Syn co miesiąc pożycza ode mnie "do pierwszego" i mówi, że zaraz odda. Wczoraj, szukając okularów, znalazłam swój stary kalendarz, w którym kiedyś te pożyczki notowałam. Przejrzałam cały rok. Nie oddał ani razu.

Kalendarz leżał pod stertą gazet w dolnej szufladzie sekretarzyka - ten stary, z apteki, z widokiem Jasnej Góry na okładce. Szukałam okularów do czytania, bo drugie gdzieś mi się zapodziały, a tu on - otwarty na marcu ubiegłego roku.

I ta moja ręka, drobne litery ołówkiem w rogu kartki: "Bartek - 300 zł - odda do 5-go". Poniżej nic. Żadnej adnotacji, że oddał. Przewróciłam na kwiecień. "Bartek - 200 zł". Maj. "Bartek - 400 zł - pilne, na warsztat". I tak dalej, miesiąc po miesiącu, aż do grudnia. Dwanaście wpisów. Przy żadnym nie było dopisku "oddane".

Usiadłam na kanapie z tym kalendarzem na kolanach i przez dłuższą chwilę nie mogłam się ruszyć. Nie dlatego, że mnie zaskoczyło - gdzieś w środku wiedziałam. Ale jedno to wiedzieć, a drugie to zobaczyć czarno na białym, własnym pismem, miesiąc po miesiącu.

Mam na imię Lucyna, od dwóch lat jestem na emeryturze. Wcześniej prowadziłam mały zakład fryzjerski przy Alei Najświętszej Maryi Panny w Częstochowie - jeden fotel, lustro jeszcze po poprzedniej właścicielce, ale klientki przychodziły regularnie, bo robiłam dobrze i niedrogo.

Zamknęłam, kiedy kolana odmówiły posłuszeństwa po trzydziestu latach stania. Emerytura wyszła taka, że starczało na rachunki i skromne życie, ale nie na żadne szaleństwa. Każda dodatkowa wydana złotówka bolała.

Bartek jest moim jedynym synem. Ma trzydzieści osiem lat, jeździ tirem na trasach krajowych. Dwa lata temu rozwiódł się z Agnieszką - spokojnie, bez awantur, po prostu się rozeszli.

Wnuczka Hania została z matką w Radomsku, Bartek wynajął kawalerkę tu, w Częstochowie, żeby być bliżej mnie. Przynajmniej tak powiedział. Wtedy byłam wzruszona. Syn wraca do matki, będziemy się wspierać.

Pierwsze pożyczki zaczęły się niedługo po przeprowadzce. Bartek wpadał w niedzielę na obiad, pomagał mi z zakupami, naprawiał kran, a potem, zawsze jakoś między kompotem a myciem naczyń, mówił:

- Mamo, pożycz mi do pierwszego, dobrze? Trochę mi się nie spięło w tym miesiącu.

Dawałam. Jasne, że dawałam - to mój syn, rozwiedziony, sam w obcym mieszkaniu, pewnie alimenty, pewnie kaucja, pewnie sto rzeczy, o których matka nie wie. Nie pytałam o szczegóły. Nie chciałam go zawstydzać.

Do pierwszego przychodziło i odchodziło. Bartek nie oddawał, ale zawsze miał wytłumaczenie. Że przelew się opóźnił. Że szef nie zapłacił za nadgodziny. Że musiał kupić opony. Ja kiwałam głową i po dwóch tygodniach znowu dawałam, bo znowu prosił.

W którymś momencie - chyba właśnie w marcu ubiegłego roku - zaczęłam notować. Nie wiem nawet dlaczego. Może coś mi zaświtało, że powinnam mieć jasność. Może to był odruch fryzjerki, która przez trzydzieści lat prowadziła zeszyt z zapiskami klientek - kto kiedy, jaki kolor, ile zapłacił. Nawyk porządku.

Notowałam ołówkiem, żeby nie rzucało się w oczy. Gdyby Bartek zobaczył, pomyślałby, że mu nie ufam. A ja mu ufałam. Po prostu chciałam wiedzieć.

Teraz wiedziałam. Przejrzałam cały rok i wynik był jednoznaczny.

Policzyłam - bo te ołówkowe notatki miały konkretne liczby. Suma, która wyszła, zabolała bardziej niż sam fakt. To było kilka moich emerytur. Pieniądze, które odkładałam na nową pralkę, na wyjazd do sanatorium, na prezent komunijny dla Hani. Pieniądze, których mi po prostu brakowało, a ja nie umiałam sobie wytłumaczyć dlaczego - skoro niby żyję skromnie, a ciągle nie starcza.

Zadzwoniłam do Bartka tego samego wieczora. Nie od razu - najpierw zrobiłam sobie herbatę, usiadłam, odetchnęłam. Nie chciałam krzyczeć. Nie chciałam płakać. Chciałam po prostu zapytać.

- Bartek, pamiętasz, ile razy pożyczałeś ode mnie pieniądze w zeszłym roku?

Cisza. Słyszałam, jak w tle gra mu telewizor.

- No, mamo, parę razy. Ale przecież zawsze mówię, że oddam.

- Mówisz. Ale nie oddajesz.

- Oddam, mamo. Po prostu teraz jest ciężko, wiesz, alimenty, wynajem...

- Bartek, ja to wszystko zapisywałam. Mam kalendarz.

Znowu cisza. Dłuższa.

- Notowałaś? - powiedział takim tonem, jakbym go zdradziła. Jakby problem nie był w tym, że nie oddaje, tylko w tym, że ja to sprawdzam.

- Tak. Notowałam. I nie oddałeś ani razu.

Bartek się rozłączył. Nie oddzwonił tego wieczora. Ani następnego dnia.

Przez trzy dni siedziałam w tym mieszkaniu i toczyłam ze sobą rozmowę, którą powinnam była przeprowadzić dawno. Czy jestem złą matką, że policzyłam? Czy powinnam była dalej udawać, że nie widzę?

Koleżanka Wanda, z którą chodziłyśmy razem do technikum, powiedziała mi kiedyś, że pożyczanie dzieciom to jak podlewanie kwiatka - robisz to, bo kochasz, nie dlatego, że kwiatek ci za to podziękuje. Ale ile można podlewać, kiedy w doniczce jest dziura, i woda po prostu przecieka?

Bartek odezwał się w czwartek. Napisał SMS-a: "Mamo, możemy pogadać?"

Przyszedł w sobotę. Stał w progu z siatką, w której były banany i mleko - bo zawsze mi przynosił banany i mleko, jakby to rekompensowało wszystko.

Usiadł przy kuchennym stole, na tym samym krześle co zawsze, i długo patrzył w okno. Ja nie zagadywałam, czekałam.

- Mamo, ja nie chciałem cię oszukiwać - zaczął w końcu. - Po prostu... za każdym razem myślałem, że następny miesiąc będzie lepszy. Że się ogarnę. I że wtedy oddam wszystko naraz. A potem znowu brakowało i było mi wstyd prosić, ale jeszcze bardziej wstyd nie prosić, bo wtedy musiałbym powiedzieć, jak naprawdę wygląda moja sytuacja.

Patrzyłam na niego i widziałam chłopca, który w trzeciej klasie schował sprawdzian z trójką za szafę, bo obiecał mi, że dostanie piątkę. Tę samą twarz miał teraz - poczucie winy zmieszane z nadzieją, że mama jakoś to wyprostuje.

- Bartek, ja nie jestem bankiem - powiedziałam. - Mam emeryturę. Jedną. I ty ją dostajesz kawałek po kawałku, a ja potem nie mogę sobie kupić porządnych butów na zimę.

Spuścił głowę.

- Wiem.

- Nie chcę, żebyś mi oddawał - powiedziałam, choć kosztowało mnie to dużo. - Nie tę sumę. To nie jest pożyczka, Bartek. To były prezenty, bo ja za każdym razem wiedziałam w głębi duszy, że nie zobaczę tych pieniędzy. Ale chcę, żebyś przestał mówić, że oddasz. Bo to jedyne, co mnie naprawdę boli - nie pieniądze, tylko kłamstwo.

Siedzieliśmy potem długo przy tej herbata. Bartek opowiadał mi rzeczy, o których wcześniej nie mówił - że Agnieszka chce zwiększyć alimenty, że samochód zjada więcej niż zarabia, że myślał o drugiej pracy, ale wtedy nie miałby kiedy jeździć do Hani.

Słuchałam i rozumiałam. Naprawdę rozumiałam - sama po śmierci męża Zygmunta ciągnęłam ten zakład fryzjerski na strzępach nerwów, bo alternatywą był ZUS i czekanie na cud.

Ale zrozumienie to jedno. A dawanie pieniędzy, których się nie ma, to drugie.

Kiedy wychodził, powiedział:

- Mamo, nie będę już pożyczał. Obiecuję.

Uśmiechnęłam się, bo co innego mogłam zrobić. On też obiecywał, że odda.

Ten kalendarz leży teraz na wierzchu sekretarzyka. Nie chowam go. Nie wyrzucam. Może dlatego, że jest jedynym dowodem na to, że przez cały rok robiłam coś, o czym powinnam była powiedzieć głośno - liczyłam straty.

A może dlatego, że wierzę, iż nowy rok będzie pusty. Że nie będzie w nim żadnych ołówkowych notatek. Choć gdybym miała postawić na to swoje ostatnie pieniądze - nie postawiłabym.

Są takie rzeczy, których matka nie powie synowi. Na przykład to, że kiedyś przestajesz wierzyć w jego obietnice - i że to boli bardziej niż brak pieniędzy. Bo pieniądze to tylko pieniądze. A zaufanie do własnego dziecka - to coś, czego nie da się odłożyć na konto, ale kiedy zniknie, czujesz to jak pustą szufladę, w której kiedyś było coś ważnego. var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];