.
Nie odpowiedziałam. Złożyłam zeszyt i włożyłam do torby - nie do kartonu z rzeczami do wyrzucenia.
Trzy tygodnie później stałam w szatni basenu w nowym kostiumie kąpielowym, który Magda kupiła mi "na parapetówkę" w kawalerce. Miałam mokre stopy na zimnych kafelkach i serce biło mi tak, jak biło trzydzieści lat temu, gdy rodziłam Magdę.
Instruktorka - młoda, uśmiechnięta, z kucykiem - zapytała, czy ktoś jest pierwszy raz.
Podniosłam rękę.
To nie był Paryż. To nie był kurs rysunku ani list do mamy, której już nie ma. To był basen na osiedlu, w poniedziałkowe popołudnie, w mieście, w którym mieszkam od miesiąca.
Ale kiedy woda dotknęła moich kolan, pomyślałam sobie: lepiej późno.
I od razu poprawiłam się w myślach: nie późno. W sam raz. var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];