Wrócił do domu wcześniej niż zwykle i od razu poszedł pod prysznic. Nawet mnie nie pocałował, tylko rzucił w biegu: "Jestem padnięty", jakby to miało wszystko wyjaśnić. Była dopiero siedemnasta. Dzieci odrabiały lekcje w pokoju, w kuchni gotowała się zupa, a ja jeszcze miałam na rękach mąkę po kotletach.
Z łazienki dobiegł szum wody. Długi, intensywny, jakby chciał z siebie coś zmyć szybciej niż zwykle. Zauważyłam, że zostawił telefon na komodzie w przedpokoju. Ekran był odwrócony do dołu, jak nigdy.
Poszłam tylko po jego koszulę, bo zwykle rzucał ją na podłogę, a ja nie chciałam, żeby dzieci znowu na to patrzyły. Otworzyłam drzwi łazienki na tyle, żeby sięgnąć po ubrania. Para uderzyła mnie w twarz.
Na płytkach, tuż przy progu, leżała cienka, czarna gumka do włosów. Mokra, jakby spadła przed chwilą. Obok, przy kratce odpływu, przykleił się jasny, długi włos. Nie mój. Ja noszę krótkie.
Przez moment stałam bez ruchu, z koszulą w dłoniach. Woda szumiała za zasłonką, on nucił coś cicho, jakby miał czyste sumienie. A ja patrzyłam na tę gumkę i wiedziałam, że tego nie da się "przynieść z pracy".
Nie podniosłam tej gumki. Nie dotknęłam włosa. Jakby samo spojrzenie mogło mnie ubrudzić. Wyszłam z łazienki, zamknęłam drzwi cicho i wróciłam do kuchni z jego koszulą w rękach, jak z dowodem, którego jeszcze nie chciałam nazwać.
Zupa bulgotała, dzieci kłóciły się o zadanie z matematyki, a ja mieszałam łyżką, patrząc w jeden punkt. Próbowałam wymyślić jakiekolwiek wytłumaczenie: może to z pralni, może z autobusu, może z kurtki koleżanki, którą przypadkiem ktoś dotknął. Ale w domu takie rzeczy nie biorą się znikąd. A w łazience tym bardziej.
Kiedy wyszedł spod prysznica, miał na sobie świeży t-shirt i ten swój "spokojny" wyraz twarzy, który zwykle oznaczał, że wszystko jest w porządku. Przeszedł obok mnie, jakby nic się nie stało, jakby szum wody właśnie zmył cały dzień.
- Co na obiad? - zapytał.
- Zupa - odpowiedziałam. - I pytanie.
Spojrzał na mnie, zaskoczony tym tonem. Przez sekundę miałam wrażenie, że naprawdę nie rozumie, o co chodzi, a potem zobaczyłam to w jego oczach: błysk orientacji, zanim zdążył go ukryć.
- Jakie pytanie? - zapytał.
Oparłam się o blat, żeby nie zdradziły mnie kolana.
- W łazience leży czarna gumka do włosów. I długi jasny włos. Nie mój.
Zamarł. To nie było teatralne. To było czyste, instynktowne zatrzymanie, jak po uderzeniu w brzuch. Otworzył usta, zamknął je, jakby szukał słów, które nie istnieją.
- To pewnie… - zaczął.
- Nie - przerwałam. - Nie mów "pewnie". Nie mów "może". Nie rób ze mnie głupiej.
W kuchni zrobiło się cicho. Nawet dzieci jakby na chwilę ściszyły głosy w pokoju obok. On odwrócił wzrok. Zawsze odwracał, kiedy miał powiedzieć prawdę.
- To nic takiego - powiedział w końcu, ale brzmiało to jak prośba, nie jak pewność.
- A to "nic takiego" ma imię? - zapytałam.
Wtedy usiadł przy stole, ciężko, jakby nagle zabrakło mu sił. Patrzył na swoje dłonie, na paznokcie, na wszystko, tylko nie na mnie.
- Byliśmy dziś po południu… - zaczął powoli. - Urodziny Tomka. Wyszliśmy do baru. Wszyscy. Naprawdę wszyscy. To miała być godzina, dwie.
Słuchałam i czułam, jak coś we mnie lodowacieje. Bo już wiedziałam, że jeśli opowiada "jak było", to znaczy, że było.
- I co dalej? - zapytałam.
Przełknął ślinę.
- Ona… - powiedział i znów się zawahał. - To nowa z działu. Taka… bez hamulców. Wypiła trochę, zaczęła się przysiadać, dotykać. Żartować. Wiesz, jak one potrafią.
To "one" zabrzmiało jak ucieczka. Jak próba wrzucenia winy do jednej szuflady, żeby nie dotknęła jego.
- Nie wiem - odpowiedziałam. - Opowiadaj.
Westchnął, jakby miał nadzieję, że przestanę pytać.
- Pocałowała mnie - powiedział. - Wyszliśmy na chwilę przed bar. A potem… potem już głupio, wszystko się potoczyło. Ja nie planowałem. Przysięgam. To był moment. Ona sama zaczęła. Ja… ja nic nie mogłem zrobić.
Słowa "nic nie mogłem zrobić" zawisły między nami jak coś brudnego. Patrzyłam na niego i myślałam o gumce, o włosie, o tym, jak dokładnie poszedł pod prysznic. Jakby woda mogła zmyć nie tylko zapach, ale i odpowiedzialność.
- To było raz? - zapytałam.
- Raz - odpowiedział natychmiast, zbyt szybko. - Przysięgam. Raz. I od razu zrozumiałem, jaki jestem idiotą. Dlatego wróciłem wcześniej. Dlatego poszedłem pod prysznic. Ja… ja się brzydzę sobą.
Nie wiedziałam, czy to prawda, czy dobrze wyuczona scena. Ale widziałam, że się boi. Nie jej. Mnie.
Wieczorem, kiedy dzieci zasnęły, siedzieliśmy w salonie jak obcy ludzie. On próbował mówić dalej, tłumaczyć się, obiecywać, że już nigdy, że zerwie kontakt, że zmieni pracę, jeśli trzeba. Ja słuchałam, ale w głowie wciąż miałam obraz gumki na mokrych płytkach. Tak banalny, tak mały, a jednak wystarczający, by zburzyć spokój.
W końcu powiedziałam:
- Nie będę cię sprawdzać jak policjant. Nie będę żyć w podejrzeniach. Jeśli mam cię puścić dalej, to tylko raz. I tylko dlatego, że to było głupie, jednorazowe i że nie zamieniłeś tego w drugie życie. Ale jeśli kiedykolwiek zobaczę kolejny "ślad", to nie będzie rozmowy. Nie będzie łez. Będzie koniec.
Spojrzał na mnie, jakby nie wierzył, że w ogóle to mówię.
- Przepraszam - wyszeptał. - Ja naprawdę…
- Wiem - przerwałam. - Wystarczy.
Nie powiedziałam tego z czułością. Powiedziałam to z chłodną decyzją kobiety, która nie ma już siły na wojny. Która chce, żeby dzieci miały normalny poranek. Która wie, że w życiu czasem nie wybiera się idealnie, tylko wybiera się coś, co da się udźwignąć.
W nocy leżałam i myślałam o tym, jak to w ogóle działa. Jak łatwo ktoś obcy potrafi podejść, dotknąć, wejść w czyjąś granicę, a potem zostawić po sobie gumkę i włos, jak podpis. I myślałam też o nim. O tym jego "nic nie mogłem zrobić", które brzmiało jak usprawiedliwienie, a nie skrucha.
A jednak rano wstałam, zrobiłam śniadanie, zaplotłam dzieciom włosy. Życie poszło dalej, jak zawsze. I powiedziałam sobie coś, czego nie byłam dumna, że myślę, ale co brzmiało jak najprostsza próba ocalenia spokoju: mężczyźni czasem są słabi, a świat pełen jest kobiet, które lubią sprawdzać cudze granice.
Nie wiem, czy to sprawiedliwe. Wiem tylko, że tamtej nocy wybrałam rodzinę. I że jeśli jeszcze raz znajdę w naszej łazience coś, czego nie da się "przynieść z pracy", to już nie będę wybierać. var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];