O, znowu pani męża nie ma? Wczoraj był tu z taką ładną blondynką

W sklepie pani kasjerka powiedziała to z uśmiechem, takim zwyczajnym, sąsiedzkim, jakby dzieliła się plotką o pogodzie. Stałam przy taśmie z koszykiem w ręku, a w środku miałam mleko, chleb i ulubione jogurty dzieci. Zwykłe zakupy, zwykłe popołudnie, zwykły zapach pieczywa w tle.

- Słucham? - wydusiłam, chociaż słowo utknęło mi w gardle.

Kasjerka nawet nie zauważyła, że przestałam oddychać. Skanowała kolejne produkty, patrzyła na ekran, a nie na moją twarz.

- No tak, stał tu przy tej kasie, śmiał się, żartował. I taka blondynka obok. Ładna, zadbana, wie pani… - dodała, jakby robiła mi przysługę, że dopowiada szczegóły.

Zamarłam, bo wczoraj miał być w pracy do późna. Napisał mi o dziewiętnastej: "Nie czekaj z kolacją. Wracam późno". Odpisałam "ok" i nawet poczułam ulgę, że mam wieczór dla siebie.

- Może pani się pomyliła - powiedziałam cicho.

Kasjerka uniosła wzrok i dopiero wtedy zobaczyła moją twarz.

- Nie, nie pomyliłam… - zaczęła wolniej. - To na pewno był pani mąż.

Poczułam, że taśma przede mną nagle przyspieszyła, a ja zostałam z tyłu, jakbym nie nadążała za własnym życiem. Zapłaciłam automatycznie, bez patrzenia na kwotę. Wzięłam paragon, schowałam go do kieszeni kurtki, jak zawsze. Kasjerka jeszcze coś mówiła, ale jej głos był już daleko, jak zza ściany.

Wyszłam ze sklepu, stanęłam pod wiatą na wózki i wciągnęłam powietrze tak głęboko, jakbym wynurzała się spod wody. Powiedziałam sobie: spokojnie. To może być pomyłka. Ludzie się mylą. Blondynka mogła być koleżanką. Może sąsiadka. Może ktoś z rodziny. Może… może…

Ale w środku czułam to stare, znajome uczucie: kiedy pojawia się jedna informacja, a nagle wszystkie wcześniejsze drobiazgi zaczynają układać się w ciąg.

Wczoraj. Praca do późna. Tak powiedział. Wrócił po dwudziestej drugiej, zmęczony, z tym swoim "nie pytaj" na twarzy. Pachniał czymś świeżym, jakby był na zewnątrz, ale tłumaczył, że "klima w biurze daje w kość". Zjadł kilka kęsów na stojąco i od razu poszedł pod prysznic. Ja wtedy nawet się nie zdziwiłam. W końcu kto nie chce zmyć z siebie dnia?

Teraz zdziwienie wróciło, tylko że było spóźnione.

Wróciłam do domu z siatkami, jakbym niosła w nich nie zakupy, tylko ciężar. Dzieci siedziały przy stole, rozmawiały o szkole. Uśmiechnęłam się do nich, podałam jogurty, zrobiłam kanapki. Wszystko normalnie. Tylko ja czułam, że coś we mnie pęka.

Nie zadzwoniłam do niego. Jeszcze nie. Chciałam najpierw usłyszeć jego głos w domu. Zobaczyć, czy potrafi patrzeć mi w oczy. Wypić z nim herbatę, udając spokój, i poczuć, gdzie w tej scenie jest fałsz.

Wrócił wieczorem, jak zwykle, z torbą, z telefonem w dłoni. Powiedział "cześć" i od razu zaczął opowiadać o jakiejś głupiej sytuacji w pracy, o tym, że ktoś zawalił projekt. Mówił płynnie, pewnie, jakby nic się nie wydarzyło. Jak człowiek, który przygotował historię.

- Byłeś wczoraj w sklepie? - zapytałam nagle.

Zatrzymał się w pół słowa. Minimalnie. Na tyle, że tylko ja mogłam to zauważyć.

- W jakim sklepie? - zapytał.

- W naszym. Na rogu. U tej kasjerki, co zawsze. Podobno byłeś tam z "ładną blondynką".

Uśmiechnął się, ale to był uśmiech niepewny, źle przyklejony.

- Co za bzdura - rzucił. - Ktoś się pomylił.

- Powiedziała, że na pewno. Że żartowałeś, stałeś przy tej kasie.

- Ludzie gadają - wzruszył ramionami i zaczął iść w stronę kuchni, jakby temat był zamknięty. - Może ktoś do mnie podobny.

A ja poczułam, że jeśli teraz odpuszczę, będę już zawsze odpuszczać.

- Pokaż mi paragon z wczoraj - powiedziałam spokojnie.

Odwrócił się. - Jaki paragon?

- Z pracy. Skoro byłeś w pracy do późna, to pewnie coś jadłeś, kupiłeś kawę, tankowałeś. Cokolwiek. Pokaż mi, że byłeś tam, gdzie mówiłeś.

Jego twarz stężała. Złość pojawiła się szybciej niż skrucha.

- Oszalałaś? Mam ci udowadniać, gdzie byłem? - syknął.

To było ważniejsze niż jakikolwiek paragon. Bo niewinny człowiek się dziwi. Winny się broni.

- Nie - odpowiedziałam cicho. - Po prostu chcę przestać być tą, którą robi się w głupka.

Milczał chwilę. Potem westchnął, jakby miał dość.

- Dobra. Byłem w sklepie - powiedział w końcu. - Ale nie z żadną kochanką. Spotkałem Magdę z firmy. Wpadliśmy po wodę, bo jechaliśmy na spotkanie. I tyle.

- Blondynka? - zapytałam.

Zawahał się. - Rozjaśniła włosy. Co to ma do rzeczy?

W tym momencie zrozumiałam, że prawda będzie zawsze o krok za nim. Że nie dostanę jej od razu, tylko po kawałku, tyle, ile musi dać, żeby ucichło.

- Dlaczego powiedziałeś, że jesteś w pracy do późna? - zapytałam.

- Bo nie chciałem tłumaczyć każdej pierdoły - odburknął.

"Pierdoły". Tak nazwał sytuację, w której ktoś widzi go w naszym sklepie z inną kobietą. A ja poczułam, że w środku robi mi się zimno.

Nie zrobiłam awantury. Nie wyrzuciłam go tej nocy. Były dzieci. Było życie, które nie zatrzyma się tylko dlatego, że ja właśnie stoję na krawędzi. Ale kiedy poszedł spać, ja usiadłam w kuchni i otworzyłam paragon, który dostałam dziś w sklepie. Zwykły papier, nic ważnego.

Tylko że tym razem paragon był dla mnie czymś innym: dowodem, że ja byłam tam naprawdę. Że ja usłyszałam to naprawdę. I że nie jestem przewrażliwiona, jak on lubił mówić.

Następnego dnia wróciłam do sklepu pod pretekstem, że zapomniałam kupić masła. Stanęłam w tej samej kolejce, u tej samej kasjerki.

- Przepraszam - powiedziałam cicho, gdy podawała mi resztę. - Może pani pamięta… o której godzinie mój mąż tu był?

Kasjerka spojrzała na mnie uważnie. Już bez uśmiechu.

- Po dwudziestej - powiedziała. - Na pewno po dwudziestej. Bo ja mam zmianę od osiemnastej, a to było… późno. On śmiał się głośno, a ona mówiła, że "jeszcze zdążą".

"Jeszcze zdążą". Znowu słowa, które miały swój sens tylko dla nich.

Wyszłam ze sklepu i zrozumiałam jedną rzecz: to nie blondynka była najgorsza. Najgorsze było to, że mój mąż liczył, że nikt nigdy nie powie mi prawdy w kolejce przy kasie. Że świat będzie milczał razem z nim. var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];