Gdyby Agnieszka powiedziała mi przez telefon, o czym będzie ta rozmowa, nigdy bym nie włożyła tej jedwabnej bluzki. Nigdy nie kupiłabym po drodze tulipanów. I na pewno nie stałabym w przedpokoju z uśmiechem, zdejmując buty, żeby nie nabrudzić na ich nowym panelu.
Ale Agnieszka powiedziała tylko: - Mamo, przyjdź w niedzielę na obiad. Musimy porozmawiać.
Powinnam była usłyszeć to "musimy". Nie "chcę z tobą porozmawiać" - "musimy". Liczba mnoga. Kto to "my"? Wtedy nawet o to nie zapytałam. Byłam po prostu szczęśliwa, że córka dzwoni.
Że zaprasza. Od kiedy wyszła za Damiana, niedzielne obiady u mnie zamieniły się w sporadyczne telefony między jedną a drugą wizytą u teściowej.
Mam na imię Renata, pracuję na poczcie od dwudziestu sześciu lat. Mąż, Stanisław, odszedł pięć lat temu - serce, nagle, w środku nocy. Został po nim pusty fotel w salonie, naoliwiona piła łańcuchowa w garażu i działka na obrzeżach miasta, którą budował własnymi rękami przez trzydzieści lat. Jabłonie, grządki, altanka z drewna, które sam heblował. Ta działka to było jego królestwo. Po jego śmierci stała się moim.
Chodziłam tam w każdy wolny weekend. Pielęgnowałam pomidory, podlewałam maliny, siadałam w altance z herbatą i rozmawiałam ze Staszkiem, jakby siedział naprzeciwko. Sąsiedzi z okolicznych działek pewnie uważali mnie za dziwaczkę. Niech uważają. Tam czułam, że jeszcze gdzieś jest.
W niedzielę przyjechałam na dwunastą. Damian otworzył drzwi z tym swoim uprzejmym uśmiechem, który zawsze mnie niepokoił - zbyt gładki, zbyt wyćwiczony. W kuchni pachniało pieczonym kurczakiem. Agnieszka nakrywała do stołu. Cztery nakrycia.
- Ktoś jeszcze będzie? - zapytałam.
- Mama Damiana wpadnie - powiedziała córka, nie patrząc mi w oczy.
Lidia przyjechała dziesięć minut później. Drobna, zawsze elegancka, z tą swoją manierą całowania w oba policzki. Znałyśmy się od wesela. Byłyśmy uprzejme, nigdy serdeczne. Usiadła obok syna, naprzeciwko mnie, i złożyła ręce na stole jak do modlitwy.
Zaczęliśmy jeść. Kurczak, ziemniaki, surówka z marchewki. Rozmowa o pogodzie, o remoncie łazienki, o tym, że w Biedronce znowu podnieśli ceny masła. Normalna, niedzielna rozmowa.
Ale Agnieszka milczała. Przesuwała jedzenie po talerzu, piła wodę drobnymi łykami. Znam swoją córkę. Tak wygląda, kiedy zbiera się na coś trudnego.
- Mamo - odezwała się wreszcie, kiedy Damian zabrał talerze. - Chcemy ci o czymś powiedzieć. Damian i ja znaleźliśmy dom. Dwupiętrowy, z ogrodem, na Zagorzynku.
Uśmiechnęłam się. Dom. Ogród. To piękna wiadomość.
- Cudownie, kochanie. I co, bank daje kredyt?
- Bank daje - włączył się Damian, stawiając na stole kawę. - Ale potrzebujemy większego wkładu własnego, żeby dostać lepsze warunki.
- Mama Damiana już zadeklarowała swoją część - powiedziała Agnieszka cicho. - Trzydzieści tysięcy z oszczędności.
Lidia skinęła głową z godnością. Jak królowa, która właśnie ofiarowała poddanym worek złota. Spojrzałam na córkę. Agnieszka wbiła wzrok w filiżankę.
- I pomyśleliśmy... - ciągnęła. - Mamo, ta działka taty. Wiem, że jest ci bliska. Ale ty sama mówiłaś, że coraz trudniej ci ją utrzymywać. Sprawdziliśmy - w tej lokalizacji działki idą teraz za osiemdziesiąt, nawet dziewięćdziesiąt tysięcy.
Cisza. Słyszałam tylko szum lodówki i miarowe tykanie zegara w przedpokoju.
- Sprawdziliście - powtórzyłam.
- No, orientacyjnie - Damian wzruszył ramionami. - Sąsiad z działki obok sprzedał w zeszłym roku za siedemdziesiąt pięć.
Patrzyłam na córkę. Na moją Agnieszkę, która w wieku ośmiu lat pomagała ojcu sadzić truskawki. Która pisała na altance flamastrem "Domek Agnieszki i Taty". Która po pogrzebie Staszka powiedziała mi: - Mamo, nigdy nie sprzedawaj tej działki. Tam jest tata.
- Sprawdziliście - powiedziałam jeszcze raz, bo inne słowa nie chciały przejść przez gardło. - Za moimi plecami. Ile jest warta pamięć po moim mężu.
- Mamo, nie dramatyzuj - Agnieszka podniosła głos. - To nie tak. Po prostu rozmawialiśmy i...
- My też chcemy pomóc - wtrąciła Lidia tym swoim cukrowym głosem. - To dla dobra młodych. Ja swoje oszczędności oddaję bez wahania. Bo rodzina jest najważniejsza.
I wtedy zrozumiałam. Ten obiad. Cztery nakrycia. Lidia naprzeciwko mnie ze swoimi trzydziestoma tysiącami. To nie była rodzinna rozmowa. To był trybunał. Ustawili mnie pod ścianą, żebym przy świadkach nie mogła odmówić. Żeby Lidia ze swoją "ofiarą" wyglądała na tę lepszą matkę. A ja - na skąpą, sentymentalną staruszkę, która trzyma się kawałka ziemi zamiast pomóc własnej córce.
Spojrzałam na Damiana. Patrzył w telefon. Na Lidię. Poprawiała serwetkę z zadowoleniem kogoś, kto wie, że wygrał. Na Agnieszkę. Córka gryzła wargę.
Wstałam. Nogi trochę mi się trzęsły, ale wstałam.
- Mamo, zaczekaj, porozmawiajmy spokojnie - powiedziała Agnieszka.
Nie odpowiedziałam. Poszłam do przedpokoju, założyłam buty, wzięłam torebkę. Tulipany, które przyniosłam, stały w wazonie na komodzie. Żółte, Agnieszki ulubione.
W samochodzie siedziałam dziesięć minut, zanim odpaliłam silnik. Nie płakałam. Miałam wrażenie, że ktoś wyjął mi wszystko z klatki piersiowej i zostawił pustą dziurę. Nie chodziło o działkę. Działkę mogłabym sprzedać, gdyby córka przyszła do mnie sama, usiadła przy kuchennym stole i powiedziała: - Mamo, potrzebuję pomocy. Mogłabym to rozważyć.
Ale Agnieszka nie przyszła do mnie. Poszła do teściowej, do męża, może do prawnika od nieruchomości. Zbudowali plan. Wycenili moje wspomnienia. I zaprosili mnie na kurczaka, żebym była wdzięczna za obiad, kiedy będą mi tłumaczyć, dlaczego powinnam oddać ostatni kawałek Staszka.
Zadzwoniła tego samego wieczoru. Nie odebrałam. Napisała: "Mamo, nie chciałam Cię zranić. Porozmawiajmy." Odpisałam dopiero następnego dnia. Trzy słowa: "Wiem, że nie chciałaś."
Bo naprawdę wierzyłam, że nie chciała. Ale właśnie to było najgorsze. Że nie chciała mnie zranić - a nawet nie pomyślała, że to zrobi.
W następną sobotę pojechałam na działkę. Usiadłam w altance, zaparzyłam herbatę w tym starym kubku z napisem "Super Tata" i powiedziałam cicho: - Staszku, nigdzie się stąd nie ruszam.
Jabłonie kwitły. Było cicho. I pierwszy raz od lat poczułam, że to wystarczy.
var adsinserter = adsinserter || {};
adsinserter.tags = ['fulladsnew'];