Dostałam z nieznanego numeru jedno zdjęcie. Bez podpisu. Tylko jego zegarek na czyjejś szafce nocnej i godzina 03:12.
Najpierw pomyślałam: spam. Ktoś się pomylił, wysłał komuś innemu. Ale zegarek był jego. Ten sam ciemny pasek, ta sama rysa przy zapięciu, którą widzę, kiedy zdejmuje go wieczorem i kładzie na komodzie.
Na zdjęciu leżał na małej szafce nocnej. Obok stała szklanka z wodą i damska gumka do włosów, taka cienka, czarna, jakby odłożona bezwiednie. Lampka nocna rzucała ciepłe światło, a w tle widać było róg poduszki. Nie hotelowy. Zbyt domowy.
Przybliżyłam obraz palcami. Na wyświetlaczu zegarka, tuż pod godziną, była data. I wtedy poczułam, jak robi mi się słabo.
To był dokładnie ten dzień, w którym miał być w delegacji w Krakowie.
Pamiętałam go aż za dobrze. Wyszedł rano w pośpiechu, z walizką i tą swoją urzędową energią: „szybko, szybko, bo pociąg”. Pocałował mnie w czoło, obiecał, że wieczorem zadzwoni. Zadzwonił. O 22:40.
Powiedział, że jest zmęczony, że jutro wstaje wcześnie, że „to tylko Kraków, nic ciekawego”. Śmiał się cicho, jakby był w miejscu, gdzie nie wypada mówić głośno. Pomyślałam, że siedzi w hotelowym łóżku i nie chce przeszkadzać sąsiadom zza ściany. Wtedy to brzmiało normalnie.
Teraz to zdjęcie nie brzmiało normalnie w niczym.
Usiadłam przy stole w kuchni, z telefonem w dłoni. Miałam odruch, żeby od razu do niego zadzwonić, ale powstrzymałam się. Nie dlatego, że byłam rozsądna. Raczej dlatego, że bałam się własnego głosu, gdybym usłyszała w nim nagle obcego człowieka.
Zamiast tego kliknęłam w numer nadawcę. Nieznany. Bez zdjęcia. Bez historii. Tylko ciąg cyfr, który nic mi nie mówił.
Napisałam jedno zdanie: „Kto to wysłał?” Minęła minuta. Potem druga. Nic. Cisza, jak po rzuceniu kamieniem w ciemną wodę.
W sypialni dzieci jeszcze spały. W domu panował poranny spokój, ten, który zwykle mnie uspokajał: czajnik, chleb w tosterze, rozrzucona skarpetka przy kanapie. Tym razem wszystko wyglądało jak dekoracja do cudzego życia.
Kiedy wrócił z pracy po południu, na chwilę uwierzyłam, że może jednak znajdzie się jakieś wytłumaczenie. Może to nie była jego delegacja, tylko inny dzień, pomylona data. Może ktoś wysłał mi zdjęcie zegarka podobnego do jego. Może…
Wszedł do mieszkania, zdjął buty i od razu zapytał, co na obiad. Zwykłe słowa. Zwykły ton. Tylko ja byłam już gdzie indziej.
- Muszę ci coś pokazać - powiedziałam.
Zatrzymał się w progu kuchni. Podałam mu telefon. Patrzył na zdjęcie kilka sekund za długo. Tak długo, że wiedziałam, że rozpoznał. I zanim jeszcze cokolwiek powiedział, zobaczyłam ten moment paniki w jego oczach. Krótki, ale prawdziwy.
- Co to jest? - zapytał, udając zdziwienie.
- To twój zegarek - odpowiedziałam. - I data z Krakowa. 03:12.
Nabierał powietrza, jakby szykował się do długiego wyjaśnienia, ale ja nie dałam mu ruszyć w tę stronę.
- Zanim powiesz cokolwiek, chcę jedną rzecz - powiedziałam spokojnie. - Prawdę. Nie „to nie tak”, nie „ktoś mnie wrobił”. Prawdę.
Usiadł. Oparł łokcie o stół. Przez chwilę milczał, patrząc w blat.
- Nie wiem, kto to wysłał - zaczął w końcu.
- To mnie mniej interesuje - przerwałam mu. - Gdzie byłeś o 03:12?
Zacisnął usta. I to zaciskanie było odpowiedzią.
- Byłem… u znajomej - powiedział cicho. - Z pracy. Po spotkaniu służbowym wyszliśmy z ludźmi na chwilę. Potem zostałem… bo nie chciałem wracać sam do hotelu. Głupota.
Słowo „głupota” zabrzmiało jak plaster na pękniętą szybę.
- U znajomej - powtórzyłam. - I twój zegarek leżał na jej szafce nocnej.
Nie zaprzeczył. Nie potrafił. Przez głowę przeszło mi tysiąc pytań: czy to trwa długo, czy to tylko raz, czy ją kocha, czy mnie jeszcze w ogóle widzi. Ale zamiast tego zapytałam o jedno, bo ono bolało najbardziej:
- Dlaczego kłamałeś?
Podniósł wzrok, jakby właśnie to było dla niego najtrudniejsze.
- Bałem się, że stracę wszystko - powiedział.
- Czyli wolałeś, żebym żyła w kłamstwie - odpowiedziałam. - Żeby było ci wygodnie.
Próbował coś dodać, tłumaczyć, że „to się wymknęło”, że „to był jeden raz”, że „nie chciał”. Słyszałam to, ale bardziej słyszałam inne rzeczy: jak łatwo mówił mi „dobranoc” z serduszkiem, kiedy obok była cudza lampka nocna.
Telefon leżał między nami. Zrobiłam sobie herbatę, chociaż nie miałam pragnienia. Potrzebowałam zająć ręce czymś normalnym.
- Ktoś chciał, żebym się dowiedziała - powiedziałam w końcu. - I to jest chyba najdziwniejsze.
- Może ona - rzucił od razu, zbyt szybko.
- Albo ktoś, kto jej nie lubi - dodałam. - Albo ktoś, kto się zemścił na tobie. Albo ktoś, kto uznał, że mam prawo wiedzieć. Widzisz? To nie jest jedna zdrada. To jest całe twoje drugie życie, w którym ja jestem tylko tą, którą się okłamuje.
Zamilkł. W jego twarzy pojawił się ten wyraz, który pamiętam z dawnych lat, gdy coś psuł i udawał, że „zaraz naprawi”. Tylko że tego nie dało się naprawić śrubokrętem.
Wieczorem, gdy dzieci zasnęły, próbował mnie przytulić. Odsunęłam się odruchowo.
- Nie teraz - powiedziałam.
- Przepraszam - wyszeptał. - To był błąd.
Patrzyłam na niego i myślałam o tej godzinie: 03:12. O tym, że ktoś ją zatrzymał w kadrze specjalnie. Żeby mi ją wcisnąć pod oczy. Żeby już nigdy nie była tylko liczbą na zegarku.
- Błąd trwa chwilę - odpowiedziałam. - A ty kłamałeś mi cały dzień. I jeszcze kolejny. I pewnie kolejny. Nie wiem, ile.
Nie krzyczałam. To była najdziwniejsza część: byłam spokojna. Jak człowiek, który wreszcie przestaje udawać, że nie widzi.
Wzięłam telefon i zrobiłam zrzut ekranu. Nie dlatego, że chciałam go szantażować. Tylko dlatego, że bałam się, że jutro rano obudzę się i będę próbowała sobie wmówić, że to był sen.
A potem odłożyłam aparat i zrozumiałam, że od tej chwili nie boję się już zdjęć. Boję się ciszy po nich. Tego, że ktoś mógł mi wysłać jedną fotografię, a ja i tak musiałam sama dopowiedzieć całą resztę. var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];