W sobotę przyszedł kierownik męża - znamy się z zakładowych wigilii - z kwiatami i siatką pomarańczy, "dla chorej". Mąż od poniedziałku ma urlop, "bo żona po operacji, trzeba przy niej być". Otworzyłam mu w fartuchu, z rękami w cieście. Mnie mąż powiedział, że jedzie na delegację do Gdańska.

- Pani Jolu, a pani to już na nogach? Grzesiek mówił, że pani leży!

Mirek Kubiak stał na wycieraczce z bukietem białych goździków w celofanie i siatką pomarańczy, takich dużych, hiszpańskich, jeszcze z naklejkami. Uśmiechał się tak samo jak co roku na zakładowej wigilii, kiedy podchodził do naszego stolika z kieliszkiem i mówił, że bez mojego męża cały dział utrzymania ruchu by się rozsypał.

Ja stałam w fartuchu w kogutki, z rękami po łokcie w cieście drożdżowym. Za mną w kuchni grało radio, a na parapecie rósł w misce zaczyn na placek z rabarbarem. Grzegorz miał wrócić w niedzielę wieczorem. Z Gdańska. Z delegacji.

- Leżę? - powtórzyłam głupio.

- No po operacji. Tydzień urlopu mi wyprosił w samym środku przeglądów, ale co miałem zrobić. Żona to żona - Mirek wcisnął mi siatkę w oblepione ciastem dłonie. - Moja Halinka kazała koniecznie zanieść. Dla chorej. Witaminy.

Do dziś nie wiem, dlaczego to zrobiłam. Może przez te goździki. Może przez to, że Mirek znał mnie dwadzieścia lat, mieszkał dwie ulice dalej, na Zaodrzu, i jego żona co roku dzwoniła do mnie po przepis na śledzie w śmietanie.

- Taki drobny zabieg - usłyszałam własny głos. - Laparoskopia. Już dobrze, tylko dźwigać nie mogę.

- A Grzesiek gdzie?

- Do apteki pojechał.

Mirek pokiwał głową, życzył zdrowia, powiedział, żeby Grzesiek się nie spieszył z powrotem do roboty, i zszedł po schodach. Słuchałam jego kroków aż do parteru. Potem trzasnęły drzwi klatki.

Stałam w przedpokoju z pomarańczami, a ciasto zasychało mi na palcach.

Umyłam ręce. Długo, szczotką do paznokci, jakby to one były winne. Potem wzięłam telefon.

Grzegorz odebrał po czwartym sygnale.

- No, Jolka? Coś się stało?

- Nic. Jak tam w Gdańsku?

- A jak ma być. Hala, maszyny, Niemcy się kłócą z naszymi o każdą śrubkę. Jutro wieczorem będę. Kończę, bo mnie wołają.

W tle nie było żadnej hali. Były sztućce, cicha muzyka i kobiecy śmiech, zaraz przy słuchawce, urwany w pół, jakby ktoś komuś zasłonił usta.

Zeszłam na dół, na ławkę pod blokiem, bo w mieszkaniu pachniało drożdżami i nie mogłam tego znieść. Bzy przy trzepaku kwitły jak głupie. Pani Stasia z parteru machała do mnie z balkonu, a ja otwierałam aplikację banku.

Od trzydziestu czterech lat mamy wspólne konto. Jestem księgową w spółdzielni mieszkaniowej, cały dzień liczę cudze pieniądze, więc w domu nigdy nie chciałam liczyć jego. "Twoje wydatki to twoja sprawa" - mówiłam i byłam z tego dumna. Grzegorz płacił swoją kartą, ja swoją, a raz w miesiącu sprawdzałam tylko, czy poszły opłaty.

Poniedziałek: stacja paliw w Opolu, pełny bak. Poniedziałek po południu: pensjonat w Karpaczu. Wtorek: restauracja w Karpaczu. Czwartek: sklep z bursztynem, Karpacz. Piątek: znowu restauracja.

Do Gdańska jest od nas prawie sześćset kilometrów. Do Karpacza dwieście. Grzegorz jeździł do Gdańska dwa razy w roku, do firmy, która dostarcza im linie produkcyjne, i nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby o cokolwiek dopytać.

Siedziałam na tej ławce, aż słońce zeszło za sąsiedni blok. Najdziwniejsze było to, że nie płakałam. Myślałam o tym, że ostatnie trzy lata prawie każdy weekend spędzałam u mamy pod Krapkowicami.

Od wylewu mama chodzi o balkoniku, lewa ręka nie wróciła do sprawności, a mój brat mieszka w Holandii i przysyła pieniądze na opiekunkę, która przychodzi od poniedziałku do piątku. Weekendy były moje. W piątek po pracy wsiadałam w autobus, w niedzielę wieczorem wracałam. Grzegorz mówił: "Jedź, jedź, dam sobie radę". I dawał.

Placek z rabarbarem upiekłam i tak. Ciasto urosło, szkoda było wyrzucać.

Wrócił w niedzielę po ósmej. Usłyszałam klucz w zamku, torbę postawioną na podłodze, westchnienie zmęczonego człowieka po długiej drodze. Wszedł do kuchni i położył przede mną małe pudełeczko.

- Z Gdańska. Z Mariackiej. Wiem, że lubisz bursztyn.

Na stole stały goździki w kryształowym wazonie po teściowej. Obok, w szklanej misce, pomarańcze z naklejkami. I mój telefon, ekranem do góry.

- Mirek był wczoraj - powiedziałam. - Przyniósł pomarańcze. Dla chorej.

Grzegorz nie usiadł. Stał z ręką jeszcze wyciągniętą w stronę pudełka i patrzył na tę miskę, jakby pomarańcze mogły zaraz wybuchnąć. Lodówka buczała. Na klatce ktoś wynosił śmieci.

- Jola...

- Powiedziałam mu, że miałam laparoskopię. I że pojechałeś do apteki - przesunęłam telefon w jego stronę. - Skłamałam za ciebie, zanim w ogóle wiedziałam, w co kłamię.

Usiadł wtedy. Ciężko, jak stary człowiek. Potarł twarz obiema rękami i długo nic nie mówił. A potem opowiedział. Iwona. Chodzili razem do technikum, w jednej klasie. Owdowiała dwa lata temu, mieszka we Wrocławiu. Spotkali się jesienią na zjeździe absolwentów, na który mnie nie wziął, bo "tam będą same stare chłopy i będziesz się nudzić".

- Ona mnie pytała, co czuję - powiedział w końcu, patrząc w blat. - Rozumiesz? Nie czy zapłaciłem za gaz. Nie czy wyniosłem butelki. Co czuję. Ja nie pamiętałem, kiedy ktoś mnie o to ostatnio pytał.

Mogłam mu odpowiedzieć, że mnie też nikt nie pyta. Że w piątek wieczorem przewijam matkę, a w niedzielę wracam autobusem z bolącym kręgosłupem i nikt nie czeka na przystanku. Ale wiedziałam, że wtedy zaczniemy się licytować, kto był bardziej samotny, i będziemy siedzieć przy tym stole do rana.

Zapytałam więc o coś innego.

- A tę operację to kto wymyślił? Ona?

- Nie - pokręcił głową. - Ja. Mirek w przeglądy urlopu by nie dał. Tylko na coś poważnego.

I to było gorsze niż Karpacz, gorsze niż restauracje i bursztyn z Mariackiej, która nigdy nie była Mariacką. Żeby pojechać do niej, musiał mnie najpierw położyć na stole operacyjnym. Wyobrazić mnie sobie pociętą, obolałą, niezdolną do dźwigania. I opowiedzieć o tym kierownikowi ze smutną miną, żeby mu uwierzył.

- Jutro Mirek zapyta cię w robocie, jak się czuję. A Halinka zadzwoni do mnie najpóźniej w środę, sam wiesz, że zadzwoni - powiedziałam. - Ja już raz za ciebie skłamałam. Drugi raz nie będę. Co powiesz Mirkowi, to twoja sprawa. Co ja powiem Halince, to moja.

- A my?

- Na razie przenocuj na działce. W altanie jest śpiwór. Jest maj, nie zamarzniesz.

Nie kłócił się. Wziął torbę, której nawet nie zdążył rozpakować, i wyszedł. Pudełka z bursztynem nie otworzyłam. Leży w szufladzie z rachunkami i nie wiem jeszcze, co z nim zrobię.

W poniedziałek wzięłam dzień wolny. Pierwszy od lat nie dla mamy, tylko dla siebie. A potem i tak pojechałam do mamy, z plackiem z rabarbarem zawiniętym w ściereczkę i dwiema pomarańczami w torebce.

Obierałam jej jedną przy łóżku, dzieliłam na cząstki, bo sama by nie dała rady. Mama patrzyła na mnie długo, tak jak patrzyła, kiedy przynosiłam ze szkoły dwójkę i udawałam, że nic się nie stało. A potem złapała mnie za rękaw tą sprawną ręką.

- Jolciu, a ty jak się czujesz?

Siedziałam z pomarańczą w dłoni i pomyślałam, że Mirek jednak miał rację. Przyszedł z witaminami do chorej. Tylko nikt z nas nie wiedział, na co ta choroba.

- Źle, mamo - powiedziałam.

I było to pierwsze prawdziwe zdanie, jakie wypowiedziałam od soboty. var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];