Wieszałam u mamy pranie na balkonie; zasłonę zaciągnęłam, bo mama drzemała. Przez uchylone drzwi usłyszałam brata z synem: bratanek pytał, kiedy babcia "pójdzie wreszcie do ośrodka, bo od lutego chcę tu mieszkać". Brat odpowiedział, że po świętach - "a ciocię Hanię nikt nie będzie pytał, ona tu tylko przyjeżdża prać". Mama nie spała.
Poszewka była jeszcze ciężka od wody, kiedy przypinałam ją drugą klamerką. Październikowe słońce grzało balustradę, na dole pod kasztanowcem ktoś trzepał dywanik, a ja liczyłam w głowie, czy zdążę z pościelą przed czwartą, bo o piątej miałam tramwaj na Widzew.
Zasłonę w dużym pokoju zaciągnęłam za sobą. Mama zasnęła na wersalce zaraz po obiedzie, z ręką na pilocie, i nie chciałam, żeby słońce świeciło jej prosto w twarz. Drzwi balkonowe zostawiłam uchylone - gdyby wołała.
Wtedy usłyszałam zgrzyt klucza w zamku. Kroki. Dwie pary.
- Cicho, babcia śpi - szepnął Grzesiek.
W soboty o tej porze zawsze chodzę na targ po jajka i twaróg. Brat o tym wiedział. Pewnie dlatego nawet nie zajrzał za zasłonę.
- No to tu by stało biurko - powiedział Kuba półgłosem. Przez szparę przy futrynie widziałam jego but, nowy, biały. - A wersalkę się wywali. Tato, a kiedy babcia pójdzie wreszcie do tego ośrodka? Bo od lutego chcę tu mieszkać, w lutym kończy mi się stancja.
Stałam z klamerką w ręce. Wiatr szarpnął prześcieradłem i przykleił mi je do pleców, zimne i mokre.
- Po świętach - odpowiedział Grzesiek. - Na Wigilię niech jeszcze będzie w domu, jak człowiek.
- A ciocia?
- A co ciocia? - Zaszeleściła reklamówka kładziona na stole. - Ciocię Hanię nikt nie będzie pytał. Ona tu tylko przyjeżdża prać.
Wyszli po kilku minutach. Klucz przekręcił się dwa razy. Później znalazłam na stole leki z apteki i karteczkę pismem brata: "Mamo, na ciśnienie, rano i wieczorem".
Nie wiem, ile jeszcze stałam na tym balkonie. Klamerka odcisnęła mi się w dłoni. Myślałam tylko jedno: nie wejdę, dopóki mama się nie obudzi. Niech chociaż ona tego nie wie.
Odsunęłam zasłonę.
Mama leżała z otwartymi oczami i patrzyła w sufit.
- Słyszałaś - powiedziała. Nie pytała.
- Mamo...
- Słyszałaś. To dobrze. Bo ja też.
Usiadłam na brzegu wersalki. Pięćdziesiąt osiem lat, a czułam się jak dziewczynka przyłapana pod drzwiami.
Od śmierci taty, od sześciu lat, przyjeżdżałam na Retkinię trzy razy w tygodniu, prosto z biura, gdzie od trzydziestu lat zamykam cudze bilanse. Czterdzieści minut tramwajem w jedną stronę. Pranie, zakupy, przychodnia, kolejka do okulisty, pudełko na leki rozpisane na cały tydzień, kolorowymi pisakami, żeby mama się nie myliła. Grzesiek mieszkał dwie ulice dalej. Wpadał w niedziele na rosół i pytał od progu, czy mamie czegoś nie trzeba.
Tylko przyjeżdża prać.
- Mamo, ty wiedziałaś o tym ośrodku?
Długo milczała. Potem sięgnęła po moją rękę. Ma teraz takie lekkie dłonie, jakby z bibułki.
- Ja go o to poprosiłam.
Poczułam, jakby ktoś wyjął mi spod nóg podłogę.
- W sierpniu przewróciłam się w nocy w łazience - mówiła cicho, patrząc na firankę. - Nie mogłam wstać. Leżałam na tych kafelkach i liczyłam płytki. Półtorej godziny, zanim doczołgałam się do telefonu. Zadzwoniłam do Grześka, bo ma najbliżej. Przyjechał o trzeciej w piżamie pod kurtką. Siedział ze mną do rana.
Przypomniałam sobie siniak na jej biodrze. Fioletowy, wielki jak dłoń. "O szafkę się uderzyłam, Haniu, nie rób afery". Uwierzyłam, bo chciałam uwierzyć.
- Dlaczego mi nie powiedziałaś?
- Bo byś się do mnie wprowadziła. Znam cię. Zostawiłabyś Leszka, wnuki, robotę i spałabyś tu na tej wersalce do mojej śmierci. - Ścisnęła mi palce. - A ja się w nocy boję, dziecko. Nie umierania. Tego, że znowu będę leżeć i myśleć, kogo obudzić.
Grzesiek znalazł prywatny ośrodek pod Zgierzem. Miał dopłacać, resztę mama dołożyłaby z emerytury. Wszystko ustalili we dwoje, przez telefon, a ja w tym czasie rozwieszałam jej ręczniki.
- To czemu nic...
- Bo o mieszkaniu nie było mowy - przerwała mi twardo. - I o tobie też nie.
Tego samego wieczoru zadzwoniła do brata. Słyszałam z kuchni tylko jej część rozmowy: "Jutro. Na obiad. Obaj. Nie, nic się nie stało".
W niedzielę lepiłam pierogi z kapustą i grzybami, bo mama o to poprosiła, a ja nie umiałam odmówić nawet teraz. Grzesiek przyszedł z Kubą punktualnie, z ciastem z cukierni. Kuba nie patrzył mi w oczy.
Mama poczekała, aż wszyscy nałożą. Potem odłożyła widelec.
- Do ośrodka mogę pójść - powiedziała. - Ale sama zdecyduję, kiedy. Mieszkanie jest moje i nikomu go nie przepisuję. A teraz niech Hania powie, czego chce. Hania pierwsza.
Grzesiek poczerwieniał od szyi w górę, jak wtedy, kiedy był mały i coś zbił.
- Mamo, to nie tak... Hanka ma swoje mieszkanie, ma Leszka. Kuba płaci za pokój z trzema obcymi facetami, nie stać go na własne. Ja chciałem dobrze. - Spojrzał na mnie. - I to ja tu przyjechałem o trzeciej w nocy. Nie ty.
- Bo nikt mnie nie zawołał - powiedziałam.
Cisza. Zegar z kukułką po tacie tykał nad meblościanką. Grzesiek patrzył w talerz.
- Głupio powiedziałem wczoraj - mruknął w końcu. - Przy dziecku.
Kuba obracał widelec w palcach. Dwadzieścia cztery lata, a wyglądał jak piętnastolatek wezwany do dyrektora. I nagle zrozumiałam, że on wcale nie chce wyrzucić babci. On po prostu chce mieć gdzie mieszkać. A jego ojciec chciał to załatwić tak, żeby nikt nie musiał nikomu patrzeć w oczy.
- Ja nie chcę tego mieszkania - powiedziałam. - Chciałam tylko, żeby ktoś mnie zapytał.
Wzięłam głęboki oddech.
- Mama boi się nocy. Kuba chce tu mieszkać od lutego. No to niech mieszka. Z babcią. Ośrodek nie ucieknie.
Kuba podniósł głowę.
- Ciociu, ja... z babcią?
- Chrapię mniej niż twój ojciec - powiedziała mama. - To ci mogę obiecać.
Grzesiek parsknął mimo woli. Kuba patrzył to na mnie, to na babcię.
- Babcia robi najlepsze pierogi na Retkini - powiedział w końcu. - Mogę spróbować.
Ustalili, że na próbę, do wakacji. Że mama w każdej chwili może powiedzieć "dość" i wtedy wracają do rozmowy o Zgierzu. Nikt nie płakał, nikt się nie obejmował. Grzesiek przy wyjściu zatrzymał się w przedpokoju, jakby chciał coś jeszcze powiedzieć, ale tylko poprawił mi kołnierz kurtki, jak kiedyś, kiedy odprowadzał mnie do szkoły.
Zeszłam na dół i usiadłam na ławce pod blokiem, z pustym koszem na pranie na kolanach. Na trzecim piętrze łopotało białe prześcieradło, które wieszałam dzień wcześniej. Siedziałam tak dłuższą chwilę i pierwszy raz od lat nie myślałam o tramwaju.
Kuba wprowadził się w lutym. Śpi w dużym pokoju, na nowym łóżku, bo wersalki jednak nie wywalił - stoi u mamy w sypialni. Mama mówi, że wraca po dziesiątej i trzaska drzwiami, ale jak raz wrócił po północy, czekała na niego z herbatą.
Ja dalej przyjeżdżam w soboty. Pranie wiesza teraz Kuba, krzywo, na trzy klamerki zamiast dwóch.
Nadal przyjeżdżam tylko prać. Tyle że teraz, zanim zdejmę kurtkę, ktoś mnie pyta, czy zostanę na herbatę. var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];