Syn od wiosny pożycza ode mnie "do pierwszego" - raty, przedszkole, "ledwo ciągniemy, mamo". W niedzielę pod kościołem jego teściowa podziękowała mi, że wychowałam "takiego dobrego syna": dzieci zafundowały im na rocznicę ślubu tydzień w Egipcie. Na pamiątkę dała mi magnes z piramidą.
Magnes był jeszcze ciepły od jej dłoni, kiedy zacisnęłam na nim palce. Mała piramida, wielbłąd, złote litery "Egypt". Stałam na schodach przed kościołem, ludzie przepychali się obok nas do wyjścia, a ja się uśmiechałam, bo co innego miałam robić.
- Pani Danuto, ja to muszę powiedzieć, bo mnie rozsadzi - Bożena złapała mnie za rękaw. Pachniała kadzidłem i jakimiś nowymi, słodkimi perfumami. - Takiego dobrego syna pani wychowała. Trzydzieści pięć lat po ślubie, a my z Jurkiem pierwszy raz w życiu samolotem! Tydzień w Hurghadzie, wszystko opłacone. Dzieci się zrzuciły. Jurek się na lotnisku popłakał, naprawdę.
Jerzy stał obok, opalony na brąz jak nigdy, i kiwał głową.
- Grzesiek to złoty chłopak - dodał. - Złoty.
Powiedziałam coś. Chyba "należało się państwu". Nie pamiętam. Pamiętam tylko, że w torebce, pod różańcem po mamie, leżała koperta z ośmiuset złotymi. Miałam ją dać Grześkowi po mszy. W czwartek zadzwonił: "Mamo, do pierwszego. Przedszkole Zuzi i rata za auto w jednym tygodniu, ledwo ciągniemy".
Tylko że Grzesiek z Magdą na mszę nie przyszli. Zuzia miała katar. Tak napisał.
Do domu szłam piechotą, choć autobus podjeżdżał za pięć minut. Był czerwiec, lipy przy osiedlowej alejce pachniały tak, że aż kręciło w nosie, a ja liczyłam. Trzydzieści osiem lat uczyłam matematyki w podstawówce na opolskim Zaodrzu. Liczyć umiem nawet wtedy, kiedy nie chcę.
Marzec - osiemset, na ratę, bo "Magdzie przesunęli wypłatę". Kwiecień - tysiąc dwieście, bo samochód stanął i mechanik powiedział, że sprzęgło. Maj - tysiąc, przedszkole i prezent na komunię chrześniaka Magdy. Za każdym razem to samo "do pierwszego". Pierwszego oddał raz, trzysta złotych, a czternastego zadzwonił znowu.
Na czysto dwa tysiące siedemset. Z kopertą z torebki - trzy i pół.
Sąsiadka z czwartego piętra była w Egipcie w marcu. Mówiła, że tydzień dla dwojga, z last minute, to siedem tysięcy z hakiem. "Dzieci się zrzuciły" - czyli Grzesiek z Magdą i Paweł, brat Magdy, ten od firmy z klimatyzacjami we Wrocławiu. Po połowie. Trzy i pół.
Stanęłam pod klatką i roześmiałam się na głos. Pan Wiesiek z parteru aż wyjrzał zza firanki.
W domu położyłam magnes na stole w kuchni, obok cukiernicy, i patrzyłam na niego jak na klasówkę, w której od początku coś się nie zgadzało, a ja nie chciałam tego zobaczyć.
Bo przecież były sygnały. W maju, w Dzień Matki, Grzesiek przyszedł z jednym tulipanem i pudełkiem czekoladek, przepraszał, że "w tym roku skromnie". Magda miała świeże paznokcie w kolorze brzoskwini, a ja pomyślałam: dobrze, niech chociaż ona coś ma od życia. A Zuzia, siedząc mi na kolanach, szepnęła jak wielki sekret:
- Babciu, dziadkowie Bożenka i Jurek polecą samolotem. A my im damy baaardzo dużą kopertę.
Pogłaskałam ją po głowie. Myślałam, że to jakaś zabawa. Czteroletnie dziecko powiedziało mi prawdę, a ja wolałam wierzyć dorosłemu synowi.
Od śmierci Zbyszka minęło pięć lat. Zostały mi emerytura, która starcza na życie, jeśli nie szaleć, i lokata, którą zakładaliśmy razem na nowe okna. Okna dalej stare. Lokata od marca topniała. I ani razu nie zapytałam, dlaczego chłopak z dobrą pracą w hurtowni, z żoną na etacie, nagle nie wiąże końca z końcem. Nie pytałam, bo syn prosi, a matka daje. Tak mnie wychowano.
O piątej zadzwonił domofon. Napisałam do niego krótko: "Koperta czeka, przyjdź sam". Przyszedł. Zdjął buty w przedpokoju, jak zawsze, jakby miał dwanaście lat.
- Zuzia lepiej? - zapytałam.
- Lepiej, lepiej. Mamo, bardzo ci dzię...
Zobaczył magnes. Zamilkł w pół słowa. Stał w drzwiach kuchni i patrzył na tę małą, głupią piramidę, a ja widziałam, jak czerwienieją mu uszy. Tak samo jak w trzeciej klasie, kiedy podrobił mój podpis pod uwagą w dzienniczku.
- Bożena dała mi po mszy - powiedziałam. - Bardzo dziękowała. Za dobrego syna.
Usiadł. Długo nic nie mówił. W lodówce coś cicho brzęczało, za oknem jakieś dzieci kłóciły się o rower.
- Mamo, to nie tak, jak myślisz.
- To powiedz, jak jest. Bo ja myślę, że ze mnie zrobiłeś bank, a z siebie hojnego zięcia.
Potarł twarz dłońmi.
- Paweł to wymyślił jeszcze w styczniu. Przy stole, na urodzinach teścia. Rzucił, że po trzy i pół na rodzinę, że rodzice nigdy nigdzie nie byli. I wszyscy spojrzeli na mnie. Wiesz, jak on na mnie zawsze patrzy? Jak na tego od biedy. Teść przed ślubem pytał Magdę, czy ja w ogóle mam umowę o pracę. - Zaśmiał się krzywo. - No to powiedziałem, że jasne, że wchodzimy. Poszło z oszczędności. A potem się okazało, że na resztę nie ma.
- I nie mogłeś mi tego powiedzieć?
- Powiedziałabyś, że głupota.
- Pewnie bym powiedziała.
- No właśnie.
I wtedy zrozumiałam coś, co zabolało bardziej niż te trzy i pół tysiąca. Przed teściami nie mógł wyjść na biednego. Przed szwagrem nie mógł wyjść na słabego. A przede mną mógł wyjść na kłamcę. Bo ja i tak wybaczę. Bo matka.
- Magda wie? - zapytałam cicho.
- Wie, że pożyczam. Nie wie ile. - Spuścił głowę. - Oddam ci, mamo. Wszystko.
- Wiem, że oddasz.
Koperty mu nie dałam. Leżała między nami na ceracie, a on na nią nie spojrzał ani razu, i to też było coś.
Nie powiedziałam Bożenie. Długo się nad tym zastanawiałam. Mogłam, przy następnej okazji, niby przypadkiem, rzucić jakieś zdanie o ratach i przedszkolu. Ale to był jego wstyd, nie mój do rozdawania pod kościołem. Bożena naprawdę się cieszyła. Jurek naprawdę płakał na lotnisku. Niech im zostanie ten Egipt.
Za to ustaliliśmy coś innego. Na przedszkole Zuzi, jeśli będzie trzeba, zrobię przelew sama, prosto na konto przedszkola. Na raty i sprzęgła - już nie. A jeśli kiedyś znowu będzie ciężko, ma przyjść i powiedzieć prawdę, całą, z liczbami. Wtedy usiądziemy i policzymy razem. Jak przy lekcjach, kiedy nie umiał ułamków.
Pierwszego lipca przyszedł z pięciuset złotymi. Pierwszego sierpnia z kolejnymi pięciuset. Przyniósł też kartkę, na której sam, własnym krzywym pismem, wypisał całą sumę i skreślił pierwsze raty.
Magnes wisi teraz na mojej lodówce. Piramida przytrzymuje tę kartkę, obok rysunku Zuzi z babcią i słońcem z uśmiechem. Zostało tysiąc siedemset. Nie popędzam go.
Po raz pierwszy od wiosny nie boję się pierwszego dnia miesiąca. Boję się tylko jednego - że dałam mu kiedyś do zrozumienia, że przede mną nie musi się starać. var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];