Był wieczór, dzieci już spały, a w kuchni stygnęła herbata. Stałam z mokrymi dłońmi, bo przed chwilą zmywałam talerze. On siedział przy stole i nagle przestał oddychać na ten jeden, dziwny moment, kiedy człowiek rozpoznaje kłopot zanim jeszcze go zobaczy. Domofon zadzwonił drugi raz, dłużej, bardziej niecierpliwie.

Nacisnęłam przycisk. W słuchawce odezwał się kobiecy głos, spokojny i pewny.

"To ja. Otwórz."

Spojrzałam na niego. Pokręcił głową tak gwałtownie, jakby chciał mnie zatrzymać siłą. Ale ja już nacisnęłam.

Po minucie zadzwoniła do drzwi. Stała w progu w jasnym płaszczu, z włosami ułożonymi zbyt starannie jak na "przypadkową" wizytę. Uśmiechnęła się do mnie, jakbyśmy były znajomymi.

"Przepraszam, że tak bez zapowiedzi" - powiedziała. Potem spojrzała na niego, a jej uśmiech zniknął. "Ile jeszcze mam czekać? Pół roku obiecujesz, że się rozwiedziesz."

Przez chwilę stałam w drzwiach jak przyklejona. Jej słowa unosiły się w powietrzu, tak spokojne, tak rzeczowe, jakby przyszła upomnieć się o paczkę zostawioną w sklepie. Pół roku. Obiecujesz. Rozwiedziesz się. Mój mózg próbował to wcisnąć w logiczny ciąg, ale emocje nie chciały współpracować. Poczułam tylko, że robi mi się gorąco w karku.

On stał za mną, w cieniu przedpokoju, blady, z dłonią zaciśniętą na framudze. Przez moment wyglądał jak chłopiec przyłapany na kłamstwie, a nie mężczyzna, z którym dzieliłam życie.

- Pomyliła pani adres - powiedziałam automatycznie, choć obie wiedziałyśmy, że nie ma tu pomyłki.

Kobieta nawet nie drgnęła.

- Nie pomyliłam - odpowiedziała. - Przestałam wierzyć w jego „jutro". Pół roku słyszę, że „już zaraz", że „tylko musimy spokojnie", że „dzieci", że „nie teraz". Ile można?

Słowo „dzieci" zabrzmiało w jej ustach jak pretekst, nie jak odpowiedzialność. Wtedy coś we mnie się obudziło. Nie krzyk, nie płacz. Coś twardego.

- Proszę wejść - powiedziałam, odsuwając się od drzwi.

On szepnął moje imię, błagalnie, ale ja już wiedziałam, że jeśli tego nie doprowadzę do końca, będę żyła w domysłach do końca życia. Ona weszła pewnym krokiem, rozejrzała się, jakby sprawdzała, czy to naprawdę to mieszkanie, to życie, ta kuchnia. Jakby chciała zobaczyć, jak wygląda „przeszkoda", o której słyszała.

- Dzieci śpią - powiedziałam cicho. - Więc proszę mówić ciszej.

Zaskoczyło mnie, że to właśnie to wypowiedziałam. Nie „kim pani jest?", nie „jak pani śmie?". Tylko: ciszej. Jakbym próbowała ochronić resztki normalności, które wciąż były w tym domu.

Przeszliśmy do kuchni. Ona usiadła bez zaproszenia. On stał, nie wiedząc, co zrobić z rękami. W kuchni pachniało płynem do naczyń i miętową herbatą. Zwykłe zapachy, które nagle stały się tłem dla czegoś zupełnie nienormalnego.

- Powiedz jej - powiedziała do niego. - Powiedz wreszcie prawdę.

Spojrzałam na niego. Nie chciałam, żeby ona mi mówiła, co mam usłyszeć, ale paradoksalnie czułam, że bez niej on będzie się ślizgał po słowach jak zawsze.

- Jak długo? - zapytałam.

Otworzył usta, zamknął je, znów otworzył.

- To… zaczęło się w pracy - wyjąkał. - Było głupio, a potem…

- A potem było pół roku - weszła mu w słowo. - Pół roku obietnic. Pół roku, kiedy mówiłeś, że ona już wie. Że jesteście „w trakcie". Że tylko czekasz na dobry moment.

"W trakcie". To brzmiało jak remont, jak formalność, jak coś, co można rozciągnąć w czasie, aż wszyscy się zmęczą.

- Nie wiedziałam - powiedziałam. - Ani przez sekundę.

Kobieta spojrzała na mnie uważniej. Przez chwilę widziałam w jej oczach coś, co mogło być zakłopotaniem. Ale szybko wróciła ta twarda pewność.

- Powiedział mi, że jesteście praktycznie osobno - odparła. - Że mieszkacie razem tylko ze względu na dzieci. Że to już dawno martwe.

W tym momencie coś pękło. Bo nawet jeśli zdrada boli, to najbardziej boli to, że ktoś obcy dostał wersję ciebie, w której nie masz już prawa do własnego małżeństwa. „Praktycznie osobno". „Martwe". A ja jeszcze rano robiłam mu kanapki do pracy.

- To nieprawda - powiedziałam, patrząc na niego. - Powiedz jej, że to nieprawda.

Milczał. A to milczenie było gorsze niż słowa. Bo oznaczało, że powiedział jej cokolwiek, co było potrzebne, żeby została. I mówił mi cokolwiek, co było potrzebne, żebym nie pytała.

Kobieta wstała. Poprawiła płaszcz, jakby nagle zrobiło jej się tu ciasno.

- Ja nie przyszłam się bić - powiedziała chłodno. - Przyszłam po odpowiedź. Albo kończysz to dziś, albo przestań do mnie pisać. Nie będę czekać kolejnych miesięcy. Nie będę tą „na później".

Spojrzała na mnie jeszcze raz, krócej, ciszej.

- Przykro mi - dodała, ale to „przykro" było jak stempel, nie jak emocja.

Wyszła. Drzwi zamknęły się za nią tak zwyczajnie, jakby to była sąsiadka, która przyszła po cukier.

Kiedy ona wyszła, zostałam w kuchni z dźwiękiem zatrzaskujących się drzwi w uszach i z jego oddechem po drugiej stronie stołu. Marek próbował coś powiedzieć, ale słowa mu się rozjeżdżały. Widziałam, że jest przerażony, że nagle stracił grunt, na którym stał przez te pół roku kłamstw.

- To był błąd… ja nie chciałem… - zaczął, jakby od tego zdania miało się dać cofnąć czas.

- Przestań - przerwałam spokojnie. - Dzisiaj już nie chcę nic słyszeć. Dzisiaj chcę tylko ciszy.

Podniosłam filiżankę, odstawiłam ją do zlewu. Ten zwykły ruch pomógł mi nie rozsypać się na kawałki. W pokoju obok spały dzieci. I to była jedyna rzecz, która trzymała mnie w pionie.

- Nie wychodzisz - powiedziałam po chwili. - Ale też nie wracasz do naszego łóżka. Będziesz spał w salonie. I nie dlatego, że „daję ci szansę", tylko dlatego, że jutro rano dzieci mają wstać do szkoły, a ja nie będę im tłumaczyć, czemu tata zniknął w nocy.

Otworzył usta, jakby chciał zaprotestować, ale zamilkł. Patrzył na mnie, jakby pierwszy raz widział, że potrafię mówić takim głosem.

- Proszę cię… - wyszeptał. - Ja cię kocham. Ja to zakończę. Ja… ja już to zakończyłem. Daj mi szansę. Przysięgam, że nigdy więcej…

- Marek - powiedziałam cicho. - Pół roku to nie jest „nigdy więcej". Pół roku to jest decyzja podejmowana codziennie.

Zaczął płakać, wstydliwie, po męsku, zaciśniętymi pięściami. Wyciągnął rękę, jakby chciał mnie dotknąć, złapać, zatrzymać. Cofnęłam się odruchowo.

- Nie dotykaj mnie teraz - poprosiłam. - Nie umiem.

Usiadłam przy stole. Poczułam nagle zmęczenie tak fizyczne, jakbym cały dzień nosiła coś ciężkiego. W głowie miałam jedno, proste zdanie: muszę wiedzieć, co mogę zrobić. Nie co on obieca. Nie co ona chciała. Co ja mogę.

- Jutro zadzwonię do prawnika - powiedziałam bardziej do siebie niż do niego. - Muszę wiedzieć, jak to wygląda. Co z mieszkaniem, co z dziećmi, co z alimentami, co z opieką. Nie podejmuję dziś decyzji o rozwodzie. Ale też nie udaję, że nic się nie stało.

Patrzył na mnie z przerażeniem, jakby samo słowo „prawnik" było wyrokiem.

- Nie rób tego… proszę… - szeptał. - Ja wszystko naprawię. Ja mogę… ja się zmienię.

Nie odpowiedziałam od razu. Słuchałam, jak w salonie tyka zegar. Jak lodówka włącza się i wyłącza. Jak dom, nasz dom, działa dalej, mimo że coś w nim właśnie pękło.

- Nie wiem, co będzie - powiedziałam w końcu. - Wiem tylko, że od dzisiaj nie będziemy żyć w kłamstwie. A ja nie będę podejmować decyzji pod wpływem szoku. Daj mi czas. I nie próbuj go kupić obietnicami.

Wstałam, zgasiłam światło w kuchni. Zatrzymałam się w progu i spojrzałam na niego. Siedział przy stole jak ktoś, kto pierwszy raz rozumie, że może stracić wszystko.

- Idź do salonu - powiedziałam. - I nie budź dzieci.

Położyłam się w sypialni, patrząc w sufit, w ciemność, w swoje własne myśli. Wciąż słyszałam jej głos: „Ile jeszcze mam czekać?". Ale teraz to pytanie brzmiało inaczej. Bo nagle to ja musiałam odpowiedzieć sobie: ile ja jeszcze mogę żyć w czymś, co przestało być bezpieczne? var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];