Siostra pożyczyła ode mnie osiem tysięcy na leczenie szwagra - płakała, że prywatnie będzie szybciej. W środę spotkałam szwagra w kolejce w aptece: wykupywał leki na ciśnienie za piętnaście złotych. Powiedział, że zdrowy jest, odpukać.
- Halina, co ty tu robisz? - usłyszałam i poczułam, jak mi nogi miękną.
Janusz stał przede mną w kolejce w aptece na Żytniej z jedną małą torebeczką w ręce. Uśmiechnięty. Wypoczęty. W nowej kurtce, którą wcześniej nie widziałam. Ten sam Janusz, na którego leczenie moja siostra Danuta pożyczyła ode mnie osiem tysięcy złotych sześć tygodni temu, płacząc tak, że ledwo mogłam zrozumieć, o co chodzi.
- Cześć, Janusz - wydusiłam. - A ty co, jakieś leki?
- A, na ciśnienie - machnął ręką. - Rutyna. Piętnaście złotych, tyle co nic. A tak to zdrowy jestem, odpukać.
Odpukał w ladę. Farmaceutka uśmiechnęła się do niego jak do stałego klienta. Ja tymczasem stałam z receptą na krople do oczu i czułam, jak mi w głowie zaczyna się robić ciasno od myśli, które lepiej by było nie dopuszczać.
Zdrowy. Piętnaście złotych. Odpukać.
Tamtego wtorkowego wieczoru, kiedy Danuta zadzwoniła do mnie z płaczem, było zupełnie inaczej. Byłam po zmianie w sklepie, bolały mnie nogi, chciałam tylko herbaty i spokoju. Danuta mówiła urywanymi zdaniami, że Janusz ma coś z nerkami, że na NFZ trzeba czekać trzy miesiące, że prywatnie wezmą go od razu, ale potrzebują pieniędzy, bo ich oszczędności poszły na remont łazienki w zeszłym roku.
- Halina, ja cię błagam, ja ci oddam, to kwestia życia - powtarzała.
Kwestia życia. Tak powiedziała. Pamiętam, bo te słowa sprawiły, że wstałam z kanapy, otworzyłam szufladę w komodzie i wyciągnęłam kopertę z pieniędzmi, które odkładałam na wymianę okien. Osiem tysięcy. Dwa lata oszczędzania po trzysta, czterysta złotych miesięcznie, kiedy zostawało.
Następnego dnia pojechałam do Danuty. Wzięła kopertę obiema rękami, przycisnęła do piersi, płakała. Janusz siedział w drugim pokoju przed telewizorem, nie wyszedł nawet przywitać się. Pomyślałam wtedy, że pewnie mu wstyd, że żona musi pożyczać od rodziny. Nie przyszło mi do głowy, żeby zapytać go wprost.
A teraz stał przede mną w aptece, zdrowy jak koń, z lekami za piętnaście złotych. I uśmiechał się.
Wróciłam do domu i usiadłam przy kuchennym stole z telefonem w ręce. Trzy razy odblokowywałam ekran i trzy razy go blokowałam. Chciałam zadzwonić do Danuty, ale nie wiedziałam, od czego zacząć. Od pytania? Od oskarżenia? Od tego, że stoję w aptece i dowiaduję się, że moje pieniądze nie poszły na żadne leczenie?
Nie zadzwoniłam. Zamiast tego zaczęłam myśleć.
Danuta jest ode mnie młodsza o cztery lata. Całe życie tak było, że to ja się nią opiekowałam - najpierw jako starsza siostra, potem jako ta, która lepiej sobie radzi. Bo ja radziłam sobie lepiej, przynajmniej na papierze.
Praca w sklepie spożywczym we Włocławku, którą trzymałam od dwudziestu lat, kawalerka na osiedlu po mamie, drobne oszczędności. Danuta miała Janusza, dom pod miastem i syna Patryka, który miał być ich dumą.
Patryk. Kiedy o nim pomyślałam, coś mi zaskoczyło.
Ostatni raz widziałam go na imieninach Danuty w styczniu. Był blady, rozkojarzony, wyszedł przed deserem. Danuta tłumaczyła, że dużo pracuje, że zmęczony. Ale kiedy pytałam, co robi, odpowiadała wymijająco. Kiedyś chwalił się firmą - miał coś z naprawą telefonów, potem coś z handlem w internecie. Ostatnio cisza.
Następnego dnia po spotkaniu w aptece poszłam do sklepu jak zwykle. Sprzedawałam chleb, masło, papierosy i myślałam o Danusi. Między jedną klientką a drugą wyjęłam telefon i napisałam jej krótko: "Spotkałam wczoraj Janusza w aptece. Mówi, że zdrowy. Porozmawiajmy."
Odpowiedź przyszła po trzech godzinach. "Halina, to nie tak jak myślisz."
To zdanie mnie zmroziło. Bo ono znaczyło jedno - że jest coś do tłumaczenia.
Spotkałyśmy się w sobotę u mnie. Danuta przyszła bez Janusza, w starej kurtce, z oczami podkrążonymi tak, że żaden krem tego nie zakryje. Usiadła przy stole, ja postawiłam herbatę i czekałam. Nie zamierzałam ułatwiać.
Milczała dwie minuty. Potem zaczęła mówić i to, co usłyszałam, było gorsze niż kłamstwo o leczeniu Janusza.
- Patryk ma długi - powiedziała cicho. - Duże. Wziął jakieś szybkie pożyczki przez internet, jedną na drugą, myślał, że się wykręci. Przyszli do niego ludzie.
- Jacy ludzie?
- Z firmy windykacyjnej. Dzwonili do domu. Janusz nie wie.
Patrzyłam na nią i czułam jednocześnie złość i litość. Złość, bo mnie okłamała. Litość, bo widziałam, jak się trzęsie.
- Ile? - zapytałam.
- Z odsetkami ponad dwadzieścia tysięcy.
Zamknęłam oczy. Osiem tysięcy, które jej dałam, to nawet nie była połowa.
- Dlaczego mi nie powiedziałaś prawdy?
- Bo Patryk mnie prosił, żebym nikomu nie mówiła. Bo się wstydzi. Bo miałam nadzieję, że jak spłacimy te największe, to resztę jakoś rozłożymy na raty i nikt się nie dowie.
- I wymyśliłaś chorobę Janusza.
Skinęła głową. Herbata stygła na stole, żadna z nas jej nie tknęła.
Powinnam była krzyczeć. Miałam prawo. Osiem tysięcy to dla mnie nie "jakaś kwota" - to dwa lata wyrzeczeń, odmówionych sobie nowych butów, odłożonego wyjazdu nad morze, naprawiania kranu samodzielnie zamiast wezwania hydraulika. Ale patrzyłam na Danutę i widziałam nie kłamczynię, tylko matkę, która próbowała ratować dziecko jedynym sposobem, jaki znała.
Nie znaczy to, że jej wybaczyłam. Przynajmniej nie wtedy.
- Chcę wiedzieć jedną rzecz - powiedziałam. - Czy Patryk wie, skąd te pieniądze?
- Nie. Myśli, że wzięłam z oszczędności.
- Jakich oszczędności, Danuta? Mówiłaś mi, że wszystko poszło na łazienkę.
Spuściła głowę. I wtedy zrozumiałam, że łazienka pewnie też była wymyślona. Albo przynajmniej jej koszt - zawyżony na potrzeby alibi. Jedna warstwa kłamstwa pod drugą, jak stare tapety w bloku, które odrywasz i pod spodem jest następna.
Wyszła ode mnie po godzinie. Nie umówiłyśmy się na nic konkretnego. Powiedziałam jej tylko jedno: że chcę, żeby Patryk sam do mnie zadzwonił i powiedział, co zamierza z tym zrobić. Nie pożyczka, nie pomoc - rozmowa.
Patryk zadzwonił po tygodniu. Głos miał taki, jakiego nigdy u niego nie słyszałam - cichy, zmęczony, bez śladu tego chłopaka, który kiedyś pokazywał mi z dumą swoją pierwszą wizytówkę. Przeprosił. Powiedział, że umówił się z firmą windykacyjną na raty. Że podjął dodatkową pracę na nocki w magazynie. Że oddadzą.
- Oddadzą - powtórzyłam.
- Oddamy, ciociu. Ja oddam.
Minęły trzy miesiące. Danuta przelała mi pierwszą ratę - tysiąc złotych. Bez słowa, tylko przelew z tytułem "1/8". Potem drugi - znowu tysiąc. Patryk rzeczywiście pracuje, Danuta mi to potwierdziła, choć rozmawiamy teraz krócej i ostrożniej niż kiedyś.
Okien nie wymieniłam. Stare jeszcze postrzymają zimę, a może i dwie. Za to coś się zmieniło w tym, jak patrzę na Danutę. Kiedyś myślałam, że ją znam - że jest tą młodszą siostrą, która zawsze potrzebuje pomocy, ale przynajmniej mówi mi prawdę. Teraz wiem, że potrafi kłamać tak, że łzy są prawdziwe, a historia wymyślona.
Nie wiem, czy to znaczy, że jest gorszą osobą. Może to znaczy, że jest matką. A matki potrafią kłamać lepiej niż ktokolwiek inny, kiedy chodzi o ich dzieci.
Nie powiedziałam jej tego. Może kiedyś powiem. Na razie czekam na przelew numer trzy.
var adsinserter = adsinserter || {};
adsinserter.tags = ['fulladsnew'];