Po pogrzebie mamy brat przywiózł mi "moją część": torbę z jej chustkami, album i kopertę - pięćset złotych, "bo ty przecież masz swoje". Okazało się, że dom mama zapisała mu rok wcześniej, "żeby nie było kłótni". Torba stoi w przedpokoju od marca.

Torba stoi w przedpokoju od marca. Niebieska, w kratę, z pękniętym suwakiem - ta sama, z którą mama jeździła do sanatorium w Ciechocinku. Andrzej codziennie ją obchodzi w drodze do łazienki.

Kasia, kiedy przychodzi z małym, wsuwa ją nogą pod szafkę na buty, żeby Szymek się o nią nie przewrócił. Ja jej nie dotykam. Jest czerwiec, przez otwarte okno na klatce wpada zapach skoszonej trawy, a ja wciąż nie otworzyłam torby z "moją częścią".

- Iwona, albo ją rozpakuj, albo znieś do piwnicy - powiedział wczoraj Andrzej. Nie złośliwie. Zmęczonym głosem.

- Jeszcze nie.

Sama nie wiedziałam, na co czekam.

Grzegorz przywiózł ją dziewięć dni po pogrzebie. Była sobota, obierałam ziemniaki na obiad, kiedy zadzwonił domofon. Wszedł na górę, ale nie przekroczył wycieraczki. Stał w butach, w kurtce z warsztatu, z torbą w jednej ręce i białą kopertą w drugiej.

- Tu są jej chustki. Mówiła, że lubiłaś te jedwabne. I album, ten zielony, z komunii i z waszego wesela. - Wyciągnął kopertę. - A tu pięćset złotych. Z jej konta, co zostało. Kup sobie coś po niej, na pamiątkę. Bo ty przecież masz swoje.

Wzięłam kopertę odruchowo, jak bierze się ulotkę na ulicy. Dopiero potem dotarło do mnie, co powiedział.

- Grzesiu, a dom? Trzeba iść do notariusza, zrobić stwierdzenie nabycia spadku. Myślałam, żebyśmy usiedli i pogadali, czy sprzedawać, czy...

Spojrzał gdzieś nad moim ramieniem, na kalendarz ze szkółki wiszący na drzwiach.

- Nie trzeba. Mama przepisała mi dom. W zeszłym roku, w kwietniu. U notariusza w Głownie.

- Jak to... przepisała?

- Normalnie. Darowizna. Powiedziała, że tak będzie najlepiej. Żeby nie było kłótni.

I poszedł. Słyszałam, jak zbiega po schodach, jakby się bał, że go zawołam.

Stałam w przedpokoju z kopertą w ręku, a z kuchni dobiegł syk - woda z ziemniakami wykipiała na palnik. Pamiętam, że najpierw pomyślałam o palniku. Dopiero potem o tym, że moja matka rok przed śmiercią siedziała u notariusza i podpisywała papiery, a ja nie miałam o tym pojęcia.

Mam pięćdziesiąt osiem lat i od dwudziestu dwóch pracuję w szkółce roślin na obrzeżach Łodzi. Znam się na różach, na tujach, na tym, kiedy dzielić byliny. Na własnej rodzinie, jak się okazało, znam się dużo gorzej.

Mama mieszkała w Głownie, trzydzieści kilometrów od nas, w domu z czerwonej cegły, który tata stawiał przez całe lata siedemdziesiąte. Grzegorz wprowadził się do niej po rozwodzie, razem z Kubą.

Ja przyjeżdżałam w niedziele. Z sernikiem, z lekami wykupionymi w Łodzi, z wynikami badań. To ja zapisywałam ją do kardiologa, to ja brałam urlop na tomograf, to ja wisiałam na telefonie z przychodnią. Byłam pewna, że dzielimy się sprawiedliwie: on codziennością, ja resztą.

Teraz, w nocy, zaczęłam układać kawałki. Kwiecień zeszłego roku. Grzegorz dzwoni: "W czwartek zawiozę mamę do lekarza, nie musisz się zwalniać". Tydzień później mama pyta mnie przez telefon, nie wiadomo po co: "Iwonko, a wy z Andrzejem to macie dobrze, prawda? Mieszkanie spłacone?". Śmiałam się, że spłacone, że niech się nie martwi. Myślałam, że martwi się o mnie. Ona sprawdzała, czy może spać spokojnie.

W szkółce, przy przesadzaniu sadzonek lawendy, powiedziałam o wszystkim Bożenie. Wyprostowała się, otrzepała rękawice.

- Iwona, przecież tobie się należy zachowek. Moja szwagierka tak miała z bratem. Idź do prawnika.

Poszłam. Adwokatka z Piotrkowskiej, młoda, rzeczowa, w okularach na łańcuszku. Wytłumaczyła mi spokojnie, że darowiznę na rzecz dziecka dolicza się do spadku, że mogę żądać od brata zapłaty - mniej więcej ćwierci wartości domu - i że mam na to pięć lat.

- Prawo jest tu po pani stronie - powiedziała. Potem zdjęła okulary. - Ale powiem pani coś, co mówię wszystkim. W takich sprawach rodzeństwo rzadko potem ze sobą rozmawia. Lepiej, żeby pani wiedziała to teraz, a nie po wyroku.

Zadzwoniłam do Grzegorza jeszcze tego samego wieczoru. Chciałam spokojnie. Nie wyszło.

- Ty mi grozisz sądem? - Jego głos od razu się podniósł. - Iwona, ja ją myłem. Ja jej przez ostatnie pół roku zmieniałem pieluchy. Wstawałem w nocy trzy razy. A ty przyjeżdżałaś w niedzielę z ciastem i wracałaś do domu na "Familiadę".

- A kto jeździł z nią po lekarzach? Kto brał urlopy?

- Urlopy! - roześmiał się krótko, nieprzyjemnie. I rozłączył.

Potem była cisza. Kwiecień, maj. Kasia mówiła: "Mamo, złóż ten pozew, dla zasady". Andrzej mówił: "Mnie tego domu nie trzeba, ale zrób, jak uważasz". A torba stała w przedpokoju i nikt nie wiedział, co z nią zrobić, tak samo jak ja nie wiedziałam, co zrobić ze sobą.

Na początku czerwca, w niedzielę, wsiadłam w samochód i pojechałam do Głowna bez uprzedzenia. Przed furtką zatrzymałam się z ręką na klamce. Przy płocie kwitły piwonie - ciężkie, różowe, pochylone od własnego ciężaru. Mama posadziła je w roku, w którym się urodziłam. Zawsze mówiła, że to moje.

Grzegorz klęczał przy grządce z łopatą. Kiedy mnie zobaczył, wstał powoli, jakby go bolały kolana. Pewnie bolały.

W kuchni wszystko było jak dawniej: cerata w cytryny, kubek mamy z uszkiem sklejonym klejem, radio na lodówce. Zrobił herbatę. Postawił cukiernicę, choć wie, że nie słodzę. Długo milczeliśmy.

- To ja ją poprosiłem - powiedział w końcu, patrząc w kubek. - Nie ona wymyśliła. Ja.

Nie odezwałam się.

- Po rozwodzie Kuba zaczął mieszkać ze mną na stałe. Ja zarabiam tyle, że ledwo starcza. I bałem się, Iwona. Że mama umrze, a wy z Andrzejem powiecie: sprzedajemy, dzielimy. I gdzie ja wtedy z dzieckiem? Mama się zgodziła. Tylko powiedziała: Iwonie nic nie mów, bo się pokłócicie. Żeby nie było kłótni.

- I nie było - powiedziałam. - Bo mnie przy tym nie było.

Skulił się, jakbym go uderzyła.

- Mogłeś mnie zapytać. Może bym się zgodziła.

Podniósł na mnie oczy. Pierwszy raz od pogrzebu.

- A zgodziłabyś się?

Chciałam powiedzieć, że tak. Otworzyłam usta i nic nie powiedziałam. Bo nie wiem. Naprawdę nie wiem. I on to zobaczył.

- Kopałem piwonie - dodał po chwili ciszej. - Chciałem ci kawałek wziąć, żebyś miała u siebie na działce. Mama mówiła, że te przy płocie są twoje.

- W czerwcu się ich nie rusza - odpowiedziałam automatycznie. - We wrześniu. Jak przekwitną i liście zaczną żółknąć.

Uśmiechnął się krzywo.

- No tak. Ty się znasz.

Wieczorem, w domu, uklękłam w przedpokoju i rozsunęłam wreszcie ten pęknięty suwak. Chustki pachniały pudrem i szafą mamy, tą mieszaniną lawendy i naftaliny, której nie da się podrobić.

W zielonym albumie, między zdjęciami z komunii, znalazłam fotografię, której nie pamiętałam: ja i Grzesiek przy płocie, wśród piwonii wyższych od niego. Na odwrocie jej pismo, pochyłe, staranne: "Iwonka i Grześ, czerwiec 1978".

Nie płakałam. Siedziałam na podłodze bardzo długo, aż Andrzej zapalił w przedpokoju światło.

Chustki są teraz w mojej szafie. Album stoi na półce obok naszego ślubnego. Koperty z pięciuset złotymi nie ruszyłam - włożyłam ją między kartki, zaraz za tamto zdjęcie. Pozwu nie złożyłam. Adwokatka powiedziała: pięć lat. Mam jeszcze trochę czasu, żeby zdecydować, czy wolę mieć rację, czy brata.

We wrześniu pojadę do Głowna po piwonie. Grzegorz napisał SMS-a, że poczeka z kopaniem, aż przyjadę pokazać mu, jak to się robi.

Mama chciała, żeby nie było kłótni. I nie ma. Jest tylko cisza, która przez długie miesiące wyglądała dokładnie tak samo - jak torba, której nikt nie odważył się otworzyć. var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];