Mieszkanie w Lublinie zapisałam po połowie dzieciom. W niedzielę przy rosole wnuczka zapytała, który pokój będzie jej, "jak babcia już umrze". Mama mówiła, że ten z balkonem.
- Babciu, a który pokój będzie mój, jak babcia już umrze?
Zuzia zapytała o to między jedną łyżką rosołu a drugą, tak zwyczajnie, jakby pytała, czy na deser będzie sernik. Nie podniosła nawet oczu znad talerza. Wyławiała makaron i odkładała marchewkę na brzeg, jak zawsze.
- Mama mówiła, że ten z balkonem - dodała, zanim ktokolwiek zdążył się odezwać.
Iwona upuściła łyżkę. Bartek, mój zięć, nagle bardzo zainteresował się solniczką. A ja siedziałam z chochlą w ręce nad wazą, którą dostaliśmy z Jurkiem na ślub, i czułam, jak rosół paruje mi prosto w twarz.
- Zuzia! - syknęła Iwona. - Co ty opowiadasz?
- No przecież sama mówiłaś...
- Jedz.
Zuzia zamilkła i spojrzała na mnie z tym zdziwieniem, jakie mają tylko ośmiolatki, kiedy dorośli nagle robią się czerwoni z powodu czegoś, czego one nie rozumieją. Uśmiechnęłam się do niej. Nie wiem, jak mi to wyszło. Nalałam Bartkowi dokładkę, choć o nią nie prosił.
Pokój z balkonem to moja sypialnia. Na balkonie od trzydziestu lat stoją moje pelargonie, czerwone, takie, jakie miała mama. Z tego balkonu na LSM-ie widać kasztanowce przy szkole, w której przez trzydzieści pięć lat uczyłam matematyki. W tym pokoju umarł Jurek. Sześć lat temu, w listopadzie, spokojnie, we śnie.
I w tym pokoju, według mojej córki, miała kiedyś spać moja wnuczka. Jak już babcia umrze.
Wyszli wcześniej niż zwykle. Iwona przy drzwiach nie patrzyła mi w oczy, cmoknęła mnie w policzek tak szybko, jakby się bała, że coś powiem.
- Mamo, ona to jakoś przekręciła, wiesz, jakie są dzieci.
- Wiem - powiedziałam.
Zmywałam potem długo. Wazę wytarłam dwa razy. I zaczęłam sobie przypominać rzeczy, które wcześniej przechodziły mi koło uszu.
Testament spisałam u notariusza dwa lata temu, po tym, jak sąsiadka z czwartego piętra umarła bez niczego i jej synowie przez rok chodzili po sądach. Mieszkanie po połowie, Iwonie i Darkowi. Sprawiedliwie.
Powiedziałam im o tym w Wigilię, przy opłatku, i byłam z siebie dumna. Darek mieszka we Wrocławiu, ma swoje mieszkanie na kredyt i swoje życie. Iwona z Bartkiem i Zuzią wynajmują dwa pokoje na Czechowie. Wiadomo było bez słów, że to Iwona kiedyś tu zamieszka, a Darka spłaci.
Wiadomo było. Ale żeby aż tak?
W marcu Iwona mierzyła okno w mojej sypialni. Powiedziała, że chce mi kupić nowe firanki na imieniny. Firanek nie kupiła. W kwietniu pytała, czy mieszkanie jest już na odrębnej własności, czy dalej spółdzielcze.
Bartek przy okazji pukał palcem w ścianę między dużym pokojem a kuchnią i mówił coś o tym, że "dałoby się ją kiedyś wyburzyć". Myślałam wtedy, że to taka gadanina. Zięć, chłop, lubi pomarzyć o remontach.
Teraz leżałam w nocy w tym pokoju z balkonem i słyszałam, jak ktoś na dole trzaska drzwiami od klatki. Pierwszy raz od śmierci Jurka poczułam się w swoim mieszkaniu jak gość. Jak ktoś, kto się zasiedział.
Do wtorku nie zadzwoniłam do Iwony. Ona do mnie też nie. To było do nas niepodobne - rozmawiamy codziennie, choćby o tym, co na obiad. We wtorek po południu wsiadłam w autobus i pojechałam na Czechów. Bez zapowiedzi. Całą drogę układałam sobie w głowie, co powiem. Że jeszcze żyję. Że mnie to zabolało. Że nie dzieli się skóry na niedźwiedziu.
Iwona otworzyła mi w dresie, z włosami spiętymi spinką. Zbladła.
- Mama? Coś się stało?
W przedpokoju stały kartony. Pięć, może sześć. Oklejone taśmą, podpisane flamastrem: "kuchnia", "Zuzia zabawki", "zima". Na podłodze leżała zwinięta wykładzina.
- Przeprowadzacie się? - zapytałam.
Iwona usiadła na jednym z kartonów. Tak po prostu, jakby nogi się pod nią ugięły.
- Właściciel sprzedaje mieszkanie - powiedziała w końcu. - Do końca czerwca mamy się wynieść. Dostaliśmy pismo w lutym.
- W lutym.
- Szukamy, mamo. Naprawdę szukamy. Ale wiesz, ile teraz chcą za wynajem? A o kredycie nie ma co marzyć, Bartek ma umowę, z którą bank się z nami nawet nie chce rozmawiać.
Stałam w tym przedpokoju z torebką na ręce i nie wiedziałam, co zrobić z rękami.
- Czemu nic nie powiedziałaś?
Iwona podniosła na mnie oczy. Czerwone, zmęczone. Czterdzieści jeden lat, a wyglądała w tej chwili jak wtedy, kiedy przyniosła ze szkoły pierwszą jedynkę i chowała dzienniczek pod poduszkę.
- Bo co miałam powiedzieć? Mamo, przygarnij nas? Mam męża, mam dziecko, mam pracę. Jak to by wyglądało? - Przetarła twarz dłonią. - Zuzia się boi przeprowadzki. Płacze, że zmieni szkołę, że nie będzie miała swojego pokoju. To jej powiedziałam, żeby się nie bała. Że kiedyś będziemy mieszkać u babci. Że będzie miała pokój z balkonem i kwiatkami. Głupio. Wiem, że głupio. Ona sobie dopowiedziała resztę. Dzieci tak mają.
- A ściana? - zapytałam. - Bartek i ta ściana?
Iwona zaśmiała się krótko, bez wesołości.
- Bartek tak sobie gada. Jak mu źle, to planuje remonty. U nas, u ciebie, u sąsiadów. Tak ucieka.
- A Darek wie?
Kiwnęła głową.
- Dzwoniłam do niego. Zapytałam, czy jak przyjdzie co do czego, zgodzi się, żebym spłacała go w ratach. Powiedział, żebym się nie martwiła, że jak mama... no wtedy się dogadamy. - Zawiesiła głos. - Wtedy. Wszyscy mówimy "wtedy". Jakbyśmy na coś czekali. A ja wcale nie czekam, mamo. Przysięgam ci.
Usiadłam na kartonie z napisem "zima". Zgniótł się trochę pod moim ciężarem. Siedziałyśmy obok siebie w tym zagraconym przedpokoju, dwie dorosłe kobiety, i żadna nie wiedziała, jak zacząć.
Wiozłam ze sobą cały zestaw zdań o skórze na niedźwiedziu. Nie przydało się ani jedno.
Bo nagle zobaczyłam to, czego nie chciałam widzieć. Moja córka przez trzy miesiące wolała pakować kartony do nikąd, niż przyjść do matki i poprosić o pomoc. Bała się, że będzie wyglądać na taką, co czyha na spadek.
I właśnie przez to tak wyglądała. A ja spisałam ten testament, żeby było sprawiedliwie, i byłam z siebie zadowolona. Tylko że sprawiedliwość, która przychodzi dopiero "wtedy", dla nikogo w tej rodzinie nie była na teraz.
- Ile macie rzeczy? - zapytałam.
- Mamo...
- Pytam, ile macie rzeczy. Bo mały pokój jest zawalony starymi słoikami i maszyną do szycia, której nikt nie używa od dziesięciu lat. Trzeba by to wynieść.
Iwona patrzyła na mnie i nic nie mówiła. Potem zaczęła płakać, cicho, tak żeby sąsiedzi za ścianą nie słyszeli.
- Nie na zawsze - dodałam szybko. - Na rok. Na dwa. Aż Bartek znajdzie lepszą pracę albo bank zmięknie. I nie myśl sobie, że będzie lekko. Jestem przyzwyczajona do swojego. Telewizor oglądam głośno. I nie dam sobie przestawiać garnków.
- Wiem - wychlipała. - Wiem, mamo.
Przeprowadzili się w połowie czerwca. Nie powiem, że jest łatwo. Bartek chrapie tak, że słychać przez ścianę, którą na szczęście nikt nie wyburzył. Iwona przestawia mi garnki i udaje, że tego nie robi. Ja udaję, że nie widzę.
Kłóciłyśmy się już dwa razy, raz o pranie, raz o to, czy Zuzia może jeść kolację przed telewizorem. Za każdym razem kończyło się herbatą z cytryną w kuchni, po dziesiątej, kiedy wszyscy już spali.
Pokój z balkonem oddałam Zuzi. Sama przeniosłam się do małego, tego po słoikach. Iwona się sprzeciwiała, ale się uparłam. Testamentu nie zmieniłam ani o przecinek. Zmieniłam tylko to, kiedy zaczyna się "wtedy".
Zuzia codziennie wieczorem podlewa moje pelargonie. Za dużo, zawsze za dużo, woda kapie sąsiadom z dołu na parapet. Stoję w drzwiach i jej nie poprawiam.
Wolę patrzeć, jak to robi, niż żeby kiedyś robiła to beze mnie.
var adsinserter = adsinserter || {};
adsinserter.tags = ['fulladsnew'];