Budzę się o czwartej - wiek. O piątej w piekarni naprzeciwko zapala się światło: pan Edek rozpala piece. Macha mi przez ulicę, ja jemu. Dwa świecące okna na całe osiedle. W środę przysłał przez ucznia jeszcze ciepłą chałkę. "Dla tej pani, co czuwa ze mną".

Najpierw zapach. Tak cienki, że trzeba stać przy uchylonym oknie i wstrzymać oddech - wtedy go czujesz.

Drożdżowe ciasto, karmelizująca się skórka, coś słodkiego, czego nie potrafię nazwać. Codziennie o piątej ten zapach przepływa przez ulicę Kościuszki i wchodzi do mojego mieszkania na drugim piętrze.

Zanim pojawił się zapach, była ciemność. I cisza tak gęsta, że słyszałam własne serce.

Od dwóch lat budzę się o czwartej. Lekarze mówią: wiek, hormony, ciśnienie. Córka mówi: mamo, weź te tabletki na sen. Siostra mówi: to przez to, że siedzisz sama w tym mieszkaniu. Każdy ma swoją teorię. Ja mam swoją: budzę się, bo nie ma komu powiedzieć dobranoc.

Stanisław umarł w lutym, dwa lata temu. Trzydzieści osiem lat razem, i nagle - pusty pokój, zimna pościel, zegar na ścianie, który tyka tak głośno, jakby ktoś w niego walił pięścią. Przez pierwsze miesiące włączałam telewizor na całą noc. Potem radio. Potem przestałam udawać, że cokolwiek pomaga, i zaczęłam po prostu leżeć z otwartymi oczami, patrząc w sufit.

Mam na imię Zofia, mam sześćdziesiąt trzy lata i przez dwadzieścia pięć lat byłam szefową zmiany w fabryce opakowań pod Częstochową. Wstawanie o świcie mam we krwi - ale tamto wstawanie miało cel. Teraz budzę się w ciemność, która nie potrzebuje mnie do niczego.

Piekarnię pana Edka zauważyłam dopiero po śmierci Stanisława. Znaczy - wiedziałam, że jest. Kupowałam tam chleb, bułki na niedzielę, makowiec na święta. Ale nigdy nie widziałam jej o piątej rano, kiedy jest jeszcze ciemno, a w całym oknie na dole zapala się ciepłe, pomarańczowe światło. Jakby ktoś zapalił świecę wielkości piekarni.

Pewnego ranka, w marcu tamtego pierwszego roku, stałam przy oknie z kubkiem herbaty i zobaczyłam, jak pan Edek wychodzi na chwilę przed piekarnię. Zapalił papierosa, rozejrzał się po pustej ulicy - i spojrzał w górę. Prosto na moje okno. Wiedział, że tam jestem. Pewnie widział światło.

Pomachałam. Odruchowo, bez myślenia, jak się macha sąsiadce na klatce schodowej.

On pomachał.

I tyle. Wrócił do środka, ja wypiłam herbatę. Ale następnego ranka znowu stałam przy oknie. I następnego. I pan Edek wychodził, zapalał papierosa, machał. Czasem unosił kubek - znak, że on też pije. Czasem ja unosiłam swój. Dwa kubki w powietrzu, oddzielone ulicą, ciemnością i ciszą.

Córka Kasia przyjeżdża z Wrocławia co drugi weekend. Przy ostatniej wizycie powiedziałam jej o panu Edku.

- Macha ci? Codziennie? - Kasia uniosła brwi. - Mamo, a nie pomyślałaś, że on może...

- Nie - przerwałam jej od razu. - To nie jest takie. To jest jak... dwa świecące okna na całe osiedle. Rozumiesz?

Nie rozumiała. Ma trzydzieści pięć lat, męża, dwójkę dzieci i problemy, które mają rozwiązania. Jeszcze nie wie, jak to jest, kiedy jedyny problem to pustka, a jedyne rozwiązanie to czas, który i tak nie pomaga.

O panu Edku wiedziałam niewiele. Że prowadzi piekarnię od piętnastu lat. Że miał żonę, Wandę, która pomagała za ladą, ale odeszła - nie umarła, po prostu odeszła, do siostry do Opola, i nie wróciła. Że ma ucznia, Łukasza, chłopaka z technikum, który przychodzi na szóstą i nosi mąkę z magazynu. Że piecze najlepszy chleb na Kościuszki i że w piątki robi chałki, na które ustawia się kolejka.

To wszystko wiedziałam od pani Heleny z parteru, która wie o wszystkich wszystko, i od pani w kiosku, i od samego chleba, który mówi o człowieku więcej niż plotki.

Mijały miesiące. Nasze machanie stało się tak naturalne jak budzik, którego nie trzeba nastawiać. Czasem pan Edek wystawiał kciuk do góry - dobry dzień. Czasem ja kiwałam głową - u mnie też w porządku.

Raz, w listopadzie, kiedy padał zimny deszcz, nie wyszedł. Stałam przy oknie do szóstej, z sercem w gardle. Okazało się, że miał grypę. Łukasz prowadził piekarnię sam. Kiedy pan Edek wrócił po tygodniu, pomachałam tak energicznie, że omal nie wylałam herbaty na parapet.

A potem przyszła ta środa.

Był kwiecień, bzy pod moim oknem zaczynały kwitnąć, powietrze pachniało wilgocią i obietnicą. Stałam przy oknie jak zwykle, kiedy o wpół do siódmej zadzwonił dzwonek do drzwi. Otworzyłam - Łukasz, chłopak pana Edka, z papierową torbą w ręku i miną kogoś, kto wykonuje poważną misję.

- Dzień dobry. Pan Edek kazał przekazać - powiedział i podał mi torbę.

W środku była chałka. Jeszcze ciepła, ze złotą skórką, pachnąca tak, że nogi się pode mną ugięły. A na torbie, napisane niebieskim długopisem, trochę krzywo, bo pisane pewnie na blacie posypanym mąką:

"Dla tej pani, co czuwa ze mną."

Nie płakałam. Chcę to powiedzieć wyraźnie - nie płakałam, bo to nie był smutek. To było coś, na co nie mam dobrego słowa. Jakby ktoś powiedział: widzę cię. Wiem, że tam jesteś. I dobrze, że jesteś.

Tego samego dnia po południu poszłam do piekarni. Pierwszy raz nie jako klientka - jako ta pani z drugiego piętra. Pan Edek stał za ladą, w białym fartuchu umorusanym mąką, z rękami jak bochenki chleba. Zobaczył mnie i uśmiechnął się tak, jakby wychodził przed piekarnię o piątej rano.

- Dziękuję za chałkę - powiedziałam.

- Piekę je w piątki - odpowiedział. - Ale pomyślałem, że środa też może być piątkiem. Jak jest powód.

- A jaki był powód?

Wzruszył ramionami.

- Światło u pani paliło się wczoraj dłużej niż zwykle. Pomyślałem, że może gorzej pani spała.

Chciałam powiedzieć, że śpię źle od dwóch lat. Że czwarta rano to moja nowa normalność. Że jego światło w piekarni jest pierwszą rzeczą, na którą czekam każdego dnia. Ale nie powiedziałam tego. Niektóre rzeczy są za duże na słowa i za delikatne na głos.

- Śpię jak kot - powiedziałam. - Cztery godziny i potem czuwanie.

- Ja też - powiedział pan Edek. - Tylko ja mam alibi. Mówię, że wstaję do pracy.

Zaśmialiśmy się oboje. Łukasz za nami pakował bułki dla klientki i patrzył na nas jak na wariatów.

Teraz jest lipiec. Dalej budzę się o czwartej. Dalej o piątej zapala się światło w piekarni. Dalej machamy sobie przez ulicę - dwa kubki w górze, dwa świecące okna.

Ale w środy Łukasz przynosi chałkę. I w piątki schodzę do piekarni po swoją, osobiście, i przez pięć minut rozmawiamy o pogodzie, o bzach, które przekwitły, o tym, że Łukasz oblał egzamin z matematyki, o sąsiadce z czwartego, która znowu trzasnęła drzwiami o jedenastej w nocy.

Niewielkie rzeczy. Rzeczy, o których nie pisze się w gazetach i nie opowiada wnukom jako wielkie historie.

Ale kiedy w nocy leżę z otwartymi oczami i słyszę ten zegar, który dalej tyka, myślę sobie: o piątej zapali się światło. I wtedy ciemność jest trochę krótsza.