Gdybym tamtego dnia nie wsiadła w autobus do Łodzi, pewnie jeszcze długo karmiłabym się kłamstwem, że Michał po prostu nie ma czasu.
Że praca, że projekt, że młodzi tak mają - żyją szybko i zapominają zadzwonić do matki. Ale ja wsiadłam. I to, co zobaczyłam pod drzwiami jego mieszkania, przewróciło moje życie do góry nogami.
Zaczęło się niewinnie. Zwykle dzwonił w niedzielę, koło południa, między moim rosołem a jego poranną kawą. Czasem w środku tygodnia wrzucał SMS-a - pytał, jak ciśnienie, czy byłam u lekarza, czy Balbina z parteru nadal hałasuje. Takie zwykłe rzeczy. Po śmierci Staszka te telefony stały się dla mnie jak oddychanie. Jedyne, czego się trzymałam.
Sześćdziesiąt jeden lat, cztery lata wdowieństwa, trzydzieści dwa lata pracy w wydziale geodezji w urzędzie - a potem nagle emerytura, puste mieszkanie i cisza, którą wypełniał tylko ten jeden niedzielny telefon.
W maju Michał przestał dzwonić.
Nie od razu się zaniepokoiłam. Pierwszy tydzień - pomyślałam, że zapomniał. Napisałam SMS-a. Odpowiedział krótko: "Dużo roboty, oddzwonię". Nie oddzwonił. Drugi tydzień - znowu SMS. "Wszystko ok, mamo, pogadamy". Trzeci - cisza. Dzwoniłam, nie odbierał. Odpisywał dopiero po kilku godzinach, zdawkowo, jakby ktoś inny pisał za niego.
Koleżanka Jadzia, z którą chodziłam na gimnastykę w domu kultury, powiedziała mi wprost:
- Wiesławo, jedź do niego. Coś jest nie tak.
- Może ma dziewczynę i nie chce mówić - broniłam go bardziej przed sobą niż przed Jadzią.
- To tym bardziej powinien zadzwonić - wzruszyła ramionami.
Ale ja odkładałam. Bo Michał nie lubił niespodzianek. Jeszcze za życia Staszka, kiedy raz przyjechaliśmy bez uprzedzenia, zrobił taką minę, jakbyśmy przyłapali go na czymś strasznym, a on miał po prostu bałagan w kuchni. Był taki - potrzebował swojej przestrzeni. Rozumiałam to. Albo tak mi się wydawało.
W sierpniu nie wytrzymałam. Kupiłam bilet na autobus Kielce-Łódź, trzy godziny jazdy. Wzięłam słoik swojego dżemu morelowego i paczkę sernika, bo Michał uwielbiał mój sernik jeszcze z czasów liceum. Jechałam i układałam sobie w głowie, co mu powiem. Że tęsknię. Że nie musi dzwonić codziennie, ale raz w tygodniu to chyba nie za dużo. Że jestem jego matką, nie ciężarem.
Na klatkę schodową weszłam koło trzeciej. Trzecie piętro, drzwi po prawej, brązowa wycieraczka z napisem "Welcome", którą mu kupiłam na parapetówkę.
Wycieraczki nie było.
Zamiast niej leżała szara mata bez napisu. Zadzwoniłam. Drzwi otworzyła kobieta - młoda, może trzydziestoletnia, ciemne włosy ścięte na boba, w dresie i z kubkiem herbaty w ręce.
- Dzień dobry, szukam Michała Wrońskiego - powiedziałam, jeszcze spokojnie.
Kobieta zmrużyła oczy.
- Nie ma tu żadnego Michała. Mieszkam tu od pół roku.
Stałam z tym sernikiem w reklamówce i słoikiem dżemu i nie mogłam złapać oddechu. Kobieta - Natalia, jak się potem przedstawiła - wpuściła mnie do środka, bo chyba wyglądałam, jakbym zaraz zemdlała.
Mieszkanie było inne. Meble inne, zasłony inne, nawet ściany przemalowane. Nic z tego, co pamiętałam. Żadnego śladu mojego syna.
Natalia wynajmowała mieszkanie przez agencję. Nie znała właściciela osobiście, wszystko szło przez pośrednika. Dała mi numer. Zadzwoniłam od razu, z jej kanapy, na której jeszcze pół roku temu siedział Michał.
Pośrednik potwierdził - Michał Wroński wynajął swoje mieszkanie w lutym. Nie, nie zostawił adresu do korespondencji. Tak, płaci regularnie, przelew z polskiego konta.
Wróciłam do Kielc ostatnim autobusem. Nie płakałam. Byłam za bardzo oszołomiona, żeby płakać. Mój syn - jedynak, ten, który trzymał mnie za rękę na pogrzebie Staszka, który pomagał mi wypełniać PIT, który mówił "mamo, zawsze możesz na mnie liczyć" - wyprowadził się, wynajął swoje mieszkanie obcej kobiecie i nie powiedział mi słowem.
Przez trzy dni nie dzwoniłam. Chciałam, żeby to on zadzwonił. Nie zadzwonił.
Czwartego dnia napisałam krótko: "Byłam w Łodzi. Wiem, że nie mieszkasz na Kilińskiego. Zadzwoń."
Oddzwonił po godzinie. Pierwszy raz od trzech miesięcy usłyszałam jego głos na żywo, nie w nagranej poczcie.
- Mamo, ja... przepraszam. Powinienem był powiedzieć.
- Gdzie jesteś?
Cisza. Długa, ciężka cisza.
- W Stavanger. W Norwegii. Od marca.
Usiadłam na krześle w kuchni. Za oknem sąsiadka wieszała pranie na balkonie. Świat wyglądał normalnie, a mój się właśnie rozpadał.
Michał mówił długo. Że po śmierci taty czuł się przytłoczony. Że moje telefony, moje pytania o ciśnienie, moje paczki z sernikiem - że to wszystko go dusiło. Że nie umiał mi tego powiedzieć, bo wiedział, że mnie to złamie. Więc wybrał najgorszą drogę - ucieczkę.
- Czułem, że jeśli nie wyjadę, to się uduszę - powiedział cicho. - Nie od ciebie, mamo. Od tego, że miałem być zastępstwem za tatę. Że miałem wypełnić tę dziurę.
Chciałam krzyczeć. Chciałam powiedzieć, że nigdy go o to nie prosiłam. Ale kiedy zamknęłam oczy i pomyślałam uczciwie - zobaczyłam te wszystkie niedzielne telefony, w których opowiadałam mu o każdym dniu, o każdej wizycie u lekarza, o każdym rachunku. Jakby był moim mężem, nie synem.
Nie powiedziałam tego na głos. Nie byłam jeszcze gotowa.
- Wracaj na święta - powiedziałam tylko.
- Wrócę, mamo.
Rozłączyłam się i siedziałam w tej kuchni bardzo długo. Sernik, który wiozłam do Łodzi, stał na blacie nienaruszony. Zjadłam kawałek sama. Był dobry. Zawsze był dobry.
Michał przyjechał w grudniu. Siedział przy wigilijnym stole naprzeciwko mnie - na miejscu Staszka, ale już nie jako jego zastępstwo. Jako dorosły mężczyzna, który zrobił coś okropnego, ale miał do tego swoje powody. Nie rozmawialiśmy o Stavanger przy opłatku. Może kiedyś porozmawiamy. Może nie.
Jadzia pyta mnie czasem, czy mu wybaczyłam. Nie umiem odpowiedzieć. Wiem tylko, że kiedy teraz dzwoni w niedzielę - a dzwoni regularnie - staram się mówić krócej. I częściej pytam, co u niego, zamiast opowiadać, co u mnie. To niewiele. Ale od czegoś trzeba zacząć.
Czasem największą miłością, jaką matka może dać dorosłemu dziecku, jest pozwolić mu odejść. Nawet jeśli nikt jej nie nauczył, jak to się robi. var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];