Brat zabrał tatę na październik do siebie na wieś - "na grzyby, tato, na świeże powietrze". W środę tata zadzwonił do mnie: czy mogę przyjechać, bo brat z bratową od soboty są w Turcji, a on sam karmi świnie i pilnuje kur. Tata ma osiemdziesiąt cztery lata i rozrusznik.

- Jola, a ty byś nie mogła przyjechać? Tak na parę dni. - Głos taty w słuchawce był spokojny. Za spokojny. W tle coś chrząkało. - Bo Darek z Marzeną są w Turcji, a ja tu sam z tymi świniami.

Stałam w biurze przy drukarce, z plikiem faktur w ręce, i przez sekundę byłam pewna, że się przesłyszałam.

- W jakiej Turcji, tato?

- No w tej, gdzie ciepło. Od soboty. Wracają w sobotę, nie martw się, tylko pasza mi się kończy, a worki są po dwadzieścia pięć kilo i ja już...

Urwał. Usłyszałam brzęk, jakby odstawił wiadro na beton.

- Tato, ty masz rozrusznik.

- Mam - przyznał, jakby dopiero sobie o tym przypomniał. - Ale kury o tym nie wiedzą.

Dwadzieścia minut później stałam u Iwony w kadrach i brałam urlop na żądanie na czwartek i piątek. Szef firmy transportowej, w której od dwudziestu dwóch lat prowadzę księgi, tylko machnął ręką: jedź, Jolka, faktury nie uciekną. O szesnastej siedziałam już w samochodzie, a Łódź zostawała za mną w korkach i w deszczu.

Przez całą drogę krajówką pod Opoczno w głowie kręciła mi się jedna scena. Wrzesień, niedziela, obiad u taty na Retkinii. Darek wpada jak zawsze na chwilę, w roboczej kurtce, z workiem ziemniaków, i mówi przy drzwiach:

- Tato, weźmiemy cię na październik. Na grzyby, na świeże powietrze. Co będziesz siedział w bloku?

Tata się rozpromienił. A ja - wstyd się przyznać - poczułam ulgę. Od śmierci mamy, od czterech lat, jeździłam do niego codziennie po pracy. Obiad w słoiku, leki rozłożone w pudełku na dni tygodnia, sprawdzenie, czy zakręcił gaz. Miesiąc bez tego wydawał mi się wakacjami. W sobotę dzwoniłam do taty. Powiedział, że wszystko dobrze, że Marzena upiekła szarlotkę. Nie wspomniał słowem o żadnym samolocie.

Na podwórko wjechałam po ciemku. Pies zaszczekał raz, rozpoznał samochód i ucichł. W chlewiku paliło się światło, a w drzwiach stał tata - w kurtce Darka, za dużej o dwa numery, z wiadrem w ręce. Chudy, przygarbiony, a jednak jakiś wyprostowany.

- Już nakarmione - oznajmił zamiast "dzień dobry". - Kury zamknąłem. Chodź, herbaty zrobię.

Przytuliłam go. Pachniał śrutą, dymem z pieca i czymś, czego wolałam nie nazywać.

W kuchni było ciepło, na kuchence pyrkał czajnik. I wtedy zobaczyłam kartkę przyczepioną magnesem do lodówki. Pismo Marzeny, okrągłe, staranne. "Świnie - 7.00 i 17.00, śruta w komórce. Kury zamknąć przed zmrokiem. Woda z kranu przy stodole. Zdzichu zagląda codziennie, tel. w telefonie. PASTUCHA NIE DOTYKAĆ, TATO!!!" Trzy wykrzykniki. Podkreślone dwa razy.

Stałam nad tą kartką długo. Czyli to nie była nagła decyzja. To był plan. Przemyślany na tyle, żeby pamiętać o elektrycznym pastuchu i rozruszniku - i jednocześnie na tyle, żeby nikt nie zadzwonił do mnie.

- Wiedziałeś od początku - powiedziałam, nie odwracając się.

- Siadaj, herbata stygnie - odparł tata.

Czwartek zaczął się o szóstej. Tata obudził mnie stukaniem w drzwi, jakbym znów miała dwanaście lat i spóźniała się do szkoły. Nosiłam worki, on mieszał śrutę z wodą w wiadrach i mówił, ile której lochy, która przepycha się do koryta, a która jest płochliwa i trzeba jej postawić osobno.

Znał je po imieniu. Przez cztery dni zdążył je wszystkie poznać. Zdzichu, sąsiad, przyjechał koło dziewiątej rowerem, zapytał przez płot, czy żyjemy, i pojechał dalej. Tyle było tego "zaglądania codziennie".

Wieczorem, kiedy tata drzemał w fotelu przed telewizorem, wyszłam na ganek i zadzwoniłam do brata. Odebrał po piątym sygnale. W tle muzyka, jakiś plusk, śmiech.

- Jola? Coś z tatą?

- A jak myślisz? - Głos mi się łamał i nie potrafiłam tego opanować. - Zostawiłeś osiemdziesięcioczteroletniego człowieka z rozrusznikiem z chlewem świń. On nosił worki, Darek. Sam.

Cisza. Potem westchnienie.

- Dzieciaki nam to kupiły z Holandii. Na pięćdziesiątkę Marzeny. Bez zwrotu, termin na sztywno. Zdzichu miał pilnować...

- Zdzichu pilnuje przez płot! Mogłeś zadzwonić do mnie!

- I co byś powiedziała? - Teraz on podniósł głos. - Że się nie da. Że jestem nieodpowiedzialny. Jak zawsze. Ty przy mamie siedziałaś, a ja przy świniach, wiem, słyszałem to sto razy. Marzena dwadzieścia lat nie była nad morzem, Jola. Dwadzieścia lat.

Nie zdążyłam odpowiedzieć. Za moimi plecami skrzypnęły drzwi. Tata stał w progu w kapciach i wyciągnął rękę.

- Daj.

Oddałam mu telefon, bo nie wiedziałam, co innego zrobić.

- Darek? Tu tata. Baw się, synu. Kup Marzenie coś ładnego. Wszystko jest dobrze.

Rozłączył się i usiadł obok mnie na ławce. Długo milczał, patrząc na ciemne podwórko.

- To ja ich wysłałem - powiedział w końcu. - Darek nie chciał jechać. Mówił, że zadzwoni do ciebie, żebyś przyjechała na tydzień. Zabroniłem mu.

- Dlaczego? - wyszeptałam.

- Bo byś przyjechała i zabrała mnie do Łodzi. Do bloku. I znowu byłbym tym, do którego się przychodzi ze słoikiem. - Obrócił w dłoniach mój telefon. - A tu przez cztery dni byłem gospodarzem, Jolu. Rozumiesz? Gospodarzem. Wstawałem, bo ktoś na mnie czekał. Nawet jeśli to tylko świnie.

- To czemu w końcu zadzwoniłeś?

- Bo śruta się skończyła, a w komórce stały pełne worki. - Uśmiechnął się krzywo. - A Zdzichowi wstyd było powiedzieć, że ich nie uniosę.

Siedzieliśmy tak, aż zrobiło się zimno. Myślałam o tych czterech latach słoików, o pudełku z lekami, o tym, jak mówiłam koleżankom z pracy, że "tata beze mnie by sobie nie poradził". Może to była prawda. A może to ja nie radziłam sobie bez tego, żeby ktoś mnie potrzebował.

Zostałam do soboty. Nosiłam worki, tata mieszał śrutę i rządził. Nie kłóciłam się z nim ani razu, co chyba zdziwiło nas oboje.

Darek z Marzeną wrócili w sobotę wieczorem, opaleni i jacyś zawstydzeni. Marzena przywiozła tacie ciepły szal, a mnie - pudełko tureckich słodyczy, które wcisnęła mi w ręce bez słowa. Darek wyszedł ze mną na ganek, kiedy pakowałam torbę do bagażnika.

- Następnym razem zadzwonię - mruknął, patrząc gdzieś w bok.

- Następnym razem zaproś mnie na grzyby. Nie do świń.

Parsknął śmiechem pierwszy raz od lat, a ja razem z nim.

Tata został na wsi do końca października, tak jak było umówione. W niedzielę przed moim wyjazdem poszliśmy we trójkę do lasku za stodołą. Tata znalazł cztery prawdziwki, ja - ani jednego.

Grzyby w końcu były. Tylko że to tata zabrał mnie na nie, a nie ja jego. var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];