Miesiąc po pogrzebie zadzwonił jubiler z rynku: zamówienie opłacone zaliczką, gotowe do odbioru. Złoty łańcuszek z sercem. Pan dodał, że mąż bardzo prosił zdążyć przed imieninami Renaty. Nie mam na imię Renata.
Telefon zadzwonił w środę, tuż po trzynastej. Numer nieznany, ale z kierunkowym na Tarnów, więc odebrałam - myślałam, że coś z ZUS-em albo z urzędem, bo po śmierci Stanisława ciągle dzwonili w sprawie jakichś papierów. Głos był uprzejmy, męski, nieco zaaferowany.
- Dzień dobry, czy rozmawiam z panią Krawczyk? Dzwonię z zakładu jubilerskiego przy rynku. Zamówienie pana Stanisława jest gotowe do odbioru. Złoty łańcuszek z zawieszką - serduszko. Pan mąż opłacił zaliczkę w styczniu i bardzo prosił, żebyśmy zdążyli przed imieninami Renaty.
Stałam przy kuchennym blacie i czułam, jak mi miękną kolana. Nie od razu z powodu imienia. Najpierw pomyślałam - co za Renata? Może jakaś kuzynka, o której zapomniałam? Może córka kogoś z pracy?
A potem dotarło.
Nie mam na imię Renata. Nie mamy w rodzinie żadnej Renaty. Nasza córka ma na imię Agnieszka.
- Przepraszam - powiedziałam cicho. - Mój mąż nie żyje. Zmarł miesiąc temu.
Po drugiej stronie zrobiło się cicho. Jubiler zaczął przepraszać, mówił coś o kondolencji, o tym, że nie wiedział, ale ja już nie słuchałam. Rozłączyłam się i usiadłam na krześle, które Stanisław kupił jeszcze na naszą pierwszą rocznicę - stare, drewniane, trochę chwiejne, ale nie chciał go wyrzucić. Mówił, że ma sentyment.
Trzydzieści pięć lat małżeństwa. Dwie przeprowadzki, jedno dziecko, niezliczone wieczory przed telewizorem z herbatą. Pracowałam w sklepie papierniczym przy Krakowskiej - dwadzieścia trzy lata za ladą, znałam po imieniu połowę osiedla. Stanisław był mechanikiem w warsztacie na obrzeżach miasta, lubił swoją robotę, wracał z czarnymi paznokciami i mówił, że silnik samochodu jest uczciwszy niż ludzie.
I przez trzydzieści pięć lat myślałam, że go znam.
Przez resztę dnia próbowałam przekonać samą siebie, że jest jakieś wyjaśnienie. Że to prezent dla koleżanki z pracy na okrągłe urodziny. Że jubiler pomylił nazwiska. Że to pomyłka, jakiś absurdalny zbieg okoliczności, który za tydzień będzie anegdotą na spotkaniu z siostrą.
Wieczorem otworzyłam komodę Stanisława. Tę komodę, której nie ruszałam od pogrzebu, bo wciąż pachniała jego wodą po goleniu - tanim Denim, który kupował w Rossmannie. Koszule poskładane równo, pasek zwinięty w kółko, scyzoryk, który nosił od lat. I telefon. Stary, zapasowy telefon z klapką, o którym Stanisław mówił, że trzyma go "na wszelki wypadek, gdyby główny padł".
Włączyłam go. Bateria jeszcze żyła.
Czterdzieści siedem wiadomości do kontaktu zapisanego jako "Warsztat Renata".
Otworzyłam pierwszą z brzegu. "Tęsknię za środami. R." Następna: "Kupiłeś te wędki dla Marka? Niech myśli, że jedziecie razem. R." I jeszcze jedna, z grudnia: "Ela niczego nie podejrzewa? Uważaj na siebie."
Ela. Tak mnie nazywał. Pieszczotliwie, od Elżbieta. I ta Renata, kimkolwiek była, znała to zdrobnienie.
Siedziałam na podłodze przy komodzie, z telefonem w dłoni, i czytałam. Nie płakałam. To przyszło później - nocą, kiedy obudziłam się o trzeciej i przez chwilę automatycznie sięgnęłam ręką na drugą stronę łóżka.
Z wiadomości wyłaniał się obraz. Renata pracowała w kwiaciarni na drugim końcu miasta. Znali się od czterech lat. Spotykali się w środy, kiedy Stanisław oficjalnie jeździł na ryby z Markiem. Marek - nasz sąsiad z trzeciego piętra, z którym grali w szachy i pili piwo w garażu. Marek wiedział.
To bolało prawie tak samo jak samo odkrycie. Że ktoś, kto przychodził do nas na imieniny, kto pożyczał od nas drabinę i przynosił śliwki ze swojej działki - ten ktoś patrzył mi w oczy, wiedząc, że mój mąż jedzie do innej kobiety.
W sobotę zadzwoniłam do Agnieszki. Mieszka w Krakowie, pracuje w korporacji, zawsze zajęta, ale tym razem usłyszała coś w moim głosie i przyjechała jeszcze tego samego wieczoru.
- Pokaż - powiedziała, kiedy jej opowiedziałam.
Dałam jej telefon. Czytała w milczeniu, z twarzą coraz bardziej ściągniętą. Potem odłożyła go na stół i powiedziała:
- Mamo, co chcesz z tym zrobić?
- Nie wiem - odpowiedziałam. I to była prawda.
Bo co się robi z czymś takim? Kogo oskarżam? Kogo konfrontuję? Stanisław leży na cmentarzu przy ulicy Nadbrzeżnej, pod świeżym nagrobkiem, na który złożyłam się z emerytury. Nie wstanie i nie powie - Ela, to nie tak, jak myślisz. Nie będzie się tłumaczył, nie będzie kłamał, nie będzie płakał.
A ja nawet nie mam pewności, czy bym chciała, żeby kłamał.
Przez następne dni poruszałam się po mieszkaniu jak po muzeum kogoś obcego. Patrzyłam na nasze zdjęcia - z Bałtyku, z komunii Agnieszki, z działki. Na zdjęciach Stanisław się uśmiechał. Na wszystkich zdjęciach Stanisław się uśmiechał.
Próbowałam sobie przypomnieć - czy kiedykolwiek wrócił ze "środowych ryb" w innym nastroju? Szczęśliwszy? Roztargniony? Nie umiałam powiedzieć. Może tak. Może nie. Może po prostu nie patrzyłam.
Agnieszka chciała pojechać do tej kwiaciarni. Chciała zobaczyć Renatę, porozmawiać, "wyjaśnić sprawy". Powiedziałam jej, żeby tego nie robiła.
- Nie chcę wiedzieć, jak wygląda - powiedziałam.
- Ale mamo...
- Nie chcę wiedzieć, czy jest ładniejsza, młodsza, milsza. Nie chcę widzieć, że płacze po nim. I nie chcę widzieć, że nie płacze.
Minęły trzy miesiące. Łańcuszek wciąż leży u jubilera - nie odebrałam go. Nie mam pojęcia, co z nim zrobić. Czasem myślę, żeby zadzwonić i powiedzieć, żeby go sprzedali. Czasem myślę, żeby go odebrać i wyrzucić do Dunajca. Czasem, w najgorszych momentach, myślę, żeby go odebrać i nosić - z jakiejś pokręconej potrzeby rozumienia, co Stanisław czuł, zamawiając go.
Marka omijam na klatce schodowej. On wie, że ja wiem - widzi to w moich oczach, bo odwraca wzrok. Kiedyś spróbował powiedzieć "Elu, ja..." - ucięłam go jednym spojrzeniem. Nie chcę jego przeprosin. Nie chcę żadnych przeprosin od nikogo, kto żyje, kiedy jedyny człowiek, który powinien przepraszać, już tego nie zrobi.
Agnieszka dzwoni częściej niż przed odkryciem. Mówi "mamo, tata cię kochał, to mogło być..." i tu się zawiesza, bo nie umie dokończyć. Ja też nie umiem.
Bo co to było? Słabość? Samotność? Coś, co brakowało mu w naszym domu, a co wstydziłby się powiedzieć na głos? Czy byłam złą żoną? Czy byłam za mało? Czy pytanie "czy byłam za mało" jest w ogóle uczciwe wobec trzydziestu pięciu lat podawania kolacji, prania koszul i wspólnego oglądania wiadomości?
Nie wiem.
Wiem, że wczoraj wracałam z pracy i zobaczyłam kwiaciarnię - inną, nie tę - i poczułam mdłości. I wiem, że wieczorem postawiłam na kuchennym stole dwie filiżanki zamiast jednej. I wiem, że kiedy sięgnęłam po tę drugą, żeby ją schować, przez chwilę trzymałam ją w obu dłoniach, jakbym trzymała coś, co jeszcze żyje.
Czasem myślę, że najtrudniejsze w tym wszystkim nie jest zdrada. Najtrudniejsze jest to, że nie mogę zapytać - dlaczego. var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];