W galerii mierzyłam sukienkę na wesele wnuka. W przymierzalni obok synowa z mamą wybierały garsonkę - nie wiedziały, że za zasłonką jestem ja. Synowa tłumaczyła, że "od stycznia teściowa idzie do kawalerki Kuby, a Kuba z żoną biorą jej trzy pokoje - powiemy jej po weselu, żeby nie psuła zabawy".

Stałam w samej halce, z jedną ręką w rękawie granatowej sukienki, i nie mogłam się ruszyć. Zamek wbijał mi się w plecy. Za cienką zasłonką, na wyciągnięcie ręki, szeleścił materiał i stukały wieszaki.

- Beatka, a ona się zgodzi? - zapytała pani Irena, matka mojej synowej. Znałam ten głos z każdej wigilii od dwudziestu ośmiu lat.

- Mamo, a co ma się nie zgadzać. Mieszkanie jest na Grześka. Ona sama w trzech pokojach, a Kuba z Olą i dzieckiem mają się gnieść na dwudziestu ośmiu metrach? Przecież to bez sensu.

Z dzieckiem. Tego też nie wiedziałam.

- Ale zapytać by trzeba - mruknęła pani Irena.

- Zapytamy. Po weselu. Teraz by tylko płakała i wszystkim zepsuła dzień. Zobacz, ta beżowa lepiej leży czy ta w kratkę?

Usiadłam na małym taborecie w przymierzalni. Sukienka zsunęła mi się z ramienia na kolana. Siedziałam tak, dopóki ich kroki nie ucichły w stronę kas, a potem jeszcze dłużej, aż ekspedientka zapukała w ramę i zapytała, czy wszystko w porządku.

- W porządku - powiedziałam. - Biorę tę granatową.

Nie wiem, po co ją kupiłam. Chyba dlatego, że ręce musiały coś zrobić.

Wyszłam z Manufaktury z torbą i usiadłam na pierwszej ławce, jaką znalazłam. Czerwona cegła dawnej fabryki, w której przepracowałam trzydzieści jeden lat, świeciła w słońcu, jakby nic się nie stało. Kiedyś stałam tu przy krosnach, potem prowadziłam całą zmianę. Dziewczyny mówiły: "Jolka, ty masz oczy dookoła głowy". A własnej synowej za zasłonką nie zauważyłam.

Mieszkanie jest na Grześka. To akurat była prawda i to ja ją sprawiłam.

Sześć lat temu, trzy lata po śmierci Henryka, Grzegorz przyszedł z jakimiś wydrukami. Mówił o podatku od spadku, o tym, że jak mnie kiedyś zabraknie, to będzie latanie po sądach, że koleżanka z pracy tak miała i do dziś się z bratem procesuje.

- Mamo, to formalność. Robisz darowiznę, mieszkasz jak mieszkałaś, nic się nie zmienia.

U notariusza na Piotrkowskiej przeczytali mi akt na głos. Pamiętam tylko, że było duszno i że pani notariusz miała bardzo ładną broszkę. Nikt nie mówił o żadnej służebności. Ja nie wiedziałam, że trzeba zapytać.

Wróciłam do domu tramwajem. Na klatce pachniało czyimś bigosem. Weszłam do swojego mieszkania - do mieszkania Grześka, poprawiłam się w myślach - i pierwszy raz od lat popatrzyłam na nie jak obca.

Meblościanka, którą Henryk skręcał przez cały weekend i klął przy tym tak, że sąsiad z dołu stukał w kaloryfer. Pokój, w którym Grzesiek odrabiał lekcje, a potem Kuba spał, kiedy przyjeżdżał na wakacje. Balkon z pelargoniami.

A kawalerka Kuby była na Widzewie. Czwarte piętro, bez windy. Byłam tam raz, na parapetówce. Po schodach szłam z przerwami, a Kuba się śmiał, że babcia robi sobie trening.

Nie zadzwoniłam do nikogo tego wieczoru. Ani następnego. Przez tydzień gotowałam, podlewałam kwiaty, oglądałam seriale i bez przerwy prowadziłam w głowie rozmowy. W jednych krzyczałam. W innych byłam bardzo spokojna i bardzo zimna. W żadnej nie płakałam, choć Beata była pewna, że będę.

To ona mnie najbardziej bolała. Nie Grzesiek - Grzesiek od dziecka uciekał przed każdą kłótnią, chował się za gazetą, za pracą, za żoną. Ale Beata. Beata, której uczyłam lepić uszka, bo u niej w domu się nie lepiło. Która dzwoniła do mnie, kiedy Kuba miał gorączkę, bo wolała mnie niż lekarkę.

W sobotę przyszedł Kuba. Sam, z kwiatkami, bo to był akurat dzień przed moimi imieninami.

- Babciu, co ty taka blada? - zapytał od progu.

Postawiłam czajnik. Wyjęłam sernik. Usiadłam naprzeciwko niego i powiedziałam:

- Kuba, wiem o styczniu.

Zrobił się czerwony aż po uszy. Tak samo jak w trzeciej klasie, kiedy stłukł mi kryształowy wazon i próbował go skleić, zanim wrócę z zakupów.

- Babciu, ja... Ja mówiłem mamie, że to nie tak. Że trzeba z tobą normalnie porozmawiać. Ale ona powiedziała, że się zdenerwujesz przed weselem i że ona to załatwi.

- Załatwi - powtórzyłam.

- Ola jest w trzecim miesiącu. Nikt jeszcze nie wie, tylko rodzice. Babciu, ja nie chcę ci niczego zabierać. Ja po prostu nie wiem, gdzie postawić łóżeczko.

I wtedy coś się we mnie przestawiło. Bo gdyby przyszedł do mnie z tym łóżeczkiem trzy miesiące temu i usiadł, jak teraz siedział, z tymi czerwonymi uszami - to ja bym sama zaproponowała. Naprawdę. Co mi po trzech pokojach, w których mieszkam sama z pilotem od telewizora?

Nie zabolało mnie, że chcą mieszkania. Zabolało mnie, że postanowili za mnie. Że byłam w tej historii kimś, komu się coś "powie po weselu", jak dziecku, któremu nie mówi się o śmierci chomika.

- Jedz sernik - powiedziałam. - I nie mów mamie, że wiem.

Wesele było w czerwcu, w sali pod Zgierzem. Granatowa sukienka leżała na mnie lepiej, niż się spodziewałam. Tańczyłam z Kubą, z Grześkiem, nawet z panią Ireną, która cały wieczór unikała mojego wzroku.

Koło północy, kiedy orkiestra zrobiła przerwę, podeszłam do stołu młodej pary. Beata akurat poprawiała Oli welon. Wyjęłam z torebki kopertę i położyłam przed wnukiem.

- To ode mnie. Otwórzcie teraz.

W środku były klucze. Te z breloczkiem w kształcie domku, które Henryk kupił nad morzem w Łebie. I kartka, na której napisałam: "Mieszkanie jest wasze od października. Kawalerkę biorę ja, ale Kuba zamieni mi ją na coś z windą, zanim wysiądą mi kolana. Łóżeczko stawiajcie w pokoju od podwórka, tam jest ciszej".

Ola się rozpłakała. Kuba mnie przytulił tak mocno, że aż mi coś chrupnęło w plecach.

A Beata stała z welonem w rękach i patrzyła na mnie. Wiedziała. Zrozumiała od razu.

Znalazła mnie potem przy łazienkach. Miała rozmazany tusz.

- Mamo, skąd pani...

- Z przymierzalni obok. Ta beżowa garsonka lepiej leżała, dobrze wybrałaś.

Długo milczała. W końcu powiedziała cicho, patrząc w podłogę:

- Ja trzy lata mieszkałam z teściową w jednym pokoju. Z moją pierwszą, jeszcze przed Grześkiem, z pierwszym mężem. Obiecałam sobie, że moje dziecko nigdy... Bałam się, że pani odmówi. Że będzie kłótnia i wszystko się rozleci.

- To trzeba było zapytać - odpowiedziałam. - Najwyżej bym odmówiła. Ale to by była moja odmowa.

Nie przytuliłyśmy się. Jeszcze nie. Ale w październiku to ona przyjechała z kartonami i to ona zawinęła w gazety kryształowy wazon, ten sklejony, żeby się nie potłukł w przeprowadzce.

Mówili, że powiedzą mi po weselu.

Nie zdążyli. Wszystko powiedziałam sama. var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];