Syn śmiał się, że w moim wieku rower to "do sklepu i z powrotem". W sierpniu pojechałam z parafią na pielgrzymkę rowerową na Jasną Górę - sto dziesięć kilometrów. Syn przyjechał po mnie autem, "na wszelki wypadek". Wrócił pustym autem. Ja rowerem.
Syn mówił to z uśmiechem, ale ja słyszałam coś pod spodem. Troskę - owszem. Ale też przekonanie, że matka w pewnym wieku powinna siedzieć na ławce, obierać ziemniaki i czekać na odwiedziny wnuków. Bartek miał trzydzieści osiem lat i od kiedy został jedynym mężczyzną w rodzinie, zaczął mnie traktować jak porcelanową figurkę. Krucha, cenna, do postawienia na półce.
Rower kupiłam rok po śmierci Władka. Stał na balkonie, przykryty plandeką, i przez pierwsze trzy miesiące nawet na niego nie siadłam. Dopiero w maju, kiedy wieczory zrobiły się ciepłe, a ja po kolacji nie miałam z kim zamienić słowa, zeszłam go na dół.
Pierwszego dnia dojechałam do parku na drugim końcu miasta i z powrotem - może cztery kilometry. Kolana bolały, puls wariował, ale coś we mnie drgnęło. Coś, co przez dwa lata żałoby siedziało zwinięte w kłębek.
- Mamo, uważaj na tych ścieżkach - mówił Bartek przez telefon. - Ludzie na hulajnogach jeżdżą jak warci.
Nie odpowiadałam, że to właśnie hulajnogi mobilizowały mnie do lepszych refleksów. Po dwóch miesiącach robiłam dwadzieścia kilometrów dziennie. Po czterech - jeździłam trasy za miasto, wzdłuż rzeki, po polnych drogach. Czterdzieści lat uczyłam biologii w liceum, a teraz wreszcie robiłam to, o czym opowiadałam dzieciakom - obserwowałam naturę w ruchu, nie ze zdjęć w podręczniku.
O pielgrzymce dowiedziałam się od Teresy, sąsiadki z klatki. Teresa chodziła do mojej parafii, znała proboszcza Marka i wiedziała o wszystkim pierwsze.
- Jadzia, w tym roku jadą na rowerach. Na Jasną Górę, na piętnaście sierpnia. Zapisuję cię.
- Zwariowałaś? Ile to kilometrów?
- Sto dziesięć. Ale jadą dwa dni, z noclegiem w sali gimnastycznej szkoły po drodze. Żadne wyścigi - spokojne tempo, z postojami, z towarzyszącym busem na wypadek, jakby ktoś nie dał rady.
Nie powiedziałam od razu tak. Nie powiedziałam od razu nie. Przez tydzień sprawdzałam trasę na komputerze, liczyłam kilometry, czytałam na forach, co piszą ludzie, którzy jeżdżą daleko. Kupiłam nowe siodełko, bo stare było za twarde na dłuższe trasy. I dopiero wtedy powiedziałam Teresi, że jadę.
Bartkowi powiedziałam dwa tygodnie przed wyjazdem. Przy niedzielnym obiedzie, między zupą a schabowym. Myślałam, że łatwiej mu będzie przyjąć to przy jedzeniu.
- Mamo, ty chyba żartujesz - odłożył widelec. - Sto dziesięć kilometrów? W sierpniu? Ty masz sześćdziesiąt cztery lata.
- Wiem, ile mam lat, Bartek.
- Tata by ci nie pozwolił.
To było jedyne zdanie, które naprawdę zabolało. Bo Bartek nie wiedział, że Władek - jego ojciec, mój mąż przez trzydzieści siedem lat - kupił mi kiedyś na imieniny atlas tras rowerowych po Polsce.
Schowałam go po pogrzebie do szuflady, bo nie mogłam na niego patrzeć. Ale pamiętałam, co napisał na dedykacji: "Żebyś wreszcie zobaczyła coś więcej niż drogę do szkoły. Twój W." Właśnie to teraz robiłam.
Nie kłóciłam się z synem. Powiedziałam tylko, że jadę, że jest bus towarzyszący, że proboszcz Marek jedzie razem z grupą i ma defibrator w plecaku. Bartek patrzył na mnie tak, jakbym mu oznajmiła, że idę na biegun.
Wyjechaliśmy szóstego sierpnia o piątej rano. Dwadzieścia dwie osoby, najstarsza - siedemdziesięcioletni pan Zdzisław, emerytowany stolarz, który jeździł na rowerze od podstawówki i twierdził, że jeszcze sto lat pociągnie. Teresa jechała obok mnie i przez pierwszy odcinek stresowała się bardziej ode mnie.
Nie będę opisywać każdego kilometra. Powiem tylko, że po pierwszych trzydziestu zaczęły boleć mięśnie, o których istnieniu nie wiedziałam. Po pięćdziesięciu - na postoju przy kościele w jakimś miasteczku - zastanawiałam się, czy nie wsiąść do busa. Siedziałam na ławce przed plebanią, piłam wodę i patrzyłam na rower, który stał oparty o latarnię. Wyglądał beztrosko. Ja nie.
Ale potem ruszyłam. Bo Teresa powiedziała coś, co mnie rozśmieszyło:
- Jadzia, jak wsiądziesz do busa, to ja też, a ja nie chcę siedzieć z proboszczem dwie godziny - on gada o dachówkach na kościele.
Drugiego dnia było łatwiej. Ciało się przyzwyczaiło, droga była bardziej płaska, a ja zaczynałam wierzyć, że dam radę. Kiedy zobaczyłam wieżę Jasnej Góry nad drzewami, poczułam coś, czego nie potrafiłam nazwać. Nie triumf. Raczej ciszę. Taką wewnętrzną ciszę, jakby ktoś wyłączył szum, który huczał mi w głowie od dwóch lat.
Na parkingu pod klasztorem stał biały volkswagen Bartka. Oparty o maskę, z rękami w kieszeniach, wyglądał jak chłopak czekający na matkę po szkolnej wycieczce.
- Wsiadaj, mamo. Odpoczniesz, odwiozę cię do domu.
Spojrzałam na niego. Na samochód. Na rower. Na wieżę za murami.
- Bartek, ja wracam tak, jak przyjechałam.
- Mamo...
- Jedź. Dam sobie radę.
Widziałam, jak mu to ciężko. Nie ze złości - z bezradności. Przywykł do roli tego, który ratuje, organizuje, zabezpiecza. A ja właśnie powiedziałam mu, że nie potrzebuję ratunku.
Wrócił pustym autem. Ja wróciłam rowerem, z Teresą i resztą grupy, przez dwa dni, z noclegiem w tej samej sali gimnastycznej, z tym samym bólem w kolanach i z tą samą ciszą w głowie.
Kiedy podjechałam pod blok, na ławce pod klatką siedział Bartek z Olą i dziećmi. Mała Hania trzymała kartkę z napisem "Babcia mistrzyni". Bartek wstał, podszedł i powiedział cicho:
- Tata by był dumny.
To było więcej niż przeprosiny. To było zrozumienie.
Od tamtego sierpnia minął rok. Jeżdżę dalej - nie tylko do sklepu i z powrotem. Teresa namawia mnie na trasę wzdłuż Wisły. Pan Zdzisław proponuje wspólny rajd do Zakopanego. Bartek kupił mi na urodziny lampkę rowerową i kamizelkę odblaskową.
Nie napisał na niej dedykacji. Ale ja wiedziałam, co by napisał Władek: "A nie mówiłem?" var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];