Mieszkanie po mamie w Sosnowcu sprzedawał brat, na moje pełnomocnictwo - "mam znajomego, szybciej pójdzie, a rynek siadł". Przelał mi sto sześć tysięcy, połowę. W czerwcu przyszło pismo z urzędu skarbowego, że w PIT pomyliłam kwotę: według aktu notarialnego moja połowa to sto czterdzieści pięć tysięcy.
Awizo leżało w skrzynce między ulotką z pizzerii a rachunkiem za gaz. Szara kartka, "Urząd Skarbowy Kraków-Krowodrza", odbiór w ciągu czternastu dni.
Stałam z nią na klatce dłuższą chwilę, bo w całym moim życiu urząd skarbowy pisał do mnie raz - w dziewięćdziesiątym ósmym, kiedy pomyliłam się w uldze na dzieci.
Na poczcie pani w okienku podała mi kopertę z okienkiem i obojętnie powiedziała "proszę tu podpisać". Otworzyłam ją dopiero w tramwaju. Wezwanie do złożenia wyjaśnień. W zeznaniu PIT wykazałam przychód ze sprzedaży udziału w lokalu w kwocie 106 000 złotych. Tymczasem z aktu notarialnego, którego wypis notariusz przekazał urzędowi, wynikało, że cena całego mieszkania wynosiła 290 000 złotych.
Dwieście dziewięćdziesiąt. Przeliczyłam to w głowie trzy razy, jak uczennica przed klasówką. Połowa to sto czterdzieści pięć. Brakowało trzydziestu dziewięciu tysięcy.
Wysiadłam przystanek za wcześnie i szłam do domu piechotą, bo nie mogłam usiedzieć.
- Grzesiu, możesz rozmawiać? - zadzwoniłam jeszcze z ulicy.
- Danka, ja w robocie jestem. Coś się stało?
- Dostałam pismo ze skarbówki. Piszą, że mieszkanie mamy poszło za dwieście dziewięćdziesiąt.
Cisza. Słyszałam w tle jakąś maszynę, potem trzaśnięcie drzwi, jakby wyszedł na zewnątrz.
- To pewnie pomyłka. Oddzwonię wieczorem.
Nie oddzwonił. Ani wieczorem, ani następnego dnia.
Mama kupiła to mieszkanie trzy lata przed śmiercią. Kiedy umarł tata, nie chciała zostać sama w domu pod Będzinem - schody, piec, ogród, którego już nie dawała rady pielić. Sprzedała dom i kupiła pięćdziesiąt metrów na parterze w Zagórzu, po remoncie, dziesięć minut piechotą od Grzegorza. "Żeby Grzesiu miał blisko" - mówiła, a ja w Krakowie przytakiwałam przez telefon i czułam ulgę, że to nie ja.
Bo prawda jest taka, że te trzy lata to był Grzegorz. Ja przyjeżdżałam raz w miesiącu, w sobotę, z sernikiem i torbą leków z apteki, których w Sosnowcu akurat "nie było". Siedziałam do niedzieli, prasowałam firanki, wracałam.
On był tam codziennie. Zakupy, lekarz, wymiana żarówki, nocny telefon, że mama upadła w łazience. W ostatnim roku przychodziła do niej pani Lidia, opiekunka, trzy razy w tygodniu. Grzegorz mówił, że "jakoś się dogadali co do pieniędzy". Ja przelewałam, ile mogłam z emerytury nauczycielki, i nie dopytywałam. Wygodnie było nie dopytywać.
Mama zmarła w listopadzie. Po pogrzebie poszliśmy razem do notariusza w Sosnowcu po akt poświadczenia dziedziczenia - po połowie, jak w ustawie, bo testamentu nie było. Wiosną Grzegorz zadzwonił, że jest kupiec.
- Mam znajomego, który handluje mieszkaniami, szybciej pójdzie. Tylko musisz mi dać pełnomocnictwo, bo nie będziesz jeździć tam i z powrotem. A rynek siadł, Danka, nie ma co liczyć na cuda.
Pełnomocnictwo podpisałam u notariusza na Kazimierzu. W maju dostałam przelew - sto sześć tysięcy, w tytule "mieszkanie mama połowa". Prosiłam dwa razy o kopię aktu. "Jak będę u notariusza, to wezmę". Nie wziął, a ja przestałam prosić. W kwietniu tego roku wypełniłam PIT z kwotą z przelewu. Bo skąd miałam wziąć inną?
Po trzech dniach milczenia wsiadłam w pociąg do Sosnowca.
Grzegorz otworzył mi w kapciach. Ela, jego żona, na mój widok wzięła torebkę i powiedziała, że idzie do Biedronki. Wiedziała. To było pierwsze, co zrozumiałam w tym mieszkaniu.
Usiedliśmy w kuchni. Na stole stała cukiernica mamy, ta z różyczkami, którą wziął po pogrzebie. Nalał herbaty, wrzucił cytrynę, wszystko powoli, jakby kupował sobie czas.
- Nie było żadnego znajomego, prawda? - zapytałam.
- Był. Pośrednik. Mieszkanie poszło za normalną cenę, rynkową. - Nie patrzył na mnie. - Rynek nie siadł.
- To po co mi to mówiłeś?
Wstał, otworzył szufladę pod blatem i wyjął zeszyt w kratkę. Zwykły, szkolny, z Myszką Miki na okładce, chyba po wnuku. Położył go przede mną.
W środku były daty i kwoty. Pani Lidia - wrzesień, październik, listopad. Taksówki do kardiologa. Pampersy dla dorosłych. Nowa pralka, bo stara zalała sąsiadów. Krzesło prysznicowe. Wszystko jego pismem, równym, technikowym, takim samym, jakim kiedyś podpisywał mi zeszyty, gdy byłam za mała, żeby sama ładnie pisać.
Na ostatniej stronie suma. Podkreślona dwa razy.
- Trzydzieści osiem tysięcy dziewięćset - powiedział. - Zaokrągliłem do trzydziestu dziewięciu.
Patrzyłam na ten zeszyt i nie wiedziałam, co mam zrobić z rękami.
- Dlaczego mi nie powiedziałeś? Grzesiu, przecież ja bym...
- Co byś? - Pierwszy raz podniósł głos. - Dzwoniłem do ciebie w lutym, że Lidia chce więcej. Pamiętasz, co powiedziałaś? Że masz remont łazienki i że "może mama by poszła do domu opieki, tam jest fachowa pomoc". Więcej nie dzwoniłem.
Pamiętałam. Powiedziałam to w dobrej wierze, tak mi się wtedy wydawało.
- Nie umiem prosić, Danka. Od dziecka nie umiem. Wiesz, jak to jest, przyjść do siostry po pieniądze za to, że się myło własną matkę?
- A ukraść umiesz?
Wyszło ze mnie samo. Zobaczyłam, jak drgnęła mu szczęka. Ale nie zaprzeczył. Siedział nad tą herbatą, coraz bardziej przygarbiony, i był nagle bardzo podobny do taty.
- Nie myślałem, że skarbówka sprawdzi - powiedział cicho. - Myślałem, że wpiszesz to, co dostałaś, i będzie spokój.
Najgorsze było to, że dopiero teraz zrozumiałam, w co mnie wpakował. Nie chodziło już tylko o pieniądze. Moje nazwisko widniało pod fałszywym zeznaniem. Ja, która przez trzydzieści lat stawiałam dzieciom jedynki za ściąganie.
Złożyłam korektę i zapłaciłam różnicę z odsetkami - urzędniczka przez telefon była zaskakująco życzliwa, powiedziała, że "takie rodzinne sprawy to ona widzi co tydzień". Grzegorz chciał mi oddać za podatek od razu. Nie wzięłam.
Długo zastanawiałam się, czy w ogóle chcę od niego tych trzydziestu dziewięciu tysięcy. Przeliczałam jego zeszyt jeszcze w pociągu, potem w domu, przy lampce. Rachunki się zgadzały. Gdyby przyszedł do mnie z tym zeszytem rok temu, położyłabym na stole połowę. Może więcej. Nie dlatego, że jestem taka dobra - tylko dlatego, że wiedziałabym, ile go to kosztowało.
On jednak nie przyszedł. Zdecydował za mnie, ile jest wart mój udział w opiece nad mamą. I to boli bardziej niż kwota.
W lipcu przyszedł pierwszy przelew. Nieduży. W tytule jedno słowo: "mama". W sierpniu drugi, we wrześniu trzeci. Nie dzwonimy do siebie. Na Wszystkich Świętych pewnie spotkamy się na cmentarzu w Będzinie, przy tacie i mamie, i nie wiem jeszcze, czy podam mu rękę.
Zeszyt z Myszką Miki leży u mnie w szufladzie, obok tego pisma z urzędu. Kiedyś go oddam. Jeszcze nie wiem, czy z resztą pieniędzy, czy zamiast nich. var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];